109 obserwujących
1607 notek
1187k odsłon
  194   1

Wandemia jako choroba i wybór

Archwizacja tekstu. Główna teza: czy stan natury jest stanem pokoju czy walki, na kanwie bieżących spraw.

image


Bo to nie jest "pandemia", bo toczą wojnę mającą nas "oślepić", ogłupić, omamić. To zło toczy wojnę najpierw w sferze słów. Więc to jest wandemia, stan ludzkości wywoływany naroślem w postaci WHO. WHO -> wandemia.

Bo przecież słyszeliśmy, przynajmniej w młodości, że wszyscy stanowimy "jedno ciało". I taka jest, wcale nie metafizyczyna prawda. Że ludzie żyjący ze sobą, wchodzący ze sobą w interakcje, będący ze sobą i okoleni jakąś granicą, w przestrzeni i czasie, tworzą... organizm. Społeczeństwo. I jak w organizmie, w zdrowym społeczeństwie, nikt tak naprawdę, nie żyje dla siebie. Kowal nie robi podków, lemieszy czy broni, dla siebie. Programista nie pisze programów, systemów dla siebie. Masażysta sam siebie nie masuje, a piosenkarka nie śpiewa dla samej siebie. Ta idea życia dla siebie to trucizna sączona do organizmu przez zmienione komórki. One, pojawiając się w zaatakowanych narządach, w instytucjach i segmentach społeczeństwa, sączą tę truciznę dalej.

Nigdy nie było inaczej. Nigdy nie było tak, że nie było zła, że nie ma  lub nie było zmienionych komórek, które chcą żyć dla samych siebie, które chcą żyć wiecznie i kosztem innych. Które są zdecydowane inne komórki niszczyć, żywić się nimi, zabijać. Istnienie zła, tej patologii, jest wpisane w rzeczywistość. Zaś pokój i dobro, są stanami, w których zło jest trzymane na uwięzi, eliminowane na bieżąco, wyganiane z przestrzeni "publicznej", do jakichś ciemnych jam przetrwania, skąd nie ma wpływu na życie organizmu.

Mało kto wie, że w rzeczywistym organizmie, w tej niesamowitej strukturze jaką jest nasze ciało, każda zdrowa komórka ma zapisaną w sobie śmierć i na tę śmierć, poprzez swoją konstrukcję, się "zgadza". Śmierć komórek następuje daleko wcześniej aniżeli śmierć organizmu. Jedne jak komórki dostarczające wszystkiego innym, umierają po kilku miesiącach od powstania. Inne żyją latami, ale też umierają i są wszystkie one zastępowane przez następne pokolenia komórek. Ja nie chcę umierać - mówi komórka, do której dotarł przekaz zła. I te właśnie komórki, zaczynają rewoltę. Bunt. Bunt wobec jedności i trwania organizmu. Bunt wobec własnej anihilacji, która jest treścią i częścią życia czegoś więcej, życia człowieka, istnienia jego świadomości. Komórki zmienione tym się różnią od zdrowych, że nie mają wpisanej śmierci w swoje istnienie. Że nie żyją dla innych, tylko inne wykorzystują, niszczą, konsumują, pochłaniają, zabijają w końcu. W końcu, bo takie są prawa natury, prowadzi to do unicestwienia całego systemu z komórek złożonego i dopiero wtedy do samozniszczenia agresora.

Ale wobec zła i zniszczenia, organizm, ten cudowny system życia przekraczającego życie poszczególnych jego składników, nie pozostaje obojętny ani bezbronny. Nie pozostaje taki, bo istnieje, bo faktycznie jest, jest organizmem, a nie jedynie zbiorem komórek, jak chce go widzieć komórka zepsuta. Bo społeczeństwo - tak długo jak zachowuje wartości i wzajemnie wiążące relacje -  faktycznie jest społeczeństwem, a nie jedynie zbiorem ludzi, jak chcą je widzieć psychopaci o zmienionej psychice.

Więc organizm... interweniuje. Broni się i atakuje zło. Układ odpornościowy, jakże popularny w dobie wandemii, nie bierze jeńców. Nie bierze tych jeńców, bo jego zadanie jest kluczowe. Bo broni całego organizmu przed patologią prowadzącą do jego unicestwienia. Bo jest osnową i linią obrony życia. Więc patogeny są więzione i usuwane z organizmu. Zmienione komórki są najzwyczajniej w świecie niszczone, a ich pozostałości służą jako budulec lub są wyprowadzane poza granice organizmu. Układ odpornościowy nie zawsze musi być w pełnej gotowości i zdarzają się lata i okresy, kiedy idylla, pokój, zdrowie i brak inwazji. Drobne zakłócenia są likwidowane przez niewielkie "siły policyjne". Ale gdy dochodzi do inwazji patogenów i zmienionych komórek, to następuje "powszechna mobilizacja". I znów, jeśli organizm ma żyć, to ten układ obronny nie może być ślepy. Nie może działać ani "na wariata", ani "na kastrata". A są patogeny, które właśnie układ odpornościowy chcą wprowadzić w konfuzję, policję doprowadzić do zgłupienia. Sugerując jej, że i ona, może zacząć żyć dla siebie, każdy z osobna, że jakoś to będzie. Nie będzie.

Więc może pora skończyć, z wielką narracją o raju. O pokoju wiecznym. O wolności jako stanie przynależnym i naturalnym. Pora odejść od kastracyjno, pacyfistyczno, feminizujących nauk naszych nauczycieli. Pora zrozumieć, że zło jest naprawdę. Najrzeczywiściej. Obecne i istniejące. We władzy, w ludziach dalekich i bliskich, w ideach będących filtrami oglądu rzeczywistości, w nas samych ostatecznie, bo elementy zła są zawsze obecne.

Pora zrozumieć, że prawdziwą metaforą życia i rzeczywistości, natury i realności jest walka. Walka i spór, pomiędzy życiem i śmiercią, pomiędzy dobrem i złem. Że to nie są - tak głupawo reklamowane - tylko dwa aspekty tego samego. Pokój, dobro i wolność, zawsze są - wywalczone. Nigdy nie są naturalnym stanem. Wbić to musimy sobie do głowy, bo tylko wtedy będziemy je cenić, zamiast przechodzić obojętnie, jak pojebani widzowie, współcześnie hodowany gatunek obojętnego człowieka, skupionego na konsumowaniu, konsumowaniu, konsumowaniu. Tak iż jedyne, co umie i może, to się napychać, widokiem, odczuciem, kolejnym, stającym już w gardle prowadzącym do otchłani wiecznego niezaspokojenia, kęsem wrażeń. Po czym, idzie dalej. Swoją drogą. Drogą zmienionego człowieka.

U kresu tej drogi, tak zalecane nam przez innych gromadzenie doświadczeń, wrażeń, przyjemności i lat okaże się balastem. Nie da się tego przenieść, przez deski trumny, w której złożą nasze ciało, przez ściany urny, gdzie wsypią jego proch, przez granitowe płyty grobu. - Na chu... to wszystko? - wtedy być może zapytamy, jeśli będziemy mogli pytać. Bo nie żyje się dla siebie. Bo każda taka myśl, jest drogą do piekła. Do wiecznego istnienia dla siebie i wyłącznie dla siebie. A człowiek jest komórką organizmu ludzkości, społeczeństwa i jego istnienie ma sens wyłącznie wraz ze śmiercią, wyłącznie w relacji do innych ludzi, bo wyłącznie tak, tworzy sobą człowiek coś o wiele większego, niż on sam. Tworzy cud, którego sam zobaczyć, przeżyć i opisać w pełni nie może, ale którego może doświadczyć, gdy spotka się z innymi ludźmi, innymi komórkami, obdarzonymi podobnym modus operandi to jest sposobem istnienia. I takich spotkań się nie zapomina. Relacje tego typu powodują rezonans w człowieku, zupełnie niepojęty niewytłumaczalny. Bo miłość, przyjaźń, otwartość, wzajemność to są właśnie odczucia tego cudu, jakim jest przekraczająca jednostkowe życie - jedność życia. Istniejąca. Będąca. Różnie i nieporadnie przecież, nazywana przez nas wszystkich. Takimi słowami jak Miłość przez duże M. Jak Bóg. Jak Istnienie.

Ale życie nie jest pacyfistyczną idyllą narkotyzujących się lekkimi lub ciężkimi narkotykami dzieci kwiatów. Życie to bywa słoneczna polana w lesie. Gdzie można usłyszeć i ptaki, i owady, i szelest liści. I ciepło jest. I można usiąść i cieszyć się wszystkim. Ale poza tą polaną zawsze jest zagrożenie. Zagrożenie, z którym nie ma negocjacji. Nie pomoże spolegliwość, zalecana przez pasterzy uległość. Nie pomoże, wyuczona ewolucyjnie, "pozycja martwa", a więc brak reakcji w nadziei na przeczekanie drapieżnika w garniturze. Oni wszyscy idą po nas. Bo nie umieją inaczej. Bo to jest ich naturą. Oni też nie biorą jeńców. Zło, nie bierze jeńców. A liczyć na zmianę zła można, byle nie na poważnie, byle nie czynić z tego pierwszego założenia, ale zupełnie ostatnią z ostatnich możliwość, której, ze względu na dobro usuwać nam ostatecznie nie można, ale którą ze względu na rozum, będący dobra podporą, umieścić wypada właśnie tam, na ostatniej z ostatnich pozycji możliwych.

Mistyczne i religijne intuicje ludzkości nie są bajaniami czy szaleństwami oderwanymi od rzeczywistości. Zupełnie przeciwnie są próbami ludzkimi wglądu w tę rzeczywistość. Wglądu "wszelkimi dostępnymi środkami". Nie zawsze taki wgląd jest poprawny, tak jak nie zawsze naukowy wgląd jest poprawny i są one korygowane. Jednak w niemal każdej tradycji mistycznej, także w mojej wierze i religii, występuje aspekt konfliktu. W ten czy inny sposób wplecionego jako warunek życia i istnienia. Dlatego właśnie, w Europie znajdują się miejsca poświęcone św. Michałowi Archaniołowi. Uosobieniu układu odpornościowego. Postaci dzierżącej nie gałązkę oliwną, nie białą flagę poddania się, ale miecz. Ostry miecz. Bo zło, nigdy się nie cofnie przed uległością. Bo zalecenia nadstawiania drugiego policzka i zwyciężania zła dobrem rozumianego jako przeciwstawianie się agresji poprzez spolegliwość, to są głupie i złowrogie rady. A głupota jest właśnie stanem oślepienia przez zło i jak powiada Pismo "Lepiej spotkać niedźwiedzicę, która straciła młode, niż głupca z jego głupotą".

Oni chcą nas. W całości. Podporządkować. Osłabić. Wykorzystać i... tak... zabić. Bo czemuś innemu służy pozbawianie dostępu do lekarza, czemuż innemu służy uniemożliwianie i przeszkadzanie w dostępie do lekarstw, czemuż innemu służyły i służą procedury, zapewniające wykonawcom bezkarność i szacunek, a tym, na których się je wykonuje, zwiększone prawdopodobieństwo śmierci w stanie opuszczenia, oddzielenia i bezradności?

Idą po nas i to nie na żarty. I możemy sobie myśleć, to mnie minie, jakoś to będzie. Nie będzie. Im dalej, im więcej patogenów, im więcej trucizny w organizmie, im słabszy układ odpornościowy, tym agresywniejsze są, zmienione komórki i procesy przez nie inicjowane, przecież to widać, słychać i czuć. I strach przed wypowiedzeniem, przed uczynieniem czegokolwiek będzie złym doradcą, będzie agentem przemiany nas samych, w tych, co chcą żyć wiecznie, w tych, których celem jest samozaspokajanie i życie dla siebie, gdy przecież przed nami tylko jedno jest pewne - śmierć.

Więc trzeba wybierać, miedzy śmiercią za cenę współtworzenia życia, które śmierć naszą przekracza, w którym być może odnajdziemy później nowe inne już istnienie, o nieporównywanej i niepoznawalnej jakości, a przywiązaniem do samobycia, samozaspokojenia, istnienia dla siebie kosztem innych i ostatecznie, agresji wobec innych postrzeganej jako obrona własnego życia i dobrostanu.

Ten wybór jest kluczowy. Dotyczy on wszystkich komórek organizmu. Dotyczy komórek oczu, które mogą, zmienione, dalej fałszować reszcie obraz rzeczywistości, albo ryzykując wiele i w efekcie kiedyś śmierć, zacząć pokazywać prawdę. Dotyczy on komórek układu odpornościowego, który albo zacznie wypełniać swoją powinność obrony organizmu, a to właśnie znaczy ochrony siebie, bo bez organizmu układ odpornościowy traci sens istnienia i istnieć przestanie, co przełoży się na koniec istnienia każdej z jego komórek, więc te komórki, ci ludzie tych instytucji i profesji, muszą zacząć myśleć, czego chcą, co powinni. Bo zło NIGDY NIE USTĘPUJE SAMO. Nigdy nie ustępuje przed apelami. Bo niekończąca się agresja jest strukturą jego bytu, bo zgodnie z przesłaniem i wielką intuicją komórek i ludzi jedynym narzędziem mogącym kłaść kres jego działaniu jest... miecz. Rzecz nie do pomyślenia w sfeminizowanych, zinfantylizowanych, ogłupionych pacyfistycznymi i egoistycznymi ideami społeczeństwach.

Ale nikt nie dzierży miecza ot tak sobie. Wtedy znacznie więcej krzywdy niż korzyści. Zanim, to kandydat na rycerza, przechodził długi trening, był kształtowany, musiał mieć w świadomości idee i poglądy, jak na przykład ten, by słabych chronić a wobec silnych siłę pokazywać, nie jak idee i wyznawane sposoby postępowania skundlonych egoizmem i żądzą konsumpcji współczesnych elit, by słabych niszczyć, kopać i wykorzystywać, a silnym wchodzić w ich cuchnące siedzenie.

Więc, żeby coś robić, żeby nawet mówić, żeby żyć w rzeczywistości konfliktu, a taką jest rzeczywistość natury i ponad-natury - "Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" - potrzebujemy oprócz miecza czegoś więcej. Potrzebujemy kontaktu z "organizmem", z rzeczywistością, która nas przekracza, przewyższa, dla której istniejemy, w której znajdziemy kiedyś swoje zupełnie nowe miejsce. Potrzebujemy światła, które wpada oknem gdzieś wysoko i strugą rozlewa się w naszej przestrzeni. W przestrzeni naszego wnętrza, naszego serca, naszej duszy. Potrzebujemy drugiego człowieka, by odkryć możliwość współistnienia "w organizmie", to znaczy takiego współistnienia, takiej relacji, która wzajemnie buduje, wzajemnie odczuwa. Potrzebujemy empatii i realnych relacji z ludźmi, a nie relacji na zasadzie konsumpcji i rachunku korzyści z transakcji handlowej, propagowanych przez wyznawców egoizmu.

I miejmy nadzieję, że od tego światła, na które zaczniemy zwracać uwagę, któremu pozwolimy wpaść do naszego wnętrza, a które wcale nie jest z nas, ani "stąd", coś w nas pojaśnieje. Kurz i brud, owszem pokażą się w nas, ale to dobrze. Ozdrowieńczo dla nas samych, bo ukrywanie śmieci po kątach, tylko obciąża całą budowlę. Więc gdy samych siebie, z bólem, zaczniemy porządkować, gdy uda się zacząć naprawiać wiązania między nami, czyli relacje, które unicestwić chce wróg, to otworzymy drzwi i wyjdziemy na zewnątrz. Bo będziemy się mieli na czym oprzeć. Nie będzie tam lekko. Ale kto powiedział, że ma być? Źli ludzie? Zmienieni ludzie? Bo Ten, który twierdził, że przyszedł STAMTĄD mówił: "Niech każdy weźmie swój krzyż", to znaczy zadanie, to znaczy trud, to znaczy cierpienie. I... "niech idzie za mną".

Więc możemy usiąść, oszołomieni złem wokół nas, szukający przetrwania i schronienia, przeczekania nawałnicy, albo możemy "iść", to znaczy wyruszyć w drogę, która w żaden sposób nie będzie łatwa, na której kiedyś ustaniemy, ale znów, wracają po wielokroć te słowa, może powtórzymy wówczas, że  "W dobrych zawodach wystąpiłem". Więc spróbujmy wpuścić, do naszego wnętrza, trochę światła, które przyniesie i ulgę, i uśmiech. Kto wie, może i nadzieję.


image

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale