81 obserwujących
1311 notek
994k odsłony
232 odsłony

#28 Post Zbyszka wg Dąbrowskiej – Szczęście

Wykop Skomentuj4

image


"Pamiętaj, że masz do wyboru tylko dwa momenty w czasie, kiedy możesz być w pełni szczęśliwy. Teraz albo... nigdy"


Postanowiłem dziś/wczoraj, że rozpocznę swój jednodniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej. Zrobię to po raz 28 z rzędu. Dwadzieścia osiem albo siedem, zależy jak liczyć, dni temu zdecydowałem się na swój pierwszy, pojedynczy dzień postu. To łatwa decyzja. Bo, co za problem popościć jeden dzień. Każdy da radę. Nawet ja! Zuch jesteś - od razu się nagrodziłem wieczorem, tamtego dnia.

Te nagrody jedna za drugą, wrodzony upór albo lenistwo, tak mnie doprowadziły do dziś. A dziś świeci słońce, jest niedziela i... fajnie tak jakoś.

Generalnie ten mój post, ujmowany całościowo, to mogę podzielić na takie etapy, "pory roku", "okolice". Chyba jeszcze wypada dodać, choć to należało dodać na początku przecież, że poszczę, po części, z ciekawości. To swego rodzaju eksperyment. Ot inna droga, od tej którą codziennie wracamy do domu albo zmierzamy do pracy. Skręćmy w prawo, zatrzymajmy się, zagadajmy do człowieka, wejdźmy do tego lokalu, idźmy na spacer nieplanowany - zobaczymy jak będzie. Co zobaczymy? Coś nowego! I chyba na tym polega w jakimś zakresie życie. Na ciekawości. Jak człowiek przestaje być ciekawy... - ech... lepiej nie rozwijać wątku.

Więc takich okresów w moim poście dostrzegam pięć.

1. Stuknięcie.


Pierwsze trzy dni. Mocno ciężko. Organizm się buntuje. Osłabienie. Ból głowy. Dałem radę.

2. Euforia.


Następne cztery dni od 4-7. Lekkość, świetne samopoczucie, wysoka energia i brak głodu. Można góry przenosić.

3. Cierpienie.


Następne 7-10 dni, od 8 do 15/18. Obezwładniające nudności na widok, zapach i dotyk warzywek. Sprawa zupełnie tragiczna. Walka z układem pokarmowym, który sabotował coraz skuteczniej próby napełnienia go, kolejnymi porcjami warzywek. Najchętniej nic bym nie jadł poza wodą. Ale wiadomo - show must go on, a post musi trwać.

4. Stagnacja.


Następne 7 dni, od ok 16 do 23. Uczucie nudności pokonałem przy pomocy techniki starożytnych indian "Krzywe pyski". Ktoś ciekawy? To proste: ziele angielskie! Tak. Niedoceniane, niezauważane. Pogardliwie wrzucane do bigosu, zupy, galarety, jakoś tak na przyczepkę. No bo czy można na poważnie traktować małe ciemne kulki?

Można! Można i trzeba. Nie dawajcie wiary telewizji. Nie słuchajcie specjalistów (żartuję). Szybkim krokiem szorujcie do kuchni i gdy was cokolwiek, a w szczególności nudności na poście Dąbrowskiej, dopadnie, sięgajcie po niepozorną papierową torebkę zawierającą te cudowne kuleczki.

Błąd! Ziela angielskiego nie należy łykać. To uwaga do wszystkich, także do pań. Nie łykamy! Co więcej. Nie gryziemy! To nie kotlet albo... no. Bierzemy w usta i... mamy tam to ziele. Albo może ściślej, zaczynamy ssać. Dotykamy językiem. Przemieszczamy po zębach. Lata ta kulka po całym pysku sobie i po prostu jest. Ile tak może latać? Bo ja wiem... Pół godziny to spokojnie.

Powoli z jej wnętrza, starożytne indiańskie substancje przenikają do naszej jamy gębowej. Wnikają do organizmu. Rozpoczynają bezlitosną walkę z tym okrutnym wrogiem człowieka, jaką są nudności. Gębę oczywiście trochę wykręca, bo może i stąd nazwa plemienia indiańskiego, od którego wzięło się stosowanie tego zbawiennego środka, czyli "Krzywe pyski". Ssali tak ssali, aż im pyski wykrzywiło.

Ale my ludzie XXI wieku nie musimy się o to martwić. W razie czego chirurgia plastyczna potrafi dziś czynić cuda, więc ssać to ziele możemy ile chcemy.

I... nudności "przeminęły z wiatrem". Ot tak. Po prostu. Już po dwóch dniach ssania, była ogromna różnica. Organizm przestał się buntować na widok kalafiora. Jarmuż był już okej. Seler to normalka. Jednym słowem - sukces.

Niestety, równocześnie, mocno się przeziębiłem. Ta paskudna pogoda, +4 deszcz i wiatr, a może jakieś drobne ustroje, nie wiem. Dość, że z nosa fontanna, a płucka raz po raz, wyrzucały przez gardło kaszlnięcia. Co robić? Przerwać post?

Zacząłem przyjmować uderzeniowe, jak to ja, dawki witaminy C i grzać się - w sensie temperatury otoczenia - ile się da. Głodu brak. Nudności brak. Ale... waga przestała spadać. Zupełnie.

W ciągu siedmiu dni, waga nie spadła nic a nic. Niemożliwe. Stwierdziłem, że przeszedłem na odżywianie kosmiczne i organizm pobiera energię z fal grawitacyjnych, to jest z drgań czasoprzestrzeni. Głupie, wiem, ale jakieś wytłumaczenie musiałem sobie znaleźć.

Forma w tym okresie była raczej słaba. Nie żeby się człowiek pokładał do snu w czasie dnia, nie mógł pójść po zakupy czy wykonywać normalnych obowiązków, ale wszystko tak "bez czadu", na smutno i w sumie "pod prąd'.

Czy jest sens kontynuować w takich warunkach post? Czy nie robimy sobie najzwyczajniej jakieś krzywdy? A gdzie lekarz? Gdzie badania? Czy to ma sens?

Nie ma. Ale... taka pokusa się rodzi, taki buncik mały. Kurcze - nie poddać się. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę. Jeszcze raz.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości