Paweł Łęski Paweł Łęski
103
BLOG

Czy w Europie może wybuchnąć wojna domowa?

Paweł Łęski Paweł Łęski Społeczeństwo Obserwuj notkę 7

Czy w Europie może wybuchnąć wojna domowa?

Pytanie o wojnę domową w Europie przez dekady wydawało się anachroniczne. Kontynent, który doświadczył dwóch wojen światowych i wojen bałkańskich, zbudował po 1945 roku system oparty na państwie prawa, demokracji przedstawicielskiej i państwie opiekuńczym. Ten system miał właśnie uniemożliwić powrót przemocy wewnętrznej na dużą skalę. Dziś to założenie jest ponownie testowane.


Po pierwsze, czym jest wojna domowa?


W politologii nie każde zamieszki są wojną domową. Wojna domowa wymaga trzech elementów: dwóch lub więcej zorganizowanych stron, zdolnych do długotrwałej walki zbrojnej, kontroli nad częścią terytorium lub ludności oraz celów politycznych, takich jak przejęcie władzy lub secesja. W tym klasycznym sensie Europa jest dziś bardzo daleko od progu wojny. Nie ma tu armii prywatnych, watażków ani regionów całkowicie poza kontrolą państwa.


Jeśli jednak rozumiemy wojnę domową szerzej, jako przewlekły stan przemocy wspólnotowej, w którym państwo musi regularnie używać wojska do utrzymania porządku w dużych miastach, wtedy pytanie staje się poważniejsze.


Argumenty za tym, że ryzyko rośnie, są trzy.


Pierwszy to kryzys legitymizacji. W wielu krajach europejskich, według badań Eurobarometru, zaufanie do parlamentu, partii i mediów spadło poniżej 30 procent. Gdy obywatel przestaje wierzyć, że może coś zmienić głosem w wyborach, rośnie pokusa sięgnięcia po przemoc jako formę komunikacji politycznej.


Drugi to zmiana charakteru konfliktów. Dawniej spierano się o stawki podatków. Dziś spór dotyczy tożsamości: kto należy do wspólnoty, jaki model rodziny, religii i historii ma obowiązywać w szkole i w przestrzeni publicznej. Takich konfliktów nie da się podzielić na pół, więc łatwiej o radykalizację.


Trzeci to koncentracja problemów w przestrzeni. Duże metropolie zachodniej Europy, od Marsylii i Paryża, przez Brukselę, Malmö po Berlin, mają dzielnice o dużej segregacji, bezrobociu wśród młodych i słabszej obecności instytucji państwa. Powstają tam równoległe porządki, gdzie spory rozstrzyga się poza sądem.


Argumenty przeciw są równie silne.


Europa ma wciąż najsilniejszy w swojej historii monopol państwa na przemoc. Społeczeństwa są w większości rozbrojone, policja i służby są scentralizowane i dobrze finansowane. W przeciwieństwie do Jugosławii w 1991 roku, nie ma tu składów broni dla milicji.


Drugim hamulcem jest państwo opiekuńcze. Nawet w kryzysie transfery socjalne, dostęp do leczenia i edukacji zapobiegają skrajnej nędzy, która historycznie była paliwem dla masowej mobilizacji zbrojnej.


Trzecim jest pamięć. Doświadczenie wojny domowej w Hiszpanii, Irlandii Północnej i na Bałkanach działa jako przestroga. Większość Europejczyków, nawet skrajnie zantagonizowanych politycznie, boi się eskalacji i woli deeskalację.


Jaki scenariusz jest więc najbardziej prawdopodobny?


Nie jest nim pełnoskalowa wojna z frontami, ale to, co badacze nazywają libanizacją niskiej intensywności. Państwo formalnie istnieje i działa, ale w wybranych miejscach jego władza jest negocjowana. Zamiast jednej wojny mamy cykl: zamieszki, interwencję policji, odwetowe ataki na symbole drugiej strony, stan wyjątkowy, uspokojenie i po miesiącach powtórkę. Taka przemoc nie obala rządu, ale powoli zużywa zaufanie i spójność społeczną.


Co ważne, Europa nie jest monolitem. Inne ryzyko ma Bośnia, gdzie broń i pamięć o wojnie są wciąż żywe, inne ma Francja z napięciami w banlieues, a jeszcze inne Polska, gdzie główna oś konfliktu jest dziś polityczna i prawna, a nie etniczna.


Wojna domowa w klasycznym sensie nie wybuchnie w Europie samoistnie. Potrzebuje zorganizowanych armii, zaplecza i woli elit, by pójść na całość, a tego dziś nie ma.


Może natomiast wydarzyć się coś groźniejszego, bo trudniejszego do nazwania i zakończenia: trwały stan wewnętrznego napięcia, w którym przemoc staje się normalnym elementem życia w części kontynentu.


To, który scenariusz przeważy, zależy nie od wojska, ale od trzech zdolności: czy państwo potrafi egzekwować jedno prawo wszędzie, czy potrafi dać młodym ludziom perspektywę awansu oraz czy potrafi utrzymać taką debatę publiczną, w której przegrana w wyborach nie oznacza końca świata.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj7 Obserwuj notkę

There have been many comedians who have become great statesmen and vice versa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo