37 obserwujących
645 notek
832k odsłony
901 odsłon

Prawdziwa historia bandyty o kryptonimie J-23

Wykop Skomentuj1

Tym razem wklejam w całości, chociaż tekst długi. Niemniej kto nie nie zna tej historii będzie  nią zaskoczony, kto ją zna być może zechce sobie ją na nowo przypomnieć. Polecam, bo warto.


"Mimo zaprzeczeń scenarzystów, Artur Ritter sam uznawał się za pierwowzór filmowego agenta ze „Stawki większej niż życie”. W latach 70., w mundurze polskiego generała, obwieszony orderami, objeżdżał szkoły i opowiadał dzieciakom o swoich przygodach. Wielu historyków też twierdziło, że właśnie on był prawdziwym agentem J-23. Był też jedną z najbardziej posępnych i odrażających postaci w historii Polski Ludowej.

Niemiecka rodzina Ritterów w połowie XIX wieku osiedliła się w Żyrardowie, gdzie ojciec przyszłego szpiega, Johann, pełnił funkcje kierownicze w zakładach tkackich. Następnie został oddelegowany służbowo do Jelca w Rosji. Właśnie tam, w maju 1906 roku, urodził się Artur.

Młody Ritter ukończył szkołę podstawową w Grodzisku Mazowieckim a następnie gimnazjum w Łomży. Zaraził się wówczas ideologią komunistyczną i wstąpił do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Po latach wspominał: „wyrzucono mnie z hukiem ze szkoły za »sianie anarchizmu«”.

Od 1927 roku był już aktywnym członkiem Komunistycznej Partii Polski. W 1932 roku przerzucono go do Moskwy, gdzie przez rok pod okiem Karola Świerczewskiego pseudonim „Walter” przechodził intensywną indoktrynację w szkole Międzynarodówki Komunistycznej. Od tego też momentu zaczęła się jego współpraca z NKWD, przeszedł również szkolenie wywiadowczo-dywersyjne.

Po powrocie do kraju Artur Ritter został aresztowany przez polski kontrwywiad pod zarzutem szpiegostwa. Prawie rok przesiedział w więzieniu. W 1936 roku na rozkaz Moskwy zrezygnował z członkostwa w KPP. Od tej pory miał pozostać tzw. matrioszką, czyli uśpionym agentem. Grał też nową rolę: pokazywał, że wyrósł z młodzieńczych fanaberii i stał się statecznym obywatelem. Ritter zamieszkał w Warszawie, podjął pracę, wziął ślub, urodziła mu się dwójka dzieci. W stolicy zastał go wybuch wojny. W połowie października 1939 roku opuścił Warszawę i wraz z rodziną przedostał się do okupowanego przez Sowietów Białegostoku. Urządził się tam całkiem nieźle – czerwoni okupanci uczynili go dyrektorem miejscowego szpitala. Jego cywilne życie miało jednak już niedługo dobiec końca.

Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki z Arturem Ritterem skontaktował się oficer sowieckiego wywiadu. Agent dostał niełatwe zadanie: „wykorzystując swoje pochodzenie przedzierzgnąć się w Niemca”. Jego terenem operacyjnym miało być Generalne Gubernatorstwo, zwłaszcza Warszawa. Ritter nadawał się do tej roboty jak nikt inny. Znał biegle trzy języki: niemiecki, rosyjski i polski, z czasów przedwojennych miał odpowiednie kontakty.

Początkowo przedostał się sam, potem sprowadził również żonę i dzieci. Ulokował się w Warszawie i odnalazł swoich dawnych towarzyszy z KPP. Nie miał jednak żadnej łączności z mocodawcami w Moskwie.

Dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 roku w rejonie podwarszawskiej Wiązownej wylądowała na spadochronach tzw. Grupa Inicjatywna Polskiej Partii Robotniczej, w skład której wchodzili m.in. Paweł Finder, Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec i Czesław Skoniecki.

Rolą trzech pierwszych było odbudowanie struktur partii komunistycznej w Polsce, Skoniecki natomiast miał stworzyć na tym terenie siatkę wywiadowczą NKWD, tzw. „Wydział Specjalny”. Zadaniem tej organizacji była penetracja polskich środowisk niepodległościowych i niemieckiej bezpieki oraz zdobywanie informacji o charakterze militarnym. Ritter nawiązał z nimi kontakt i dzięki radiostacji Skonieckiego skomunikował się w końcu z Moskwą. Otrzymał wówczas potwierdzenie wcześniejszych rozkazów: „przeistoczyć się niezwłocznie w Niemca i przystąpić do zadań wywiadowczych”.

Ritter był niezwykle cennym agentem dla siatki wywiadowczej Skonieckiego. Wiosną 1942 roku dzięki pomocy byłego bankowca z Żyrardowa, Adolfa Trägera, załatwił sobie dokumenty rdzennego obywatela Niemiec, reichsdeutscha. Działał pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Równocześnie zacierał wszelkie ślady dawnej aktywności w KPP i, aby jeszcze bardziej uwiarygodnić germańskie pochodzenie, ochrzcił swoje dzieci w kościele ewangelickim.

Sam podawał się za wdowca, małżonce za to stworzył odpowiednią legendę i wyrobił jej kenkartę na nazwisko Eugenii Jastrzębskiej. Rzekomo zajmowała się opieką nad jego „osieroconymi” dziećmi. Ochotniczo wstąpił także do Sturmabteilung – SA. Wkrótce od władz okupacyjnych otrzymał luksusowe, wielopokojowe mieszkanie, w istniejącej do dziś kamienicy przy ulicy Rozbrat 34/36, znajdującej się w ówczesnej „dzielnicy niemieckiej”.

W połowie 1942 roku Ritterowi dopisało prawdziwe szczęście. Pewnego dnia przypadkowo poznał inżyniera Mikołaja Tumanowa, byłego pułkownika „białej armii” gen. Wrangla. Szybko się z nim zaprzyjaźnił i ku swojemu zaskoczeniu dowiedział się, że w okupowanej Warszawie mieszka blisko 800 byłych carskich oficerów.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura