Z artykułu dowiesz się:
- Kulisy pomyłki TVN24 i WP przy podaniu informacji o zatrzymaniu marszałka
- Zajęcie polityka w czasie rzekomej akcji służb na Arenie Lublin
- Stanowisko śledczych w sprawie nieprawdziwych doniesień
- Na czym polega mechanizm „kontrolowanego przecieku” i pułapki służb
Gorący wieczór w mediach i zdjęcie ze stadionu
W sobotę 5 września wieczorem stacja TVN24 oraz portal Wirtualna Polska opublikowały pilną informację o zatrzymaniu polityka. Z doniesień wynikało, że sprawa ma związek ze śledztwem wokół giełdy Zondacrypto. News szybko zdominował czołówki portali i wywołał polityczne poruszenie.
Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. W chwili, gdy media grzmiały o akcji służb, samorządowiec przebywał na trybunach stadionu w Lublinie, gdzie oglądał starcie Motoru Lublin z Legią Warszawa.
Marszałek szybko zareagował na medialną burzę, publikując w sieci wymowny wpis ze zdjęciem z trybun. - Serdeczne pozdrowienia z meczu Motor - Legia. Szczególnie dla mediów, które obdarzyły mnie darem bilokacji. Do 81 minuty 2:1! - napisał Jarosław Stawiarski na Facebooku.
Sprostowania i przeprosiny dziennikarzy
Prawdopodobnym źródłem pomyłki mediów mogło być rzeczywiste zatrzymanie, do którego doszło w sobotę 5 września na terenie województwa śląskiego. Służby ujęły wówczas Romana Ż., byłego wspólnika Sylwestra Suszka, zabezpieczając przy nim wartościowe zegarki i dokumentację.
Wieczorem swoje wpisy na platformie X publikowali m.in. Patryk Michalski z TVN24 oraz Szymon Jadczak z Wirtualnej Polski. Po oficjalnym dementi Stawiarskiego dziennikarze zaczęli publicznie wycofywać się ze swoich twierdzeń.
- Podałem za TVN24 informację o zatrzymaniu marszałka Stawiarskiego. Informacja się nie potwierdziła. Przepraszam pana Marszałka, redakcję i czytelników - napisał Jadczak na platformie X.
Przed północą komunikat też wydała Prokuratura Krajowa. Śledczy jednoznacznie zdementowali medialne doniesienia na portalu X, wskazując, że informacja o rzekomym aresztowaniu samorządowca jest nieprawdziwa.
Śledztwo w sprawie Zondacrypto. Stawiarski zeznawał jako świadek
W niedzielę 6 września Jarosław Stawiarski wydał obszerne oświadczenie, w którym szczegółowo odniósł się do całej sprawy. Wyjaśnił swój rzeczywisty status procesowy w postępowaniu prowadzonym przez katowicką delegaturę Prokuratury Krajowej.
Algorytmy Władzy. Obejrzyj odcinek z Sebastianem Meitzem:
- W związku z podanymi przez część mediów informacjami o moim zatrzymaniu w sprawie Zondacrypto, stanowczo zaprzeczam, by doszło do takiej czynności. Jednocześnie podkreślam, iż jestem jedną z wielu pokrzywdzonych działaniami Przemysława Krala osób, a w dniu 28 sierpnia 2026 r. złożyłem w Prokuraturze stosowne zeznania w charakterze świadka. Jeśli zachodzi potrzeba ich uzupełnienia, jestem gotowy do ponownego stawiennictwa w dogodnym dla organów ścigania terminie - oświadczył marszałek.
Skala postępowania jest ogromna. Śledztwo wszczęte w kwietniu przez prokuraturę w Katowicach dotyczy oszustw znacznej wartości i prania brudnych pieniędzy, a w sprawie wpłynęło już kilka tysięcy zawiadomień o przestępstwie.
Jak przekazała Prokuratura Krajowa, śledztwo dotyczące Zondacrypto połączono ze sprawą dotyczącą zaginięcia Sylwestra Suszka (z marca 2022 r.). Czynności w tym wielowątkowym postępowaniu prowadzi katowicka delegatura PK.
„Kontrolowany przeciek”? Kulisy możliwej prowokacji służb
Równolegle z informacją o rzekomym ujęciu samorządowca w mediach pojawiły się obszerne artykuły opisujące wątki finansowe. Wątpliwości co do trybu publikacji wyrazili m.in. dziennikarz Cezary Gmyz i poseł Marcin Warchoł. Zwrócili oni uwagę, że tak rozbudowane materiały musiały powstać wcześniej i czekać w redakcyjnych systemach na hasło do publikacji.
Głos w dyskusji zabrał m.in. Roman Giertych, wskazując na możliwość zastosowania przez służby specjalne klasycznej pułapki na przecieki. Mechanizm ten polega na przekazaniu wąskiemu gronu podejrzewanych osób zindywidualizowanej, fałszywej informacji.
Specjaliści od bezpieczeństwa nazywają to zjawisko „kanarkiem” albo „testem kaczuszki”. Funkcjonariusze rozsyłają do kilku podejrzanych pracowników różne, celowo zmyślone wersje jednej historii. Każda wersja różni się drobnym, niewidocznym dla laika szczegółem, pozwalającym później zidentyfikować źródło przecieku.
Gdy nieprawdziwy fakt trafia błyskawicznie do konkretnych dziennikarzy, służby bez trudu ustalają, kto wyniósł dane na zewnątrz. Wpadka redakcji pokazała, jak niebezpieczne bywa publikowanie sensacji ze źródeł w służbach bez twardego potwierdzenia u samego zainteresowanego.
red.




Komentarze
Pokaż komentarze (74)