85 obserwujących
1341 notek
1031k odsłon
505 odsłon

Pandemia forever...

Wykop Skomentuj21

image

"Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
Obyś był zimny albo gorący!
A tak, skoro jesteś letni
i ani gorący, ani zimny,
chcę cię wyrzucić z mych ust"

Życie się toczy, powiadają swoim torem. Tak naprawdę toczy się setkami, tysiącami codziennych i niecodziennych spraw, z którymi się zmagamy, o które się ocieramy, z którymi musimy żyć. Noce i dni, niczym z "Nad Niemnem" tworzą rzekę. Tworzą - nasze życie. Ile w nim było zakrętów? Ile olśnień? Ile utonięć i wodospadów? Pewnie każdy ma swój rachunek, swoje rany, swoje ordery. Niesiemy to wszystko ze sobą, przez świat, to jest przez czas, to jest przez, to wszystko dookoła nas.

I bywa, że się przyzwyczajamy, mnie się nasze ubranie, mną się nasze marzenia, zaczynamy "chodzić po ziemi", nie tak, jak wtedy, gdy mieliśmy .... lat. Poznajemy życie, jako brutalną rzeczywistość tysiąca kompromisów, jako grę zachowań, w którą można wygrać albo przegrać. Więc gramy, na co dzień, szukając może już nie tego wielkiego, ale choć trochę, szczęścia. A jeśli nie szczęścia, to sensu. A jeśli nie sensu, to ulgi. A jeśli nie ulgi, to... zapomnienia lub nie daj Boże - niszczenia.

Świat nas "formatuje", to znaczy zmienia. Nie można ocalić, prawie nie można, tego, co było dawniej. Tego pierwotnego zachwytu, tej szczerości, tego oniemienia i zaufania. Nie można, bo podłość jest za progiem, jeszcze krok i... jesteśmy z nią twarzą w twarz, a wtedy, wiedzą ci, co ją spotkali, kończą się żarty. Dla niektórych na zawsze, dla innych, ciężkim kalectwem emocji, dla jeszcze innych przejściowym unurzaniem w błocie cierpienia i bólu, kłopotów i problemów.

Ale głównie dopada nas zwyczajność i jakaś taka przyziemność, żeby nie powiedzieć małość. I stajemy się właśnie - letni. No bo co? Świata nie zawojujesz. Nie podbijesz. Bądźmy szczerzy - tisze budiesz, dlasze jediesz.

Stajemy się częścią kompromisu z kompromisem, to znaczy zwiększamy entropię istnienia, to znaczy, czego pojąć nie możemy, stajemy po stronie rozpadu, przeciw życiu, które jest niekończącą się eksplozją, niekończącym się tworzeniem, ciągle czegoś nowego.

Więc szkoła, praca, dom. Czasem dom. Więc trochę przyjemności, tych poprawnych i tych innych, dla niektórych. Więc czasem walka, żeby dostać się na to stanowisko, na tą pozycję. Więc trochę zapomnienia, aż do szpiku kości, bo trzeba dalej, bo kolejny dzień. Ale... rzeczywistość ciemnieje. Robi się szara, niebo ciężkie, zarysy przyszłości niewyraźne, wiatr groźby szumi w naszych uszach i już nawet koniec ulicy nie bardzo widać w dziwnej nawałnicy, która przewala się przez miasto, przez miejsce w czasie, w historii, w przestrzeni, gdzie mieszkamy, z całym naszym bagażem, zapomnianych nadziei i wyważonych konstatacji. Licho nawet wie, co to konstatacje.

Ludzie, też widać ich niewyraźnie, bo wiatr jest ciemny i jakiś piasek, kurz, niesie się wraz z nim. Czepiają się tego i owego, żeby nie dać się porwać. Ktoś zamyka okna. Inny pędzi samochodem, może przez tłum. Może przejedzie kilku, kilkunastu. Zamęt - chyba tak to wypada określić, opowiedzieć, opisać tę rzeczywistość, która przecież wlewa się do wnętrza ludzi. I wychodzą. I kłamią urzędowo, dostojnie, medialnie, patriotycznie. Tak jakby ten ciemny wiatr był kłamstwem przetkany, jakby jego elementy wciskały się we włosy, pod koszulę, może nawet dostawały do krwioobiegu.

Więc ludzie szaleją. Zwracają się przeciwko sobie. Zwracają się do siebie samych, ku sobie. Słysząc wycie, ci co otworzyli przed nim swoje płaszcze, gniew mają przeciw innym. I złośliwą satysfakcję. Że mogą coś zrobić. Komuś złego.

W kasynie, przy głównej ulicy kręci się koło fortuny. Jest także kalejdoskop. Można w nim zobaczyć wszystko. Nawet przebłyski prawdy, o początku tej nawałnicy. Można się napić, ogrzać na moment. Potem zamykają i znów, na zewnątrz, jednym, z czepiających się poręczy, z pochylających się niżej. Byle nie dać się porwać.

Czy potrafimy przetrwać ten wiatr? Czy to kiedyś minie? Czy "pandemia" się skończy? Czy aby słowne podobieństwo: pandemia i pandemonium, czegoś sobą nie reprezentuje? Bo neony nadziei ledwie widać. Bo ludzie mają twarze koloru popiołu. Przynajmniej tak to wygląda, na ulicy, którą wieje "wiatr".

Więc może to jest po prostu szansa. Szansa dla nas. Żebyśmy zrozumieli.

Żebyśmy zrozumieli, o co chodzi. O co chodzi w życiu. Że na kompromisach możemy dojechać. Do śmierci. Wcześniej czy później i może tak właśnie zaplanowane jest nasze życie. Sformatowane, przez architektów tej pogody. Może dotrze do nas, że jedyną ostoją w tym pandemicznym wietrze może być drugi człowiek. Albo my dla drugiego człowieka. Że rozpad jest częścią życia. Ale tylko wtedy, gdy spotyka się go twarzą w twarz, a nie ucieka przed nim całe życie, by koniec końców, polec, konsumując upragnione istnienie, zamiast się nim stając.

Wykop Skomentuj21
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości