Czas postu jest błogosławieństwem. Bo jest miło? Nie. Bywa miło. Ale bywa niemiło, przykro i wyboisto. To czego k***a chcesz? Wszyscy wiedzą, że chodzi o to, żeby było miło, ciepło, bezpiecznie, siarczyście, wspaniale, dostojnie, zaje*ście, europejsko, patriotycznie, homoseksualnie, heteroseksualnie, konserwatywnie, liberalnie, religijnie, ateistycznie, do wyboru do koloru dla każdego coś miłego. Zgadza się? Nie zgadza się? Zgadza się.
Więc na poście jest po prostu różnie raz wspaniale i komfortowo, raz do kitu, ciężko i ora się ziemię, nie orze – bo to poprawnie, a poprawność to śmierć i o tym jest właśnie ten post. Więc bywa różnie. Dobrze i źle, lekko i ciężko, czyli po prostu – jak w życiu.
To czym się to ****wa różni od życia chłopie? No i to jest dobre, powiedziałbym fundamentalne pytanie. Otóż post różni się od życia – wszystkim.
Chodzi o ten typowy pogląd buddyjski, że „ja” jest konstruktem, że w sumie jest wymysłem, że nie istnieje realnie, ale co więcej, jest fikcyjną formą, w której człowiek sobie żyje. Chodzi też o echo chrześcijańskiego – kto chce zachować swoje życie straci je. Chodzi o wyjazd na wakacje, gdzieś daleko, może w Alpy, może do Tajlandii, koniecznie w rejony jakich jeszcze w życiu nie widzieliśmy. Bo… „trzeba zmienić tapety”, a to znaczy otoczenie, widoki, świat, który nas otacza. Bo wtedy, oglądając ten „inny świat” – odpoczywamy. Chodzi też o codzienną dawkę z fejsbóka, ulubionej gazety czy strony internetowej. Co tam znajdujemy? Nowości! A przynajmniej to co nowości wygląda, co nowości udaje. Chodzi o to, że to co było, że powtarzanie znanego, że brak nowego, to śmierć. Nie ta fizyczna, rozumiana jako miażdżący człowieka proces. Ale ta prawdziwa. Bo życie to zawsze coś nowego, bo życie to zmiana i rozwój. Dlatego tak nie cierpimy powtarzalności, dlatego nowość tak nas – uwaga – „ożywia”. Bo zamknięcie się w jakieś formie istnienia, sytuacji, własnego bycia i własnego świata, to koniec. Bo nawet jeśli nowe ma być jakąś projekcją tego, co możemy wymysleć, to nie jest to nic nowego, bo nowe – oznacza – nieprzewidywalne. Wtedy dopiero jest nowe. Prawdziwie.
Więc post Dąbrowskiej, ale pewnie i taki o wodzie i miodzie, wyrywa człowieka z jego życia. Oczywiście na jakiś bezpieczny czas, bo potem można wrócić w stare koleiny dobrze znanego sobie życia, emocji, odczuć, obaw, gniewów, skłonności i naszej nie dającej się ugasić – zapalczywości. Ale to są takie wakacje, od siebie, bo interwencja jest bardzo głęboka i jeśli sparowana z jakąś refleksją lub postawą duchową – każdy może sobie wybrać – to już w ogóle – przygoda. Przygoda i prawda, bo na poście nie ma czasu i miejsca na oszustwa i konwenanse, bo człowiek i świat są jakie są, bo widzi się bez narzuconego hałasu i wrzasku, i odwiecznych wpojonych nam wyjaśnień, jak powinniśmy, co powinniśmy i tak dalej, zgodnie z aktualną wiedzą narodową, polityczną, medyczną i nawet religijną.
Więc post Dąbrowskiej wyrywa człowieka z kolein. Można sądzić, przypuszczać, myśleć – ale to nie są nasze sądy, myśli i przypuszczenia, to są myśli, sądy i przypuszczenia potęgi, która jest od nas i większa i mniejsza. Jest większa bo starsza od nas o wieczność, jest mniejsza, bo niezdolna do wyboru. Więc to ta potęga, ściślej wzorzec morfogenetyczny, w nas produkuje owe myśli, przypuszczenia i sądy, że wypadnięcie z dotychczasowych, „normalnych”, kolein życia to: głupoty, manowce, zło, zagrożenie, dalej dowolne wstawić. Jest to naturalna strategia obronna tego wzorca, który się z nami zżył, który chce czego? Powielania w nieskończoność. Gwarantuje nam – tak to odczuwamy – spokój, pewność, że robimy dobrze, pogardę i agresję wobec wszystkich i wszystkiego, co to kwestionuje. Ale… czy naprawdę jest nam z nim dobrze? – „Jest najlepiej jak może być” – odpowie wzorzec i ponownie zagrozi konsekwencjami szaleństwa i degeneracji, na widok wyrwania się z jego kolein. Po prostu – mamy być tacy, jacy jesteśmy i kropka, i kamień, i morze, i śmierć na dnie wśród szczątków Titanica.
Więc post Dąbrowskiej ciągnie człowieka po wertepach dni i nocy, wyrzuca ze znanego, przenika zimnym deszczem i daje odpocząć na polanie, na schodach „Scalinata di Trinità dei Monti”, w kawiarni, przy stoliku, gdzie gołębie wokół i nad ludźmi. Ale ten post to przygoda, to nowość, to inny czas. Kim jesteśmy? Tak naprawdę? Imię i nazwisko? Pozycja społeczna i rodzinna? Wyznanie i partia polityczna albo idee i poglądy?
Wieczorem usiadłem i popatrzyłem na miasto. Nigdy tego nie robię. Jest tysiąc spraw ważniejszych od tego. Moje projekty. Ważne wydarzenia na świecie. Fascynujące zawody sportowe. Książki, te popularno-naukowe, te beletrystyczne. Są filmy i seriale. Są gry komputerowe i spory na słowa, poglądy, teorie. Jest jeszcze szarpanka w błocie śmierdzącego negatywizmu, ale to nawet w zwykłym życiu jakoś mnie przestało pociągać, choć zewsząd wyglądają chętni, prowadzeni za rękę przez diabła wszystkich religii i samej rzeczywistości.
Noc była… pełna. Wieżowce na horyzoncie zapalały się światłami, wyżej chmury, poszarpane tworzyły taką linię, skośnie podnoszącą się w bezkres. Mrugały w niej światła samochodów. Żółte oczy cywilizacji. Nie było niczego, czego by brakowało w tej chwili, w tym czasie, niczego, czego można by było chcieć, pragnąć, czego byłoby – potrzeba, do czegokolwiek, co można by było dodać. Było po prostu – normalnie, tak jakby pęd życia codziennego właśnie tę normalność nieodwołalnie kradł, zabierał, pozbawiał nas w sposób ostateczny, pozostawiają głód, rozdrażnienie i nienasycenie.
Więc post to przygoda, to odmiana samego siebie, – to fikcja – powiedzą, – można sobie sztachnąć czy się napić i efekt ten sam – zabrzmi szydera, człowieka, wzorca, zła, czegoś, co od zawsze chce człowieka zdominować, kontrolować, podporządkować, stłamsić i ostatecznie zniszczyć lub zamknąć w jakieś formie szkaradnej i zastygłej w tej szkaradności.
Więc post to odmiana, ważna i potrzebna. Może głównie właśnie duchowo. Bo nie da się przewidzieć jego skutków, kolei losów. Bo to przygoda. Prawdziwa a nie cukierkowa, wymyślona od speców od marketingu, ideowego, religijnego i biznesowego. Post to prawda o nas samych. Najpierw fizycznie, potem psychicznie. To prawda o świecie, który notorycznie, 24 godziny na dobę nas okłamuje. Boże ile my mamy w sobie kłamstw. I to takich, w które święcie wierzymy, o które będziemy walczyć, w imię których nie zawahamy się. Przed niczym. A można inaczej. To inaczej niczego nie przekreśla ani nie anuluje, ale jest sympatycznym krokiem naprzód. Nie – nie zginiemy. Od głodu czy innych spraw. Aktualna wiedza medyczna mówi, że zastrzyki na kowit są bezpieczne i skuteczne, także dla młodych chłopców, dzieci i kobiet w ciąży. A lekarze występowali kiedyś w reklamach papierosów. Taka była aktualna wiedza medyczna. Więc trzeba się słuchać – to podstawowa mantra świata dla ludzi, którym nachlany chciwością świat podsyła teraz smsy że mają się bać. Naprawdę nie ważne czego. Ważne żeby się bać. Stale i nieustannie podnosić w ludziach poczucie zagrożenia. Taka historia. Taka „nowa normalność” panów bezczelnie i pań.
Ale… kogo to obchodzi? A może to twój ostatni dzień życia? Co jeśli tak? Co byś zrobił? Pomyślał? A może niczego specjalnego nie trzeba by robić? Może spacer? Może w tych żółtych liściach trzepoczących na wietrze jest cały wszechświat i cały czas i cała suma życia? I to, że tego nie dostrzegamy, to wyłącznie wina wpatrzenia w koleiny w jakie swoim życiem żeśmy trafili? Czy to możliwe?
https://unsplash.com/photos/a-vibrant-cityscape-at-night-with-numerous-illuminated-buildings–gM6HJ6eIX8


Komentarze
Pokaż komentarze (2)