Gorące tematy:

81 obserwujących
1310 notek
993k odsłony
438 odsłon

Smak chrześcijaństwa

Wykop Skomentuj10

Jaki smak ma chrześcijaństwo? Jak smakuje? Jak je odbieramy?

Więc dla wielu ma smak "sztywny". Jacyś ludzie się zbierają, coś tam wyczyniają. Niektórzy mają dziwne stroje, z innej epoki. Gdy wychodzą z tych dziwnych budynków to jedni są nawiedzeni i chcą resztę zmieniać, potępiać, ustawiać. Inni całkiem inaczej, tam - czyści, za to w życiu - cwani. Oczywiście na taką małą, niewielką skalę.

Dla tych wewnątrz też ma "sztywny" smak. Właściwie chrześcijaństwo to narzucanie. Zakazy. Nakazy. Wędzidła. Niewola. Właściwie nic, co przyjemne - nie wolno. Zaraz grzech. I potępienie, wieczne na dodatek. Ale jak będziemy grzeczni i będziemy tych zakazów i nakazów przestrzegać, jak będziemy posłuszni i będziemy wypełniać nakazane i zalecane religijne obrzędy, zachowania, to dostaniemy nagrodę. Tam kiedyś. Po śmierci. Informuje o tym "duchowny", który mówi, że ma "władzę", daną mu od samego Pana Boga. "Duchowny" czasem wchodzi do swojej izby, zakłada sznur przez belkę, wkłada głowę i... Więc, jak to jest? A tu... już następna powódź sprytnych wyjaśnień od następnych duchownych.

W zasadzie chcemy jakiejś struktury, jakiejś wizji, która by nasze życie tłumaczyła, tłumaczyła rzeczywistość, utrzymywała wszystko w zrozumiałych ramach, przynosiła sens. Dlatego jedni przechylają się w stronę struktury poznawczej oferowanej przez religię, inni w stronę tych oferowanych przez Media lub filozofie "wyzwolone", czasem z rozumu. Nie ważne. Jakąś strukturę chcemy mieć. Mieć. Mieć. Posiadać wytłumaczenie świata. Ono zawsze się rozbije, o ten niewytłumaczalny fragment, jakim jest - niezawinione, a bywa bezbrzeżne, cierpienie dzieci.

Kościół trochę obumiera. Nie żeby snuć kasandryczne wizje, ale jeśli średni wiek hiszpańskiego księdza to 70 lat, to o czym my mówimy? My... Polacy, jeszcze mamy szansę, nie podnosić głowy, tylko patrzeć pod stopy, u nas tak nie jest. Ale... ksiądz niedawno mówił, że w seminarium jest tyle osób ile za jego czasów było na jednym roku tego seminarium. A przecież młody, przed czterdziestką.

Prosiły mnie siostry w Rudesheim, żeby się pomodlić, żeby były powołania. Ale właściwie, to żeby "coś zrobić", patrzyły na mnie dziwnie, bo co ja mogę? Co ty możesz? Wszystko? Nic? Skąd w ogóle taka prośba? Dlaczego? Dlaczego tych powołań - brak?

To wszystko bierze się prawdopodobnie, ze smaku. Smaku chrześcijaństwa. To oczywiście trywialne i nie do końca trafne określenie, ale chodzi o to, co odczuwamy, w kontakcie z religią lub jej przedmiotem, jak komu pasuje, zasadami, wiarą, praktyką itd.

A większość chyba odczuwa znudzenie, nieadekwatność i ową sztywność. Co... nie zaspokaja. Czego? Niczego. Bo kościół powrócił do zasad Izraelitów, do starotestamentowego, choć nie w całej rozciągłosci, rozumienia religii. Jakoś tych ludzi trzeba było ułożyć, wdrożyć, przymusić. Trudno się nie zgodzić.

Więc kościół stał się Wielkim Dyscyplinującym, Nadzorcą ludzi. Rozliczającym ich ze wszystkiego. Miało to dobre strony, bo i władza nie była do końca wolna, tak że jeden z drugim musiał się dostosować albo pomordować trochę ludzi kościoła.

Jednak w swoim zapamiętaniu pedagogicznym, chrześcijaństwo stało się tym właśnie - pedagogiką, szkołą, w której ludzie są uczniami, dyscyplinowanymi i pouczanymi przez nauczyciela, który może ich promować do następnej klasy, albo ukarać na wiele sposobów, w tym wyrzuceniem ze szkoły na zewnątrz, a tam... szkoda gadać.

Więc ludzie zaczęli szukać "czucia", "Boga żywego" - tak owo czucie, to jest zestaw wrażeń emocjonalnych, nazywają dostojni pasterze z postępowego, jedynie słusznego, nurtu. I zaczęły się praktyki. Ekstatyczne, para-magiczne, ocierające się o trans. Podskoki, rytmiczne kołysania się, głośne dźwięki, ekstaza, para-trans, praktyki psycho-somatyczne jak "upadki w Duchu Świętym". Wreszcie można "poczuć". Ten smak. W oferującym religię szybkiej-emocjonalnej obsługi ruchu postępowym. Uniesienia na wyciągnięcie ręki, gdy przyjedzie "guru", będzie muzyka, przewróci nas na ziemię i doznamy...

Więc taki daleki klasztor nad Renem wydaje się kompletnym nieporozumieniem na tle współczesnego rozumienia świata i religijnych poszukiwań. Tam się śpiewa utwory sprzed ośmiuset lat. Z dziwną melodyką, w których nie wiadomo o co chodzi. Powtarza się słowa świętej Hildegardy. Pielęgnuje się naczynie.

Bo chrześcijaństwo, tak naprawdę , to jest szaleństwo. Wcale nie przystaje do świata. Do rozsądku tylko częściowo, w pewnym zakresie. Dlatego, że wbrew pozorom, ono świata - rozumianego jako odbierana przez nas rzeczywistość - NIE DOTYCZY. Dotyczy czegoś więcej, czegoś innego. Takiego, którego - uwaga - nie da się pomyśleć, ani sobie wyobrazić. No ale to szaleństwo. Nie inaczej...

Więc to szaleństwo zaczęto dostosowywać, do wymogów kontaktu ze zwykłymi ludźmi, do wymogów życia, do wymogów funkcjonowania instytucji i urzędu "nauczycielskiego". To nie zarzut. To naturalny bieg zdarzeń. To jest taki, który musiał wystąpić i dobrze, że wystąpił. Więc chrześcijaństwo było z jednej strony szaleństwem np. "Biedaczyny z Asyżu", z drugiej dydaktyczną i dyscyplinującą instytucją, oddziaływującą na ludzi.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo