75 obserwujących
1264 notki
952k odsłony
408 odsłon

"Cóż za piękny dzień" - dobro, przyjaźń, człowieczeństwo

Wykop Skomentuj16

image

Fred Rogers urodził się 20 marca 1928 roku. W roku 1968 stworzył program dla dzieci w USA, zatytułowany "Mister Rogers' Neighborhood" (Sąsiedztwo pana Rogersa). Występował w tym programie przez... 33 lata do roku 2001 i to właśnie wypadałoby wiedzieć na temat filmu, zanim się go zobaczy, bo dla widzów tego nie wiedzących, pierwsze sceny mogą być niezrozumiałe i przynosić ze sobą pewną konfuzję. Wąski kadr. Dziwna scenografia. O co chodzi?!

Tymczasem są to sceny z absolutnie kultowego programu dla dzieci tworzonego i prowadzonego przez Rogersa. "Każdy" Amerykanin je zna i to wie, to znaczy każdy w odpowiednim wieku. To w jakimś sensie był kod kulturowy Ameryki - można postawić tezę. Więc widząc jadący, zabawkowy - pociąg w wąskim kadrze, Amerykanin ma natychmiast przed oczami program i Autora, i treści i przesłanie tego programu. Widz z Europy stuka się w głowę i może dużo, dużo później zaczyna coś kojarzyć i oswajać się z pewną sztucznością.

Oryginalny program Rogersa, od którego rozpoczyna się film "Cóż za piękny dzień":



W filmie nikt, nikogo nie zabija. Lanie w mordę jest tylko raz. Nie ma gwałtów ani seksu. Ech... gdzie te współczesne produkcje? Nie ma chyba nic, poza rzeczami, które się liczą. Poza świetną kreacją Toma Hanksa i, ośmieliłbym się powiedzieć, jeszcze lepszą Matthew Rhysa, gwiazdy serialu "Amerykanie".

Hanks i Rhys:

image


Rogers - chodzi o postać odtwarzaną przez Hanksa - jest przesłodzony aż do progu mdłości. Jego "głupawy" przylepiony do ust uśmiech. Jego "dziwaczne" zainteresowanie młodszym, może nawet mogącym być jego synem, dziennikarzem. Rhys rozbity, poraniony do samego spodu - jak wielu z nas? - przez relacje rodzinne. W filmie są też dzieci, na których skupia się Rogers - "gwiazdor" programów dziecięcych, ówczesny "święty" Ameryki.

Muzyki się w filmie nie zauważa, ale to jest komplement, bo nie wybijając się na plan pierwszy - na plan pierwszy wybija się historia Rogersa i Vogela, którego gra Rhys - nadaje scenom dodatkowej barwy i smaku. Filmowanie znów, trochę jak muzyka, jest nieobecne. Nie oszałamiają niesamowite widoki, przejmujące sceny, wizualne wodotryski 3D podnoszące poziom adrenaliny. Z drugiej strony wizyta Vogela (Rhysa) w "miasteczku" Rogersa i jego spotkanie z matką, to przecież poezja filmu, to jest robienie z kamery i ujęć, czegoś, czego nie ma normalnym świecie, a co niesie treści wyrażalne właśnie tak, w taki inny sposób.

Film opowiada prawdziwą historię. Historię przyjaźni, ale też historię człowieczeństwa, którą przeżywa zarówno Rogers jak i Vogel. Historię zmagania się z bólem, tragedią, z samym sobą. Konia z rzędem temu, kto się na tym filmie, choć trochę nie wzruszy.

Jest ten film w pewnym sensie hołdem dla Rogersa. Dla jego głupiej i może czasem przesadnej wiary w ludzi. Dla jego dobra, które starał się nieść dzieciom, ale i innym ludziom. Na czym właściwie polega dobro? Jak się wyraża?

Otóż wyraża się właśnie w tym, że widzi w człowieku swoje własne odbicie - widzi w nim DOBRO. Dostrzega w nim wartość, niezależnie od tego, jaki ktoś jest. No dobrze, ale co z ludźmi naprawdę złymi? Tak, są i tacy. I w nich jest dobro, tylko zarzucili je stertą zła, obudowali je złem, to zło filtruje ich wzrok i słuch, kształtuje ich myślenie i odczucia. A jednak, dobro widzi w nich dobro. I to "widzenie" staje się czasem krytyczne. Bo dramatycznie czasem potrzebujemy, żeby ktoś w nas DOBRO dostrzegł, zobaczył prawdziwą, niemożliwą do zatarcia, WARTOŚĆ. Żeby ktoś na nas tak właśnie - popatrzył, w nas - uwierzył.

W filmie pojawiają się bardzo dyskretne i drobne odniesienia religijne, wspomnienia na temat modlitwy i Boga. Być może Bóg jest tu przypominany na sposób właśnie chrześcijański. To jest nie głośny, donośny i pompatyczny. Nie potępiający, oskrżający, groźny. Rodgers był protestanckim duchownym. Jezus... Jezus gdy nauczał, o dziwo, nie potępiał. Nie potępiał złodziei. Nie potępiał żołnierzy. A jawnogrzesznica, dziś ukamienowana jadem słów, wzniosłością oburzenia i świętością niewzruszonych zasad, usłyszała od niego "I ja ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej".

Ale w postawie Jezusa był wyjątek. Byli tacy, których potępiał w najostrzejszych słowach "Biada wam". I byli to ówcześni kapłani i duchowni. To przeciw nim zwracał się ten, który jadał z "grzesznikami". "I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie."


Osią filmu jest konflikt Vogela z jego ojcem. Jest nią także przyjaźń, czy taka jeszcze istnieje?, dwóch mężczyzn. Jest nią ostatecznie owo DOBRO, które leczy, zbliża, dba, tworzy z nas ludzi, bo jest ludzką "naturą", możliwą jej wersją. Prawdziwy Rogers przez 33 lata przynosił swoim programem Ameryce te właśnie to, dobro, troskę, uśmiech, zrozumienie. Do tych właśnie postaw i wartości wychowywał Amerykanów i ich dzieci.

Dziś? Do czego wychowują nas portale i telewizje dziś? Czy będzie nieuprawnionym wniosek, że wychowują nas do nienawiści wzajemnej, do pogardy, do agresji niehamowanej, bo... ci drudzy - to już właściwie "nie ludzie"? Jeśli dobro istnieje w jakikolwiek zobiektywizowany sposób, jeśli nie jest aprioryczną oceną lub subiektywną i przemijalną konstrukcją, jeśli zło istnieje podobnie, to czym jest praca przy sianiu pogardy i nienawiści, przy eskalowaniu konfliktów, przy atomizacji ludzi i rwaniu relacji między nimi? Strach powiedzieć czym jest. Wiem. Cele i intencje są zawsze szczytne, wiadoma droga jest nimi brukowana.

Więc na koniec oddajmy głos Fredowi Rogersowi, który w cukierkowym programie przez 33 lata namawiał do dobra i je pokazywał.

"Jedną z pierwszych rzeczy, jakich dziecko uczy się w zdrowej rodzinie jest zaufanie. Zajmujemy się, można powiedzieć, dramatami dzieciństwa.  Nie trzeba walnąć kogoś po głowie, żeby pokazać dramat na ekranie. Mamy do czynienia z przeżyciami wskutek obcięcia włosów, relacji z rodzeństwem, gniewu rodzącego się z powodu codziennych, pozornie nieważnych spraw rodzinnych. 

Potrzebujemy więcej sąsiedzkiej troski. To właśnie jest to, co staram się dawać, staram się pokazać każdemu dziecku, że się liczy. Pomóc mu zrozumieć, że jest jedynym unikalnym człowiekiem. Kończę każdy program mówiąc: Sprawiłeś, że ten dzień jest niezwykły, po prostu będąc sobą. Na całym świecie nie ma takiego kogoś, jak ty. I lubię się właśnie takim, jakim jesteś."

Kto z nas, nie chciałby usłyszeć, podobnego przesłania?


-------------------------------------------------------------------------

Recenzje innych filmów {TUTAJ}
Mój Audiobook {TUTAJ}

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura