Grzegorz Wszołek - gw1990 Grzegorz Wszołek - gw1990
607
BLOG

Sędzia Kapiński: Mam nadzieję, że rządzący nie zechcą wywołać wojny domowej

Grzegorz Wszołek - gw1990 Grzegorz Wszołek - gw1990 Sądownictwo Obserwuj temat Obserwuj notkę 8
– Wierzę, że do kryzysu w Sądzie Najwyższym nie dojdzie, a rządzący nie zechcą wywołać wojny domowej. Niczego nie mogę jednak wykluczyć właśnie ze względu na niedawną wizytę prokuratorów w asyście policji w siedzibie KRS. Byłby to fatalny obrazek dla polskiej demokracji. Władza podniosłaby rękę na Sąd Najwyższy, co jest niespotykane w najnowszej historii Europy – mówił rozmowie ze mną dla "Gazety Polskiej" prezes Izby Karnej Sądu Najwyższego, sędzia Zbigniew Kapiński.

Co Pan myśli, gdy słyszy, że mimo ponad 30-letniego stażu zawodowego w sądownictwie jest Pan „neosędzią”?

Słucham tego i czytam o takich określeniach z ogromnym zdziwieniem i niezrozumieniem, bo nie sposób zgodzić się z takim stanowiskiem w sytuacji, kiedy przeszedłem wszystkie szczeble kariery sędziowskiej – od aplikanta, asesora, sędziego sądu rejonowego, okręgowego, apelacyjnego i po 22 latach orzekania w Sądzie Apelacyjnym awansowałem do Sądu Najwyższego. Nie można nikomu zabronić swobodnego używania danych określeń, ale nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością. Nie istnieje w Polsce podział na sędziów i „neosędziów”. Wszyscy są sędziami Rzeczypospolitej mianowanymi w sposób legalny przez prezydenta RP. Mamy jeden stan sędziowski.

Czy kiedykolwiek wcześniej część środowiska prawniczego domagała się Pana dymisji ze stanowiska sędziego lub degradacji ze względu na status sędziowski?

Przed nowelizacją ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa z grudnia 2017 roku nigdy się to nie zdarzyło. Orzekałem w sądzie apelacyjnym, tak jak powiedziałem, przez 22 lata. W tym przez kilka lat w wydziale lustracyjnym, gdzie byłem w składach orzekających dotyczących polityków z pierwszych stron gazet: prezydenta Lecha Wałęsy, marszałka Sejmu, ministrów sprawiedliwości, posłów, senatorów… I nigdy nie było żadnych wątpliwości ani zastrzeżeń, mimo że orzekałem w sprawach – można tak powiedzieć – zarówno kryminalnych, jak i tych o podłożu politycznym czy historycznym, to m.in. sprawa generała Czesława Kiszczaka i pierwszego sekretarza KC PZPR Stanisława Kani, agenta z Watykanu i wiele innych o bardzo dużym ciężarze gatunkowym.

Nikt nigdy mi nie zarzucił upolitycznienia, nie podważał moich kompetencji czy kwalifikacji moralnych. W wydziale lustracyjnym było tak, że w jednym tygodniu sądziliśmy marszałka Sejmu z lewicy, a za tydzień czy za dwa orzekaliśmy w sprawie na przykład posła prawicy. Nie było takiej sytuacji, żeby zarzucono mnie czy też innym sędziom po tamtych orzeczeniach stronniczość lub wady w powołaniu na stanowiska sędziowskie.  

Dekadę temu skazał Pan Czesława Kiszczaka na dwa lata więzienia w zawieszeniu w sprawie wprowadzenia stanu wojennego. Sąd Apelacyjny w Warszawie jednocześnie uniewinnił I sekretarza KC PZPR Stanisława Kanię w tym procesie. Pamiętam, że prawica krytykowała wtedy sąd za – jej zdaniem – zbyt pobłażliwe wyroki dla komunistów, ale czy spotkała Pana taka infamia jak dzisiaj?

Chciałbym, aby to wybrzmiało po ponad dekadzie: po pierwsze, sprawa sądowa Kiszczaka była jedyną osądzoną prawomocnie, która dotyczyła twórców stanu wojennego. Po drugie, to jest najistotniejsze – w stosunku do komunistycznego szefa MSW była wniesiona apelacja tylko na jego korzyść, a więc sąd odwoławczy miał możliwość albo utrzymać wyrok pierwszej instancji w mocy, albo go uchylić na korzyść oskarżonego. Z tego względu nie było możliwości podwyższenia kary, gdyż obowiązywały szczególne przepisy dotyczące amnestii. Sąd Apelacyjny w Warszawie nie miał zatem żadnego pola manewru w zakresie orzekania na niekorzyść. Przyznaję, że sędziowie po zakończonych sprawach muszą liczyć się niekiedy z krytyką, ale sąd musi wydawać orzeczenia zgodne z prawem, a sędziowie biorą je – mówiąc obrazowo – na własne barki.

Nigdy nie kierowałem się kwestiami politycznymi ani też oczekiwaniami społecznymi. I jestem w pełni świadomy tego, że wyroki są poddawane określonej krytyce. Natomiast nie wahałbym się dzisiaj tak samo orzec w tamtych kwestiach jak wówczas. Z pewnością w trakcie tamtych debat nie podważano mojego statusu sędziowskiego. Oczywiście stałem zawsze na stanowisku, i tak samo sądzę dzisiaj, że jeżeli nie ma orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, czyli jedynego organu, który jest uprawniony do tego, żeby stwierdzić, że procedura postępowania przed Krajową Radą Sądownictwa jest niezgodna z konstytucją, to nie widzę podstaw do tego, żeby ignorować KRS. Dlatego zdecydowałem się świadomie uczestniczyć w konkursie – zresztą ja go wtedy przeszedłem i głosowano na mnie w Krajowej Radzie Sądownictwa jednogłośnie, łącznie z ówczesnymi senatorami opozycji, co się ponoć do tamtej pory nie zdarzyło przy opiniowaniu kandydata do Sądu Najwyższego.

Uchwała Izby Karnej, którą Pan przedstawiał we wrześniu 2024 roku, dotycząca sporu o to, kto jest prokuratorem krajowym, przeszła w rządzie bez echa. Żaden urzędnik państwowy nie dostosował się do tego, co Pan wówczas wygłosił. Dariusz Korneluk – a nie Dariusz Barski – nadal jest prokuratorem krajowym w świetle działań prokuratury. Nawet sądy na ogół nie reagują, tylko realizują czynności procesowe związane z wnioskami śledczych. Sędzia Jędrzej Dessoulavy-Śliwiński z Sądu Okręgowego w Warszawie to jeden z nielicznych wyjątków, który podważył prawne umocowanie prokuratora.  

To jest dobry przykład trwającego chaosu w wymiarze sprawiedliwości. Te orzeczenia, które pasują obecnemu rządowi i koalicji sejmowej, są respektowane. Tak jak wyroki tzw. neosędziów wydane w sprawach indywidualnych z korzyścią dla tychże polityków – wtedy już problem znika. Kiedy zapada wyrok nie po myśli rządzących, wówczas nie jest brany pod uwagę. To działanie oczywiście bez podstawy prawnej, niezrozumiałe, zmierzamy jako kraj z tego względu w bardzo niebezpiecznym kierunku. Przedstawiciele władzy wykonawczej respektują tylko tę część orzecznictwa Sądu Najwyższego, która im odpowiada. To osłabia państwo, wymierza cios w wymiar sprawiedliwości i powoduje ogromny bałagan w państwie. Ale Sąd Najwyższy nie ma na to wpływu. Sąd rejonowy zadał pytanie prawne dotyczące statusu prokuratora krajowego, więc jako Izba Karna Sądu Najwyższego udzieliliśmy odpowiedzi w tym zakresie. W sensie prawnym wiąże ona tylko sąd, który nas pytał. Nie obejmuje ona jednak innych sądów w kraju, choć z uwagi na autorytet SN powinny ją stosować. Bowiem każda sprawa może ostatecznie trafić do SN.

Minister Waldemar Żurek proponował ustawę „praworządnościową”, która wyrzucałaby poza nawias sądownictwa ogromną część sędziów awansowanych po 2017 ­roku. Została ona zawetowana, ale resort sprawiedliwości zapewnił, że nie zrezygnuje z zaprowadzenia własnych porządków, bo – tu pojawia się oskarżenie pod adresem nie tylko rządu Zjednoczonej Prawicy, ale „nowych” sędziów – obywatele płacą kary nakładane na Polskę i w dodatku przeciągane w czasie są procesy. Zgadza się Pan z tymi poglądami byłego sędziego Żurka?

Nie ma żadnych powodów do tego, żeby kwestionować status sędziów. Nie zgadzam się absolutnie z przedstawioną argumentacją resortu sprawiedliwości. Zarówno obecny minister sprawiedliwości, jak i poprzedni bardzo nietrafnie, bez podstawy prawnej, kwestionują status już łącznie sporo ponad 3 tys. sędziów. Dzieje się tak wbrew treści orzeczeń europejskich trybunałów – obecny minister i były, Adam Bodnar, te orzeczenia nadinterpretują, a z żadnego z nich nie wynika, że powołani przez prezydenta sędziowie nie są sędziami, a ich wyroki są nieważne. To jest pierwsza sprawa w tej dyskusji. A drugie pytanie, najważniejsze, jest następujące: czy gdyby nawet Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zakwestionował umocowanie prawne sędziów, to ma do tego uprawnienia? Czy my przekazaliśmy w ramach traktatu o przystąpieniu do Unii Europejskiej kompetencje w tym zakresie? Konstytucja jasno stanowi, że sędziowie są nieusuwalni.

Poza tym ustawa „praworządnościowa” to nic innego, jak dzielenie sędziów, które jest całkowicie bezpodstawne i wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony wprowadza się podział na grupy, do których przyporządkowuje się określone kolory. Z drugiej, jeśli ktoś awansował ścieżką poprzez KRS na pierwszy stopień w hierarchii sądów, to znajduje się w grupie zielonej i wszystko jest w porządku. Ale gdy ktoś trafił wyżej, do sądu okręgowego lub sądu apelacyjnego albo został powołany na stanowisko sędziego w sądzie tego szczebla po raz pierwszy, to w ogóle nie może o sobie mówić, że jest sędzią. Na tym polega sprzeczność i absurd pomysłów Ministerstwa Sprawiedliwości: albo KRS funkcjonuje i istnieje, tak jak minister mówi w stosunku do sędziów z tak zwanej grupy „zielonych”. Co ważne, żaden organ do tego uprawniony nie stwierdził, że KRS nie istnieje. To jest kolejny wątek potwierdzający, iż dyskusja ze strony rządzących opiera się nie tylko na wewnętrznych sprzecznościach, ale kłamliwym, wręcz antypolskim, interpretowaniu prawa. Nie wiem, czym ci ludzie się kierują, przyjmując tego rodzaju interpretacje. Na pewno nie mają na uwadze interesu Polski i szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości.  

A kary, które płacimy za „wadliwe powołanie sędziów”?

Pieniądze, o których mówi minister Żurek, około 5 mln zł, w zasadniczej części zostały przyznane w drodze ugody, na którą zgodził się rząd. Taką ścieżką można zaakceptować wszystko. Nie były to środki zasądzone. Natomiast co roku – z tytułu przewlekłości postępowań, za które odpowiada m.in. minister sprawiedliwości – skarb państwa wypłaca około 7–8 mln zł. Ta przewlekłość jest spowodowana tym, że blokowane są etaty sędziowskie, gdyż minister nie rozpisuje konkursów na wakaty, których jest około 1 tys. W niektórych sądach, na przykład w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, powstały ogromne, kilkuletnie zaległości w rozpoznawaniu spraw, ponieważ celowo odsuwa się od orzekania sędziów powołanych po 2017 roku. Sprawy się przedawniają. Co to oznacza? Przestępcy, którzy powinni ponieść prawne konsekwencje swoich działań, nie zostaną ukarani z uwagi na przedawnienie. Jeżeli w danej sprawie był ponadto stosowany areszt tymczasowy, to jeszcze wystąpią o odszkodowanie i wypłatę zadośćuczynienia. Sąd im to bez problemu zasądzi. Na tym polega podwójna szkoda. To jest w ogóle nieakceptowalne z punktu widzenia interesów państwa, polskiego społeczeństwa, bo prowadzi też do ogromnego chaosu, do osłabienia systemu sądownictwa.

Bezpodstawnie są uchylane wyroki tylko z uwagi na skład sądu. To jest teraz główna przyczyna kryzysu. Te sprawy w konsekwencji wracają do sądu w pierwszej instancji, toczą się od początku znów przez kilka lat, czekają w kolejce i jeżeli brakuje sędziów, to kolejka się wydłuża i część z nich w konsekwencji ulega przedawnieniu. I to jest problem, nad którym nie panuje obecny minister sprawiedliwości.

Czy istnieje podstawa prawna do wzruszania prawomocnych wyroków ze względu na status sędziego i rzekomo „wadliwą” ustawę o KRS? Procesy najgorszych przestępców, już przecież skazanych, muszą ruszyć od nowa. Wystarczyła tylko zmiana władzy w 2023 roku.

W Sądzie Najwyższym, czy też sądach odwoławczych, część sędziów – nie wszyscy, nie większość – uchyla orzeczenia sądów niższej instancji bezprawnie, bezpodstawnie, podpierając się uchwałą połączonych trzech izb SN z 2020 roku, która z kolei została skutecznie zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny. Pragnę zwrócić uwagę, iż nawet w tym orzeczeniu nie mówi się o tym, że to jest wystarczająca podstawa do uchylenia wyroku z uwagi na skład sędziowski. Zatem ci sami sędziowie, którzy podpisali się pod tą uchwałą, nie stosują się do jej treści, wyrządzając krzywdę zarówno konkretnym ludziom, jak i wymiarowi sprawiedliwości. 

Wzruszanie wyroków powoduje, że sprawy muszą się toczyć od nowa, to natomiast wywołuje traumę pokrzywdzonych, którzy muszą uczestniczyć ponownie w procesach wraz z rodzinami, to także pogarsza sytuację osób, które były już skazane, a teraz na nowo stają się oskarżone. To jest też bardzo niebezpieczne i szkodliwe społecznie w zakresie spraw cywilnych. Podam jeden z takich przykładów, gdy po kilku latach procesu cywilnego w sądach obu instancji, Sąd Najwyższy uchylił wyrok w sprawie o roszczenie w zakresie kilkunastu milionów złotych. Firma, na rzecz której zasądzono tę kwotę, nie wytrzyma kolejnego procesu trwającego ponownie kilka lat. Z uwagi na to orzeczenie SN to przedsiębiorstwo upadnie, a na bruk pójdzie kilkadziesiąt osób wraz z rodzinami. Takie są skutki bezprawnego uchylania wyroków sądowych. Z drugiej strony sąd w Giżycku nie pozwala ludziom podzielić majątku po rozwodzie, bo w sprawie rozwodowej orzekał sędzia powołany na wniosek obecnej KRS. To pokazuje, że zakładnikami tej walki są także obywatele.

Niedługo nastąpi wybór piętnastki sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa dokładnie według tych samych przepisów, co poprzednio sformowane KRS. Zadaję sobie pytanie, czy ci sami sędziowie, ci sami politycy po wyborze w maju będą mówić, że głosowali za „neosędziami”, czy będą używać jeszcze innych określeń. Przecież to jest ta sama procedura, co w 2018 roku i później. A w związku z tym, uważałem tak wtedy i uważam tak dzisiaj, nie ma żadnych powodów do kwestionowania statusu sędziów wyłonionych wedle znowelizowanej ustawy o KRS. Utarło się bezpodstawne twierdzenie, że jeśli sędzia został zaopiniowany przez określony KRS po 2017 roku, to wywarło to wpływ na jego niezawisłość. Nie ma na to mojej zgody, to nieprawda. Mówię o tym na podstawie własnych doświadczeń. Przechodziłem pozytywnie przez cztery KRS-y, byłem opiniowany do sądów rejonowego, wojewódzkiego, okręgowego, następnie apelacyjnego i później Sądu Najwyższego. Czy to miało wpływ na moją niezawisłość w jakikolwiek sposób? Uważam, że to jest cecha mojego charakteru, tak jak innych sędziów. Albo się jest niezawisłym, niepodatnym na żadne wpływy, albo się tej niezawisłości nie posiada.

Teraz ruszył plan B ministra Żurka w procedurze wyboru kandydatów do KRS – prezesi sądów organizują „prawybory”, eliminowani mają być „neosędziowie”, jak również ci, którzy będą dysponować podpisami poparcia „nowych” sędziów. Ma to być „podkładka praworządnościowa” pod obowiązującą ustawę o KRS. Jak Pan ocenia te pomysły? 

Zdecydowanie negatywnie. Trzeba stosować ustawę, czyli obowiązujące prawo, a co znaczą „podkładka”, „nakładka” lub „plaster” i tego typu określenia? Sytuacja jest prosta. Albo będzie dokonany wybór zgodnie z treścią obowiązujących przepisów, czyli ustawy, a z niej jasno wynika, że jeden klub nie może zgłosić więcej niż dziewięciu kandydatów i Sejm musi wybrać co najmniej jednego z każdego klubu. Jeżeli wyeliminuje się głos obywateli lub „dogada się” całą procedurę z zainteresowanymi, to oznaczać będzie uzasadnione podstawy do kwestionowania wyboru KRS. Członkowie zostaną powołani wbrew obowiązującym przepisom.

Ani uchwała Sejmu, ani inne pobożne życzenia czy też opinie polityków nie mają kompletnie znaczenia. Jeśli KRS zostanie ukształtowana wbrew prawu, to wtedy będzie naprawdę duży kłopot w wymiarze sprawiedliwości. Mam nadzieję, że minister Żurek i wszyscy decydenci mają tego pełną świadomość.  

Sędzia Dariusz Łubowski nie awansował w strukturach sądownictwa na skutek znowelizowanej ustawy o KRS, a i tak jest wręcz szykanowany przez obecną władzę. Jego kłopoty w Sądzie Okręgowym w Warszawie rozpoczęły się wtedy, gdy cofnął zgodę na europejski nakaz aresztowania za posłem Marcinem Romanowskim. Stracił miejsce w sekcji międzynarodowej, kierownictwo sądu przychylało się do wniosków prokuratury o zmianę składu ws. ENA wobec polityków PiS, w tym Zbigniewa Ziobry. To przykład nacisków na wymiar sprawiedliwości czy czegoś jeszcze poważniejszego?

Casus sędziego Łubowskiego znam z przekazów medialnych, natomiast nie mam prawa nie wierzyć wstrząsającej relacji tak doświadczonego prawnika, który mówił o zachowaniu prokuratury prowadzącej śledztwo ws. Funduszu Sprawiedliwości. To jest całkowicie nieakceptowalne i sprzeczne z prawem postępowanie zarówno władz sądu, ale także ministra sprawiedliwości, który akceptuje obecny stan rzeczy. Według mnie to próba zastraszania sędziów. Jeżeli będziecie niepokorni i nie zaczniecie rozstrzygać spraw według oczekiwań obozu władzy, to zobaczcie, co was czeka – tak brzmi przekaz resortu sprawiedliwości. Tego doświadcza właśnie sędzia Łubowski. Są to niedopuszczalne praktyki w demokratycznym państwie prawa. Świadczą dobitnie o tym, że władza wykonawcza chce mieć wpływ na orzeczenia sądów i rozstrzygnięcia konkretnych spraw. 

Pamięta Pan taką sytuację, jak sędziego Łubowskiego, sprzed 10–20 lat w III RP?

Nigdy się nie zdarzyła. Przez ponad 30 lat mojego orzekania nigdy nie spotkałem się z taką sytuacją, żeby ktoś w stosunku do mnie albo kogokolwiek jako sędziego próbował wywierać wpływ albo zachował się tak, jak w stosunku do sędziego Dariusza Łubowskiego.

Wyraził Pan chęć startu w wyborach na I prezesa Sądu Najwyższego. Co Pan chciałby zmienić w wymiarze sprawiedliwości?

Warto pamiętać o tym, co I prezes Sądu Najwyższego może zrobić w zakresie swoich kompetencji. Nie posiada inicjatywy ustawodawczej w zakresie reformowania wymiaru sprawiedliwości, odpowiada za funkcjonowanie Sądu Najwyższego. Natomiast ten organ oczywiście ma określony wpływ na sposób orzecznictwa sądów powszechnych w ten sposób, że odpowiada na pytania prawne, rozstrzyga zagadnienia, jest też sądem kasacyjnym, czyli sądem rozstrzygającym nadzwyczajne środki zaskarżenia. W tym aspekcie rola I prezesa Sądu Najwyższego w zakresie odpowiedzialności za cały wymiar sprawiedliwości jest ograniczona, większą odpowiedzialność za stan wymiaru sprawiedliwości ponoszą zdecydowanie minister sprawiedliwości i rząd.

Oczekiwałbym, że Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawi długofalowy projekt, jak powinien wyglądać model wymiaru sprawiedliwości za 5, 10 lat – tak żeby obywatele nie czekali na postępowania, żeby sprawy rozpoznawano sprawnie, bez zbędnej zwłoki, żeby w sprawach karnych proces miał charakter gwarancyjny, a jednocześnie szybko i sprawnie rozstrzygano sprawy. W Izbie Karnej SN dajemy sobie radę pomimo trudności. Przekażę dane: Izba rozpoznała w 2025 roku łącznie 5182 sprawy, z tego 2914 kasacji. Mamy opanowany wpływ na poziomie 99 proc. – gdyby nie bezpodstawne wnioski o wyłączenie sędziów, dotyczące jedynie sposobu ich powołania, to SN rozpoznawałby więcej spraw merytorycznych.

Prof. Włodzimierz Wróbel nie uznaje Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN, które wyłania kandydatów na I prezesa SN. Domaga się interwencji władzy wykonawczej w celu „ratowania wiarygodności” wymiaru sprawiedliwości. Spodziewa się Pan policji w SN i prucia sejfów, jak niedawno w KRS? 

Mam nadzieję, że do takiej sytuacji nie dojdzie, a rządzący nie zechcą wywołać wojny domowej. Niczego nie mogę jednak wykluczyć właśnie ze względu na niedawną wizytę prokuratorów w asyście policji w siedzibie KRS. Byłby to fatalny obrazek dla polskiej demokracji. Władza podniosłaby rękę na Sąd Najwyższy, co jest niespotykane w najnowszej historii Europy.

Co do prof. Wróbla – przypomnę, że sześć lat temu uczestniczył w zgromadzeniu opartym na tej samej ustawie. W zgromadzeniu tym także uczestniczyli sędziowie powołani po 2017 roku i wówczas najwyraźniej je uznawał. Nie ma żadnych podstaw do kwestionowania procedury wyłonienia kandydatów na I prezesa SN. Liczę na to, że politycy wykażą się odpowiedzialnością, a sędziowie będą respektować porządek prawny w naszej ojczyźnie.

Wywiad z sędzią Zbigniewem Kapińskim ukazał się w "Gazecie Polskiej" nr 10/2026 i jest aktualny tym bardziej po wtorkowym orzeczeniu TSUE ws. "neosędziów"  

Fot. Zbigniew Kapiński/PAP arch. 

Publicysta i redaktor Salonu24, "Gazety Polskiej", "Gazety Polskiej Codziennie", kiedyś "Dziennika Polskiego" (2009-2011, 2021-2023).  Wszystkie zamieszczone teksty na tym blogu należą do mnie i mogą być kopiowane do użytku publicznego tylko za moją zgodą. Grzegorz Wszołek Utwórz swoją wizytówkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo