Jadąc dziś rano do pracy taksówką stałem się mimowolnym słuchaczem jednej ze stacji radiowych (mniejsza o to której - bardzo znanej) i programu satyrycznego, w którym dwóch prowadzących z wielkim zapałem oddawało się wyszydzaniu naszej sceny politycznej. Czyli - braci Kaczyńskich. Kontekst kpin zawierał wszelkie możliwe odmiany oraz ekstrapolacje treści zawartych w publicznych wypowiedziach (i blogowych zapisach) niejakiego Palikota, posła RP.
Życie nauczyło mnie, że kwestia humoru należy do obszaru de gustibus non disputandum est. Dlatego też stałem się bardzo powściągliwy w ferowaniu wyroków co do jakości/poziomu (tudzież innych wyróżników) w tym zakresie. Słuchając zatem mimochodem, jadąc samochodem (a może na odwrót?) istnego zalewu bon motów, dykteryjek, anegdot, i czego tam jeszcze, nie obruszałem się szczególnie. Lekkim skrzywieniem ust kwitowałem wszystkie nawiązania do (oczywiście) gejowskiego wyglądu J. Kaczyńskiego, dedukcyjne odkrywanie ukrywanych przez niego pod "zabudowanym ubraniowo przodem" kobiecych piersi, itd.
Byłem już wprawdzie porządnie zniesmaczony, ale nie chcąc wyjść na nietolerancyjnego kołtuna bez poczucia humoru powstrzymywałem się od prośby o wyłączenie radia, w którego dżwięki z lubością wsłuchiwał się kierowca. W ten sposób dotrwałem do wielkiego finału, przy którym wszystkie wcześniejsze dokonania prowadzących okazały się zaledwie uwerturą pianissimo.
Tak się akurat stało, że po doszczętnym zdemolowaniu, przeżuciu i wypluciu braci Kaczyńskich prowadzący przypomnieli sobie o Nelli Rokicie. Poświęcili jej chwilę (głównie kwestie testosteronu), by następnie płynnie przejść do jej męża, dwojga imion, Jana Marii. Tutaj dopiero panowie pokazali co potrafią! Cytuję z pamięci (więc niedoskonale):
- A Jan Rokita to się rymuje z... hermafrodyta!
- No przecież! Do tego jak trafnie! (żywiołowy śmiech obydwu)
- Czekaj, czekaj! A posłuchaj tego: Jan często ROBI SOBIE sam! (niekończący się rechot...)
Tego nie zdzierżył już nawet kierowca. Bąkając coś usprawiedliwiająco pod nosem pośpiesznie zmienił stację.
Czemu to wszystko opisałem? Ano jakoś tak po powrocie do domu i przeczytaniu tekstu Rybitzkiego dokonała się mimowolna synteza tych zdarzeń. A dokładniej chodzi mi o trzy rzeczy:
- zbieżność słownictwa prowadzących ze słownictwem Palikota ,
- rynsztokowy, wulgarny i prymitywny poziom używanych skojarzeń.
- teza postawiona przez jednego z komentujących w tekście Rybitzkiego, iż na "wybrykach" Palikota traci przecież PO a nie PiS.
Otóż wydaje mi się, że największym przegranym jesteśmy my wszyscy! Jak Polska długa i szeroka!
Palikot stał się gwiazdą! Idolem, który swoim zachowaniem zaczął wyznaczać nowy, dozwolony publicznie poziom dyskursu. Wprowadził do niego słownictwo i zachowania dotychczas nieistniejące, dyskwalifikujące (do tej pory) osobę, która (jako parlamentarzysta) skorzystałaby z nich. A skoro wolno parlamentarzyście, to co dopiero takim satyrykom?! Hulaj dusza, ile wlezie!
Czy tego chcemy, czy nie, Palikot stał się dla wielu ludzi punktem odniesienia. I, jak widać, znajduje gorliwych naśladowców wśród osób oddziaływujących przez media na społeczeństwo...
Mniejsza o PiS czy PO. Mniejsza o sympatie i antypatie polityczne. Czy naprawdę przy okazji walki politycznej trzeba propagować w narodzie kompletne zchamienie? Prowadzić ludzi do rynsztoku, do kulturowej kloaki?
A może jednak nie o samą politykę tutaj idzie? Wtedy bym to zrozumiał.
W międzyczasie czekam na decyzję PO. Chociaż myślę, że będzie tak jak to napisał Rybitzki. Kryptolegitymizacja zdziczenia.



Komentarze
Pokaż komentarze (24)