Sprawa zdjęcia gwałconej krowy. „Zamiast rozwiązać problem, rządzący zbijają kapitał”

Fot. PAP/Radek Pietruszka
Fot. PAP/Radek Pietruszka
Rządzący powinni starać się rozwiązywać problemy, a nie straszyć obywateli. Niestety, w sprawie tego, co dzieje się na granicy władza robi wrażenie, jakby chciała, żeby kryzys trwał jeszcze dwa lata – mówi Salonowi 24 prof. Jarosław Flis, socjolog, Uniwersytet Jagielloński.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji zaprezentował drastyczne zdjęcia z telefonów osób przekraczających granicę. Jest tam choćby fota imigranta, który gwałci krowę. Publikacja tych materiałów służyć ma – według przedstawicieli ministerstwa – nie atakowaniu kogokolwiek, ale zwróceniu uwagi na bardzo poważny problem. Jedni twierdzą, że super, że takie zdjęcia zostały pokazane, inni, że służyć to ma jedynie rządowej propagandzie?

Prof. Jarosław Flis: Temat bez wątpienia budzi emocje, bez wątpienia mamy też do czynienia z problemem. Jednak, jeśli chodzi o przedstawienie tego, co się dzieje ważne jest nie to, czy pewne drastyczne rzeczy pokazywać, czy nie, ale o to, w jaki sposób się to zrobi.

Przeczytaj też:

Sławomir Jastrzębowski: Arab z krową uszczelnią granicę

No tak, ale zamiatanie pod dywan tego, co dzieje się na granicy do niczego nie doprowadzi. Tym właśnie tłumaczy się pokazanie drastycznych zdjęć, także tego najsłynniejszego, z krową?

Nie chodzi o to, by pewne rzeczy zamiatać pod dywan, ale by ujawniając nie stygmatyzować nikogo. Wielu konserwatystów mówi, że wyciąganie skandali pedofilskich w Kościele nie powinno służyć atakowaniu całego Kościoła i wszystkich katolików. Jeśli przyjąć ten argument, to wrażliwość powinna działać też w drugą stronę. Ujawniając takie materiały, jak ten ujawniony przez przedstawicieli rządu, ewidentnie możemy doprowadzić do stygmatyzowania wszystkich ludzi, którzy są na granicy. Porównać to można do sytuacji z lat 90-ych, gdy głośny był temat złodziei aut w Niemczech. Samochody faktycznie były kradzione. Narracja służyła jednak wówczas przedstawieniu w złym świetle sąsiada, czyli Polski.

Tu jednak przedstawiciele rządu zdecydowanie podkreślili, że chodzi im nie o stygmatyzowanie kogokolwiek, ale o interes społeczny.

Owszem. Jednak mamy tu do czynienia z narracją na zasadzie: „nikogo nie stygmatyzujemy, ale..”. A jest takie powiedzenie, że „to, co przed ale, nie liczy się wcale”. Odnieść można wrażenie, że władza nie tyle chce rozwiązać problem, który jest na granicy, ale z tego problemu się cieszy. Wydaje się, że władza wręcz marzy, by dochodziło do rozmaitych sytuacji przez najbliższe dwa lata, bo tyle zostało do wyborów.

W sierpniu nastąpił wzrost poparcia dla PiS w związku z kryzysem uchodźczym. We wrześniu jest stan wyjątkowy, media cofnięto z granicy. Mamy mniej relacji dotyczących kryzysu, do tego było kilka problemów i nastąpił spadek poparcia dla partii rządzącej. Czy na nowo rozbudzenie emocji w tej sprawie może zwiększyć poparcie dla Zjednoczonej Prawicy i rządu?

Temat jest bez wątpienia traktowany przez rządzących instrumentalnie. Nie chodzi o to, że politycy mają w tym przyjemność, niczym ludzie lubiący odwiedzać muzeum tortur. Ale grzanie tematu kryzysu na granicy budzi emocje i jest faktycznie dla władzy korzystne. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zakończenie tego kryzysu. Ale to wcale się rządzącym nie marzy. W normalnej sytuacji władza powinna się szczycić umiejętnością rozwiązywania problemów, a nie straszeniem obywateli. Tu widzimy, że na straszeniu może zbić pewien polityczny kapitał. I próbuje to robić.

Przeczytaj też:

Arab z krową uratują Polskę przed imigrantami – polemika ze Sławomirem Jastrzębowskim

Najnowszy ranking poparcia dla partii. Wyczerpał się efekt Tuska i temat uchodźców

Symbol ery Merkel. "Jedna ręka ratuje opozycjonistów, druga wspiera reżim, który zabija"


Lubię to! Skomentuj76 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo