112 obserwujących
1711 notek
1230k odsłon
  78   0

#10 Jednodniowa przypominajka Zbyszka wg Dąbrowskiej: Nie-Przewidywalność

Chcemy kontroli nad sytuacją i przewidywalności przyszłości czy przeciwnie? I co z tego wynika?

Dziś rozpoczynam 10 dzień mojej przypominajki jednodniowej. Znaczy, nie. Wróć. Zaczynam ją po raz 10 z rzędu. I luzik. Na zewnątrz,, to znaczy po drodze, obok drogi, czasem nad głową, chwasty i insekty. Nie ważne. Naturalne. Należą to świata i otoczenia. Sama droga - czytaj, przypominajka daje w kość, ale z drugiej strony dość słoneczna więc per saldo na plus.

Co jadłem: same old, same old - czyli dwa posiłki dziennie. Może napiszę o bigosie. Ostatnio zajadam się nim w sporych ilościach. Stał się przebojem mojego postu. Ponieważ bigos robi się "na winie", "wrzucą wszystko, co im się nawinie", to wrzuciłem zawartość słoiczka koncentratu pomidorowego. Kapusta była pokaźna, to tego koncentratu - na smak. Do tego sól, pieprz, majeranek. To wszystko. Gdy gorąca porcja smakowitego bigosu ląduje przede mną, to kręcę nad nią młynkiem z pieprzem, bo aromat świeżo mielonego pieprzu to jest to coś, co finalnie staje się dopalaczem i już... mogę konsumować. Pełny odlot i satysfakcja. Polecam.

Ponieważ truskawki się skończyły, to dziennie przechodzę na pół grapfruita, dwa razy po ćwiartce. Jakieś dziwne skutki zarejestrowałem po zjedzeniu dużej ilości rukoli, ale ją lubię, zwłaszcza, że jestem leniwy, a to się kupuje zdatne do jedzenia ot, tak, bez nawet mycia, no i jeszcze bio.

Waga: Od początku postu spadło ok. 4,5 kg. Ale to może być po części przyczyną ostatnich "spacerów", z których pierwszy relacjonowałem {TUTAJ}.

Samopoczucie mentalne: Mniej euforyczne niż dwa dni temu, ale powyżej przeciętnej. Zdecydowanie.

Samopoczucie fizyczne: Bardzo dobre. Brak niechęci do jedzenia. Choć w międzyczasie się pojawiała i stosowałem ziele angielskie. Jakby ktoś chciał poznać prawdziwy sposób korzystania z tego ziela niech się zwraca na priv. Żartuję, można i publicznie. Wydolność fizyczna bardzo dobra. Wszystko okej.

Poza tym:

Zrobiłem sobie drugi "spacer" testowy, żeby nie było, że ten pierwszy to jakaś anomalia. Dystans minimalnie dłuższy, jakieś 27 km. Dwa razy usiadłem na kilka minut. Usiadłem bo w dłuższych marszach nie chodzi wcale o zmęczenie. Zmęczenie dotyczy mięśni, a te, tak naprawdę wiele potrafią, zwłaszcza w przypadku spokojnego wysiłku i postu Dąbrowskiej albo diety niskowęglowodanowej.

W każdym bądź razie, to, co może "nawalić", to tkanka łączna. Więc należy pamiętać na dłuższych dystansach, żeby dbać o stawy, ścięgna i stopy. Dlatego się głównie odpoczywa. No chyba, że tankuje się bułki, to trzeba czasem coś zjeść.

Jednak tym drugim razem, mimo, że słońca bez liku i niebo bez końca, nie było aż tak fajnie, jak trzy dni wcześniej. Częściej gapiłem się na drogę niż na otoczenie, szedłem bardziej mechanicznie, jakoś już nie tak, jak za pierwszym razem. Czy nie jest tak, że "pierwszy raz" smakuje wyjątkowo. Absolutnie. Niesamowicie? Że potem się tęskni, do tego "pierwszego razu" i chciałoby się go przeżyć ponownie, doświadczyć ponownie? Pamiętasz swój... "pierwszy raz"? Ten smak, to wrażenie, porywające wszystko?

Więc drugi, ten sam, raz - już nie taki. Więc pragniemy - pierwszego razu. A to znaczy - nieznanego. Czegoś, czego - n i e - z n a m y . Nie wiemy, o tym. Nie spotkaliśmy tego. Jeśli wtedy nam się przydarzy, to będzie "pierwszy raz". Ten najbardziej nas dotykający.

Ale to się kłóci z drugą naszą tendencją. Tendencją do tego, by poznawać, by gromadzić doświadczenia. By czynić świat przewidywalnym, by go - kontrolować. Ale jeśli chcemy "pierwszy raz", to to, co się miałoby wydarzyć, nie może być znane. Nie może być też przewidywalne. Musimy się zdecydować na ryzyko i to ryzyko prawdziwe, bo jeśli efekt naszego kroku ma być nieprzewidywalny, to znaczy, że może zakończyć się  niesmakiem, porażką, bólem, naprawdę.

Więc jesteśmy tacy trochę rozdarci, tacy trochę na granicy dwóch światów. Tego z prawej strony, który jest przejrzysty, widoczny, swojski i znany. I tego z lewej strony, skrytego we mgle, który jest niejasny, niewiadomy, nieprzewidywalny. W tym pierwszym jest bezpieczeństwo. W tym drugim, jest "nieznane" i... pierwszy raz.

Więc tak podróżujemy. To zależy od człowieka. W ten świat po prawej stronie. Gdzie wszystko wiadomo. Gdzie wg naszych reguł i wiedzy. Gdzie - pod kontrolą i mamy pewność. I czasem w ten drugi świat, gdzie nic nie wiadomo, gdzie wszystko jest nowe, gdzie oprócz "nowego" okrywamy nowych samych siebie.

Dlatego może właśnie "drugi raz" nie smakuje tak samo. Ale oczywiście, to są też kwestie biochemiczne. Bo raz potraktowane dopaminą receptory komórek nerwowych chowają się, żeby drugi raz nie był tak intensywnie doświadczany. To dlatego, źródła przyjemności trzeba więcej, a "W miarę jedzenia rośnie apetyt".

W każdym bądź razie nauka z tego mojego drugiego marszu taka, że warto "wchodzić w nieznane". Że życie może całe jest takim wchodzeniem w "nieznane". Że ten świat "po lewej stronie" jest nam niezbędny i niezbędna jest w nas odwaga, by samodzielnie go sprawdzać, odkrywać. Nie, żeby polegać tylko na tym, co wiadomo albo co nam powiedzą i od nas oczekują.

Podróży "w nieznane", tego "pierwszego razu" oraz mnóstwa słońca na drodze, życzę wszystkim czytającym.


image

(Zdjęcie na zasadzie cytatu)

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości