WIEŚ I MIASTO – SPOSTRZEŻENIE OSOBISTE
Parę lat temu zdarzył mi się taki dziwny nietypowy przypadek, którym chcę się podzielić z P. T. Czytelnikami.
Mam takie małe hobby tyczące poznania dziedzictwa pradziejowego słowiańskiego narodu polskiego w książkowych opisach w porównaniu do autentycznych zachowanych zabytków archeologicznych: dużo zatem czytam (raczej między wierszami, bo naukowcy polscy obcego etnicznie pochodzenia karmią Polaków oszustwem na temat przaśnej, siermiężnej i zgrzebnej kultury i cywilizacji naszych przodków – jestem jednak skrajnie odległy od turbosłowian) i jeżdżę po muzeach archeologicznych, regionalnych i stanowiskach archeologicznych.
Jeżdżę najczęściej w weekendy – z powodów zasadniczych nie mam jednak samochodu lub innego transportu mechanicznego, i korzystam z komunikacji publicznej: pociągów, autobusów czy busów, albo przypadkowych okazyjnych autostopów, dużo chodzę przy tym pieszo, bo mało kto obecnie daje podwózkę.
Parę lat temu zatem ustaliłem kolejny punkt zwiedzania Szydłów.
Zajechałem zatem w sobotę z samego rana autobusem do Osieka i powstał problem: jak się dostać do Szydłowa (30 km) skoro okazało się, że w weekendy komunikacja autobusowa i busowa tą trasą nie kursuje – żwawo ruszyłem pieszo za drogą, ale ze świadomością, że konieczne jest złapanie jakiejś podwózki – niestety był z tym wielki kłopot, bo nikt nie chciał mnie podwieźć.
Po dłuższym czasie i intensywnym machaniu ktoś się jednak zatrzymał, bardzo mnie to ucieszyło i jak mogłem starałem się utrzymać sympatyczną rozmowę z kierowcą osobowego auta – wszystko było dobrze do czasu, gdy kierowca zapytał mnie wprost:
Skąd jesteś, ze wsi czy z miasta?
Odpowiedziałem: Z MIASTA! – i kierowca zrobił się bardzo niemiły, nieuprzejmy i wprost grubiański – z narastającym gniewem i złością dowiózł mnie do swojego celu Staszowa i wyprosił z auta.
Pozostałą drogę (14 km) musiałem przejść pieszo, bo już nikt się nie zatrzymał na moje machanie - szczęście że pogoda była ładna i widoki ciekawe, ciekawe miejsca na drodze oznaczone pomnikami itp.
Wracam myślą do tego zdarzenia, bo nie zdawałem sobie sprawy jak silne pozostają w Polsce animozje pomiędzy wsią a miastem i wzajemnie.
A może to była tylko jakaś jego osobista krzywda rzeczywista albo urojona?
Może po prostu był to podstarzały kielecki scyzoryk?!:))
(chłop potęgą jest i basta!))
-
W komentarzach do notki padło uboczne względem tematu podstawowego pytanie o problemy organizacyjne i logistyczne tej wyprawy – tak więc:
- Do Szydłowa dotarłem pieszo około godz. 11 – przed południem, coś przekąsiłem w Biedronce, którą wybudowano tam przy tej właśnie drodze przelotowej;
– jest w tym niewielkim miasteczku piękny zamek - szczególnie wpadła mi tam w oko izba tortur i dawna klatka dla pijaka wystawiona na środku rynku.
- W pełni zrealizowałem zamierzone zwiedzanie zamku i zbiorów, pobieżnie przyjrzałem się samemu miasteczku (rynek i otoczenie);
- Mój plan przewidywał na dzień następny (niedzielę) muzeum w Pińczowie odległe o kolejne 30 - 40 km;
- Troszkę odpocząłem i pod wieczór ruszyłem pieszo dalej tą drogą przelotową ku następnemu celowi;
- Po zmroku na skraju Szydłowa zauważyłem zadaszony przystanek autobusowy naprzeciwko jakichś domów – na wyprawy noszę zawsze duży plecak, a w środku mam karimatę i śpiwór – rozesłałem i poszedłem spać, około północy przejeżdżali drogą panowie policjanci i mnie obudzili, wiec byłem zmuszony ich trochę naprostować, że przyjechałem zwiedzać ich piękne miasteczko, ale nie ma autobusu, ani hotelu, więc śpię gdzie popadnie – i dali se spokój;
- Następnego dnia, też w większości pieszo, dotarłem do Pińczowa i zwiedziłem zbiory archeologiczne w muzeum, wspaniałe – chyba jest to dawny klasztor;
Z Pińczowa bez problemu autobusem dojechałem do Kielc skąd bez nadmiernych kłopotów wróciłem do domu.
Tak wygląda to praktycznie!
--


Komentarze
Pokaż komentarze (9)