110 obserwujących
1765 notek
1252k odsłony
  358   1

Misytycyzm dla wszystkich

Mistycyzm jest i nie jest dla wszystkich. O mistycyzmie nie da się mówić, ale się mówi, czego rewelacyjnym przykładem było zachowanie Lao Tse, który tak oto napisał: "Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie", po czym... napisał jedno z bardziej znanych dzieł na świecie czyli "Tao Te Ching".

Mistycyzm to są albo jakieś nieszkodliwe wygłupy mnichów, którzy nie mając co robić, wymyślają jakieś takie. Posty, techniki i potem taki złachany człowiek, dostaje wizji. Albo znowu to są te przeżycia nastolatek - przynajmniej w sensie dojrzałości psychicznej - pląsających w rytm muzyki, we wzajemnym nakręcaniu się do "przeżywania" czegoś tam, w ramach inscenizowanych i przygotowanych pląsacji, zwanych nawet czasem nabożeństwami.

Mistycyzm to też są tak zwane prywatne objawienia, gdzie jedna pani z drugim panem, ma widzenia i słyszenia, których nikt inny nie słyszy, ale one słyszą, to się dzielą i potem wycieczki autokarowe i mamy chodzących mistyków, dostarczających regularnie dawkę wiadomości konkretnych od postaci ponadziemskich.

Z mistycyzmem nie ma łatwo, bo przecież papież Kościoła Katolickiego zamknął swoje kościoły, żeby przypadkiem ktoś nie przyszedł i nie zachorował albo się nie zaraził, czym podsunął taką myśl wiernym, że Pan Bóg nie do końca działa i ich nie osłoni, więc... trzeba martwić się o siebie i do kościoła lepiej nie chodzić, bo tak mówią w telewizji i papież powtarza. A jak Bóg nie działa, to jaki mistycyzm? To mistycyzm staje się właśnie tym, szkodliwą lub nieszkodliwą bajką dla ubogich na umyśle, podczas gdy ludzie racjonalni chodzą po ziemi, do której zostaną złożeni, zjedzeni przez robaki, które potem "świat" zaoferuje pozostałym przy życiu, jako super przekąskę.

Poza tym mamy politykę, plandemię, zastrzyki obowiązkowe (prawie), (by były), wojnę, nba, celebrytkę z jej życiem intymnym, netflix, reflux, inflację, morawieckiego, internet i jazdę aktora po pijaku. Jaki mistycyzm? Tak na poważnie. Po jaką cholerę?


"Szukajcie a znajdziecie, pukajcie a otworzą wam, proście, a będzie wam dane" - nauczał Jezus z Nazaretu. Chrześcijanie uważają go za Boga. Parachrześcijanie oraz muzułmanie za proroka. Judaiści za heretyka. A reszta za sympatycznego głosiciela sympatycznych mądrości, który miał pecha i go Rzymianie ukrzyżowali, ale jak ktoś wyprzedza swoje czasy, to się zawsze tak kończy, o czym świadczy powiedzenie: "Niebezpiecznie jest mieć rację w sprawie, w której władza się myli".

Ale czy te słowa Pana Jezusa się sprawdzają? Czy proszący otrzymują, czy szukający znajdują, czy kołatającym otwierają? "Modlicie się a nie otrzymujecie" - pisał św. Jakub, ten który był jednym z najbardziej chodzących po ziemi, wśród Apostołów. Ten Jakub akurat był synem Alfeusza i to nie jest św. Jakub Apostoł, do którego grobu pielgrzymuje się drogą  (el Camino) do Santiago de Compostela. Św. Jakub pochowany (wg tradycji) w Santiago, był synem Zebedeusza i bratem św. Jana - autora czwartej Ewangelii oraz Apokalipsy, z której cytat będzie dalej.

No więc "Modlicie się a nie otrzymujecie". Ale dlaczego nie otrzymujecie? "bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz" - pouczał zdroworozsądkowy Apostoł. Ale może przesadzał. Bo przecież nie chodziło ówczesnym modlącym o zaspokojenie żądz, czasem rozumianych jako seksualne i nie o to się modlili. O co zatem? Pewnie o to, co my. O cokolwiek. Zdrowie, pieniądze, męża, żonę, dzieci, dom, pracę, spokój, przyjaciół, samochód, szczęście, karierę, wolność, może konia, kozę albo bydło itd. itp.

To nie o to się powinniśmy modlić? Może i o to. A czy otrzymujemy? No raczej różnie. Poprzecznie i podłużnie.

No to Pan Jezus nie miał racji, mówiąc, że znajdziemy, otrzymamy i otworzą nam? No miał. To jak? Jak właściwie?

"Kto zaś będzie pił wodę, którą ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki" - powiada Jezus. Jaką znowu wodę? - zapyta zwykły człowiek. Woda - tak to wygląda - jest tu przenośnią, pojęciem na określenie czegoś nieopisywalnego. Pewnie tego, czego doświadczają mistycy, o ile tacy jeszcze są.

Mistycyzm byłby więc doświadczaniem "picia tej wody". Nie tyle może dokonywania lewitacji, co bardziej przemawiające w szczególności do widzów czy mediów, ale przeżywania stanu, w którym doświadcza się "wody żywej". Mistycyzm jest ewidentną częścią tradycji dalekowschodniej. W końcu nirwana, to wyjście ze świata słownego, do świata poza słownego, poza intelektualnego, ale istniejącego, choć nie w opisywalnych przez człowieka kategoriach. Hinduska "moksza", to też spotkanie czy wejście w stan "inny", nie ten "ze świata". Przedsiębiorczy, głodni doznań, a majętni ludzie zachodu, mistycyzm fundowali sobie poprzez LSD, grzybki i szamanów z ich specyfikami. Tam fundowali. Dalej to robią. Ale... bądźmy szczerzy, mieszać w mózgu to sobie lepiej dobrym czerwonym winem, co opisywał dobitnie Platon w dialogu "Uczta": - "Na koniec wszyscy się popili". Ale to pseudo-mistycyzm.

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale