Z hasłami równouprawnienia trzeba postępować ostrożnie, żeby nie sprokurować sobie kłopotów. Tak jak liberałowie bezmyślnie stawiająć na piedestale wolność indywidualną doprowadzili do upadku wolności, tak feministki walcząć o równość doprowadziły do pojawienia się kolejnych objawów nierówności.
Parę dni temu czytałem gdzieś tekst o kłopotach jakie mają mężczyźni ze znalezieniem żony, dzisiaj czytam w tygodniku Sieci artykuł " Coraz trudniej o męża".
Okazuje się, że jedno nie wyklucza drugiego. Panie mają problemy ze znalezieniem odpowiedniego partnera ze względu na liczbową przewagę, szczególnie w większych miastach oraz z powodu różnicy wykształcenia, jako że kobiety z wyższym wykształceniem, mieszkające z reguły w miastach ze szkołami wyższymi, preferują panów o tym samym statusie społecznym.
Jednocześnie badania pokazują, że to mężczyźni czują się bardziej samotni od kobiet. Odczucie samotności narasta w ostatnich latach, a to za sprawą smartfonów i cyfryzacji. Tak więć mężczyźni stali się ofiarami nowej nierówności i dyskryminacji.
Jednakże autorzy tego rodzaju analiz nie biorą pod uwagę czynnika najistotniejszego, czyli koedukacji w szkolnictwie. Chłopcy rozwijają się w innym tempie niż dziewczęta i ignorowanie tej różnicy przyczynia się do pojawiania się kłopotów w nauce u chłopców i ma konsekwencje dla ich dalszych losów i poziomu zdobywanego przez nich wykształcenia, a co za tym idzie dla ich szans na rynku matrymonialnym. Koedukacja okazuje się więc zabiegiem kluczowo destrukcyjnym.
Do tego szkoła stała się targowiskiem próżności i rywalizacji statusowej, co sprawę pogarsza.
No i w ten sposób określiliśmy jedną z przyczyn kłopotów z dzietnością. Bez likwidacji koedukacji czyli wyrównania szans dzieci, nie ma mowy o wzroście dzietności.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)