Uciekł z Białorusi, w Polsce grozi mu więzienie. „Polacy są wspaniali, państwo bezduszne”

Vitaliy: Ja i rodzina po prostu chcemy normalnie żyć, Fot. archiwum prywatne
Vitaliy: Ja i rodzina po prostu chcemy normalnie żyć, Fot. archiwum prywatne
Nie szukam łaski, nie szukam jakichś zapomóg. Jestem przedsiębiorcą i nie chcę żyć z polskiego państwa, ale zarabiać w nim, uczciwie płacić podatki. I być traktowany normalnie. Przyjechałem do Was, bo w moim kraju groziło mi na pewno więzienie, a może nawet śmierć. Chciałem ratować swoje życie. Teraz grozi mi więzienie w Polsce i to jest ponure w tej całej sytuacji – mówi Salonowi 24 Vitaliy, Białorusin, który przepłynął Bug, by uciec od reżimu Łukaszenki do Polski.

Kilka tygodni temu opisaliśmy Pana historię – gdy uciekł Pan z Białorusi, od reżimu Aleksandra Łukaszenki do Polski. Zanim wrócimy do obecnej sytuacji – jak wyglądało Pana zaangażowanie na rzecz białoruskiej opozycji?

Vitaliy: Przede wszystkim zaznaczę, że nie byłem ani jakimś wielkim działaczem, ani politykiem. Przez lata polityka zajmowała mnie średnio. Starałem się normalnie żyć. Pracować uczciwie. Założyłem firmę transportową, w Polsce otrzymałem prawo pobytu i Kartę Polaka. Byłem z dala od polityki, wszystko  się udawało. W ubiegłym roku nastąpiła zmiana, coś we mnie pękło.

Uciekł do Polski od reżimu Łukaszenki. Ludzie, którzy mu pomogli wpadli w poważne kłopoty

Dołączył Pan do protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich na rzecz Aleksandra Łukaszenki?

Sprawa wyborów była ważna, ale na moje zaangażowanie wpłynęło coś jeszcze – poczucie złości na działania władz i podległych im służb, całkowitą bezkarność. Pobicia, zabójstwa, strzały do ludzi. Do tego OMON nie liczący się z nikim – dla nich nie było problemu, czy biją starców, dzieci, kobiety w ciąży. Obrazuje to pewna sytuacja – milicjanci bili człowieka. Katowali go. I widząca z okna tę scenę kobieta krzyknęła, że tak nie wolno. „Nie wolno?” – odparł milicjant, i strzelił w jej kierunku. To wzbudziło wściekłość i opór.

I tak zaangażowałem się w działalność opozycyjną. Okazało się, że jestem poszukiwany listem gończym, w końcu udało mi się uciec, tak jak opisałem. Byłem wyposażony w specjalny strój, taką wodoszczelną piankę, w niej miałem specjalnie ukryte telefon i papiery, które miały być odnalezione, gdybym nie przeżył. Chodziło o to, by po polskiej stronie wiedziano, że jestem uciekinierem politycznym, a nie przestępcą.

Przypomnijmy, że uciekł Pan z Białorusi, przepłynął Bug. Tu wpadł w problemy zarówno Pan, jak i pan Bartłomiej. Celnik, który pomógł Panu już na terenie Polski, został oskarżony o pomoc w przekroczeniu granicy. Czy zmieniło się coś od naszej ostatniej rozmowy?

Sprawa wciąż jest w toku. Niedawno byłem w prokuraturze, gdzie pani prokurator powiedziała, że grozi mi za przekroczenie granicy więzienie! Ja powiedziałem wprost: "Proszę pani, robicie ze mnie przestępcę, a ja nie po to przekroczyłem granicę, aby dokonać tu jakiegoś przemytu, ale ratowałem swoje życie". Sytuacja była napięta. Ale powiedziałem tej prokurator, że nie po to przecież uciekałem z Białorusi, od reżimu, z miejsca, gdzie groziło mi więzienie, by siedzieć w więzieniu tutaj. To jakiś absurd!

Prokuratura ma jednak swoje procedury, których musi przestrzegać….

Powiem tak – ja rozumiem to, że samo postępowanie zostało wszczęte. Że w każdym państwie prawo powinno działać. Że przekroczenie granicy państwa to nie wejście do sklepu. Jednak oburzające jest to, czemu te procedury trwają tak długo. Prawda jest taka, że przez rzekę przepłynąłem sam. Jedynym moim celem było uratowanie życia. Między innymi po to uciekałem w specjalnym kombinezonie, miałem schowany telefon, by po przybyciu do kraju móc się skontaktować z Polakami. Zadzwoniłem do pani Alony, ona przyjechała z mężem, panem Bartłomiejem, nie po to, by mnie przerzucać przez granicę, ale po to, by sprawdzić, czy w ogóle się przedostałem. By powiedzieć moim bliskim, że żyję. I co więcej, oni przecież nie odebrali mnie po to, by mnie schować, ale zawieźli na posterunek.

Jak wyglądało postępowanie polskich służb po przybyciu Pana na posterunek?

Właśnie tu zaczyna się druga część tej historii. Trzymano mnie na przesłuchaniu przez kilkanaście godzin. Traktowali jak przestępcę. Nawet bez herbaty, jedzenia. I o ile rozumiem, że nie mogli mnie tak po prostu puścić, tak zupełnie nie rozumiem, czemu potraktowali mnie w ten sposób – jedzenie, łyk wody, należą się i najgorszym przestępcom. A ja nie jestem przestępcą, ale politycznym uchodźcą.

Płynąłem pod koniec marca. Dziś jest połowa lipca. Kilka miesięcy. Naprawdę ciężko jest zrozumieć, dlaczego te procedury trwają tak długo. Przecież nie przewoziłem przy sobie żadnego towaru. Co więcej, byłem zaopatrzony – na wszelki wypadek – w opisy tego, kim jestem, po co uciekam itd. Wreszcie – przy obecnej technice nie jest wielkim problemem sprawdzenie, czy były jakieś kontakty między mną a panem Bartłomiejem. Czy były SMS-y, telefony przed moją ucieczką. Nic takiego nie było. Jest do udowodnienia, że kontaktowałem się z nimi dopiero po przekroczeniu granicy..

Potem jednak sytuacja się poprawiła, czeka pan na azyl w Polsce oraz udało się ściągnąć żonę i dziecko?

Żona i kilkuletni synek przyjechali 23 kwietnia. I rzecz charakterystyczna – białoruscy celnicy puścili rodzinę przez granicę. A w Polsce pierwsze co się stało, to moja małżonka trafiła na przesłuchanie. Pytano ją o znajomość z Bartłomiejem, jego żoną itd. Natomiast z azylem to jest bardziej skomplikowane.

Lubię to! Skomentuj59 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka