Któryś z komentatorów podał mi link do m.in. artykułu, w którym socjolodzy stwierdzają, że Polacy tracą kontakt z rzeczywistością. O tym, choć nie jestem socjologiem, wiem od dawna. Ale też uważam, że to, w znacznej mierze, wina socjologów, którzy sami mają problemy z tej rzeczywistości rozpoznaniem.
Polacy, oczywiście nie wszyscy, ale w wystarczającej liczbie, żeby to miało narodowe konsekwencje, popadają w kłopoty, których źródłem jest fałszywa antropologia.
Otóż gatunek ludzki jest gatunkiem społecznym, co oznacza, że to grupa, wspólnota jest zbiorowo odpowiedzialna za kształt życia zbiorowego, los każdego członka i kształt cywilizacji.
Liberalizm oficjalnie tej tezy nie ryzykuje kwestionować, ale ją cichcem obchodzi, forsując wiarę w ekstremalny indywidualizm z jednej strony, a represjonując krytykę tej wiary ze strony środowisk konserwatywnych, co najwyraźniej uwidacznia się w kwestii podejścia do takich zjawisk jak aborcja, tranzycja lub homoseksualizm. W efekcie okazuje się, że mamy do czynienia tylko z indywidualizmem deklarowanym, a nie realnym.
Polacy, niestety tego nie rozumieją, wpadli więc w pułapkę gołosłownych deklaracji i wydaje się im, że to dobrobyt jednostki jest celem nadrzędnym i że temu celowi ma być podporządkowana polityka. Fatalna pomyłka, bo przetrwanie zależy od umiejętności wspólnoty jako całości. Wspólnota musi tak zorganizować działania jednostek, by dawały pozytywny wynik w skali całej wspólnoty.
Każde dziecko wie, że nie da się ułożyć obrazka ze źle dobranych puzzli. I widać wyraźnie, że era dobrobytu opartego na złudnych przesłankach już się skończyła.
Taki pozbawiony efektywnej infrastruktury mentalnej człowiek nie jest w stanie rozszyfrować struktury systemu i sił w nim działających i, jak widać, nie jest w stanie, albo nawet nie jest skłonny, przeciwstawić się oczywistym zagrożeniom zamordystycznym i próbom rekomunizacji państwa.
Polacy po r. 1989 nie zdali sobie sprawy z uwarunkowań strukturalnych rzeczywistości, jaka wtedy panowała w świecie.
Polakom wydawało się, że to kapitalizm, podczas gdy był to konsumpcjonizm, w którym nie decyduje popyt klienta, lecz podaż sterowana przez system bankowo-finansowy kreujący pieniądz i marketing napędzający kredyt dla konsumenta. Konsumpcjonizm wytwarza sztuczne potrzeby, coraz więcej sztucznych potrzeb, wytwarza też mnóstwo coraz to nowych specjalizacji zawodowych i upodobań konsumenckich. W efekcie tworzy się rozpełzająca się jak rak struktura społeczna pełna elementów o różnych właściwościach coraz bardziej odstających od siebie, a to zagrażą spójności społecznej i sterowalności systemu.
Początkowo, w fazie rozwojowej, ten system dawał korzyści indywidualistyczne, ale gdy się ugruntował zaczął oddziaływać zwrotnie i wymuszać zachowania konformistyczne likwidujące indywidualizm. Przyjrzyjmy się takim skutkom marketingu jak hiperseksualizacja wywołana wykorzystywaniem wizerunku kobiety do reklamy. Coraz więcej golizny nie tylko w mediach, lecz także na ulicy. Skończyło się to propagandą dewiacji homoseksualnych, gender i próbami oswojenia nas z pedofilią w postaci edukacji seksualnej. I ujawnieniem skandalu w Kłodzku jako normy w tym środowisku.
Wolny handel stał sie w pewnym momencie główną podstawą polityki, i w związku z taką perspektywą granice zacżęto bagatelizować, modna stała się globalizacja dostarczająca tańszych produktów, tańszych w sensie taniej produkcji, ale wcale nie tańszych dla samego konsumenta, a to owocowało rosnącą potęgą korporacji międzynarodowych i marginalizacją państw narodowych i demokracji. Kiedyś klient był podmiotem (klient nasz pan), teraz konsument stał się obiektem manipulacji.
W efekcie hasło wolnego handlu obróciło się w rzeczywistość ograniczenia wolności wskutek załamania się demokracji.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)