półdzielnia Gocław - Lotnisko i zdjęcia z Walnego Zgromadzenia/ FB+Canva
półdzielnia Gocław - Lotnisko i zdjęcia z Walnego Zgromadzenia/ FB+Canva

Metro na Gocław. Czy ktoś poluje na spółdzielnię wartą setki milionów?

Redakcja Redakcja Głos Regionów Obserwuj temat Obserwuj notkę 0
Awantury, interwencja policji, agresja fizyczna i oskarżenia o próbę przejęcia kontroli nad majątkiem wartym setki milionów złotych. Tak wygląda walka o kontrolę nad Spółdzielnią Mieszkaniową Gocław–Lotnisko. W tle: ludzie powiązani z aferą reprywatyzacyjną i atrakcyjna działka w sercu Gocławia.

Kiedy w marcu 2024 roku Rafał Trzaskowski podpisywał umowę na zaprojektowanie trzeciej linii metra, wiadomo było, że największym jej beneficjentem będą mieszkańcy warszawskiego Gocławia. Dzielnica, choć dobrze skomunikowana z lewobrzeżną częścią Warszawy, jest praktycznie wykluczona z komunikacji szynowej, jeżdżą tu tylko autobusy. Informacja o budowie trzeciej nitki wywołała na Gocławiu niemal euforię.

Spowodowała też, że wiele osób zainteresowało się gruntami w tej części stolicy. Budowa metra zawsze winduje ceny nieruchomości. Przy drugiej linii wzrosty w okolicach nowych stacji sięgały kilkudziesięciu procent. Identyczny scenariusz może się powtórzyć na Gocławiu.


Obiektem szczególnego zainteresowania stała się Spółdzielnia Mieszkaniowa Gocław–Lotnisko, która zarządza wyjątkowo atrakcyjnymi gruntami. Kluczową rolę odgrywa działka nr 51/1 w rejonie gocławskiego Jeziorka Balaton, a właściwie jej część położona wzdłuż ulicy Jana Nowaka-Jeziorańskiego, gdzie obecnie znajdują się parkingi. Ratusz zgodził się, że w tym miejscu mogą powstać dwa budynki mieszkalne.

- Jak powstanie metro, wartość tej inwestycji się potroi - mówi nam osoba związana ze spółdzielnią.

I prawdopodobnie dlatego Spółdzielnia Mieszkaniowa Gocław–Lotnisko stała się celem.

Akcja jak z sowieckiego podręcznika

Wiosną, w krótkim czasie, na Facebooku pojawiło się kilka nowych profili oraz powstały strony internetowe, które niemal codziennie publikowały oskarżenia pod adresem władz spółdzielni. Profile i strony przedstawiano jako oddolne inicjatywy mieszkańców Gocławia.

Autorzy wpisów konsekwentnie budowali narrację o rzekomych „planach zniszczenia Balatonu", strasząc mieszkańców zabudową parku i terenów rekreacyjnych nad Jeziorkiem. Mimo że informacje były nieprawdziwe, zaczęły funkcjonować na Gocławiu jak fakty.

Równolegle rozpowszechniano kolejne niepotwierdzone zarzuty: o przygotowania do zaciągnięcia gigantycznego kredytu obciążającego mieszkańców setkami milionów złotych oraz o celowe zaniechania w sprawach własnościowych. Przekaz był prosty: zarząd działa przeciwko mieszkańcom i trzeba go jak najszybciej odwołać.

Internetowa kampania była wzmacniana ulotkami i plakatami pojawiającymi się na klatkach schodowych. W ten sposób stworzono atmosferę zagrożenia i gniewu.


Co ciekawe, przynajmniej jedna ze stron internetowych, najbardziej aktywna i najostrzej atakująca zarząd, nie miała nic wspólnego z mieszkańcami Gocławia. Chodzi o stronę stopzabudowiebalatonu.pl. Jak ustaliła spółdzielnia, należy ona do stowarzyszenia z Bemowa. Jego prezes chwali się, że pracuje w instytucjach związanych z warszawskim ratuszem. Redakcja SALON24 próbuje ustalić szczegóły.

Walne pełne agresji

Spirala pomówień i powielania fałszywych informacji była przygrywką do tego, co wydarzyło się na siódmej części walnego zgromadzenia Spółdzielni Mieszkaniowej Gocław–Lotnisko 3 września.

Na obrady przyszło aż 111 osób z pełnomocnictwami wydanymi przez innych członków spółdzielni. W sumie w obradach wzięły udział 372 osoby.

- Pełnomocnictwo może wystawić każdy członek spółdzielni. Na dokumencie wpisuje swoje dane osobowe, pełnomocnik dodaje swoje. Obie osoby muszą podpisać pełnomocnictwo. Dopiero wówczas jest ono legalne. - wyjaśnia Spółdzielnia Mieszkaniowa Gocław–Lotnisko. - Weryfikacja pełnomocnictw polegała na sprawdzeniu, czy osoba udzielająca pełnomocnictwa figuruje na liście członków spółdzielni.

Z pełnomocnictwem na siódmej części walnego pojawił się notariusz Cezary Gawlas. Prawnik kilka miesięcy wcześniej również był na jednej z poprzednich części zgromadzenia. W czasach, gdy warszawskim ratuszem kierowała Hanna Gronkiewicz-Waltz, Gawlas był zastępcą dyrektora Departamentu Zarządu Mieniem Skarbu Państwa. Urzędnicy tego departamentu mieli do czynienia ze sprawami własności stołecznych gruntów i nieruchomości oraz z eksmisjami lokatorów.

Sam Gawlas nie zajmował się reprywatyzacją, ale dość często kontaktował się z osobami, które za nielegalną reprywatyzację były później zatrzymywane przez CBA.

Wspólnikiem Gawlasa w kancelarii jest Piotr S., aresztowany w sprawie tzw. dzikiej reprywatyzacji i uważany za jedną z kluczowych postaci tej afery. W 2017 roku media rozpisywały się o eksmisji na warszawskiej Pradze. Dokumenty o wypowiedzeniu najmu podpisywał ze strony ratusza Gawlas, a ze strony właściciela kamienicy adwokat Tomasz Ż., również zatrzymany przez CBA za udział w dzikiej reprywatyzacji.

Bo spółdzielnia jest najważniejsza

Gawlas, pytany przez SALON24, wyjaśniał, że pojawił się na walnym zgromadzeniu jako członek spółdzielni i podczas obrad reprezentował siebie oraz osobę, która udzieliła mu pełnomocnictwa.


Tyle że z nagrań i zdjęć, które widział SALON24, wyłania się zupełnie inny obraz walnego.

Już przy wejściu na salę obrad doszło do gwałtownych incydentów. Grupa kilkunastu mężczyzn, którzy nie byli członkami spółdzielni, próbowała siłą dostać się na salę obrad. Mężczyźni, co widać na nagraniach, atakowali ochroniarza oraz jednego z pracowników administracji spółdzielni. Ich zachowanie było agresywne i miało wyraźnie zastraszający charakter. Po wezwaniu policji część z nich przed przyjazdem funkcjonariuszy w pośpiechu opuściła budynek.

Równolegle inna grupa, powiązana z agresorami, działała już wewnątrz sali obrad. Osoby te dostały się na walne dzięki pełnomocnictwom. Wśród nich był Cezary Gawlas, który przez cały czas pozostawał w kontakcie z najbardziej aktywnymi krytykami zarządu. To on był jednym z głównych punktów odniesienia dla osób podważających legalność działań władz spółdzielni i forsujących zmianę kierownictwa.

W trakcie obrad na sali pojawił się również radny Robert Migas, znany z powielania zarzutów o rzekome plany zabudowy terenów przy Jeziorku Balaton. Kilka osób z agresywnej grupy witało się z nim i prowadziło rozmowy.

Gawlas, pytany o walne zgromadzenie, pisał, że „sugestie, iż wymiana zdań z obecnym na sali obrad panem Robertem Migasem dotyczyła jakiejkolwiek taktyki, są całkowicie nieuprawnione". Zapewniał, że był na zebraniu, bo interesuje się wyłącznie dobrem spółdzielni. Twierdził też, że nie ma wiedzy o osobach, które chciałyby przejąć władzę w spółdzielni.

Notariusz pisał również, że nie może „odnieść się do stwierdzeń o rozmowach z osobami, które rzekomo zakłócały przebieg zebrania", ponieważ nie widział nagrań. Tych samych nagrań, które widziała redakcja SALON24 i na których Gawlas ustala strategię z prowodyrami zamieszek.


Sprawę pomówień i powielania nieprawdziwych informacji o planach zabudowy Balatonu spółdzielnia skierowała do prokuratury.

Redakcja SALON24 skontaktowała się z Cezarym Gawlasem i przesłała mu materiał do autoryzacji. Do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Trzecia linia metra ma dotrzeć na Gocław w perspektywie kilku lat. Walka o kontrolę nad spółdzielnią i gruntami wartymi setki milionów prawdopodobnie dopiero się zaczyna.

Mariusz Kowalewski

Fot: Spółdzielnia Gocław - Lotnisko i zdjęcia z Walnego Zgromadzenia/ FB+Canva

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo