Oszuści obiecują sprowadzić samochody z Norwegii
Do warszawskiej firmy handlującej samochodami dzwoni klientka.
Przelała już kilkadziesiąt tysięcy złotych. Za samochód, którego nigdy nie widziała i nie zobaczy.
Na umowie, którą dostała, były dane tej warszawskiej firmy. Pełna nazwa, adres, NIP, REGON, logo. Nawet pieczątka. Dlatego zadzwoniła, żeby zapytać, kiedy przyjedzie jej auto, które zamówiła z Norwegii.
Nie przyjedzie, bo firma nigdy niczego jej nie sprzedała.
Takie historie opowiada nam Krzysztof G., który kieruje firmą.
Klientka płaciła etapami. Ostatni przelew zrobiła, gdy usłyszała, że auto zatrzymano na granicy i bez wpłaty całej kwoty nie pojedzie dalej.
Wcześniej była „opłata transportowa”, potem „cło”. Na samym początku było ogłoszenie z bardzo niską ceną.
Przez kilka dni sprawdzaliśmy, jak działa ten mechanizm. Wyszedł nam obraz dobrze zorganizowanej grupy, która łowi ofiary na dwa sposoby: przez własną stronę internetową i przez ogłoszenia w największym polskim serwisie motoryzacyjnym.
Toyota za pół ceny
Pierwsza droga prowadzi przez stronę twojeauto[.]org. Granatowa, schludna, ze zdjęciami aut na tle salonów. Hasło marketingowe: sprowadzamy samochody z Norwegii w dwa–cztery tygodnie.
Ceny robią wrażenie. Toyota Corolla Hybrid z 2022 roku za 52 tys. zł. Yaris Cross z tego samego rocznika, z przebiegiem 12,6 tys. km, za 57 tys. zł. Skoda Superb z 2021 roku za 56,3 tys. zł. Porsche Cayenne E-Hybrid za niespełna 160 tys. zł.
Porównywalne auta na polskim rynku kosztują wyraźnie więcej. Najbardziej zaniżone są popularne modele, przy których klient najłatwiej uwierzy w okazję.
Ale na tej stronie wiele rzeczy też się nie zgadza.
Firma chwali się, że działa od 2008 roku. Na jednej podstronie pisze o 15 latach na rynku, na innej o 18. Godziny otwarcia występują w trzech wersjach: raz w sobotę salon jest czynny, raz zamknięty.
Nie ma nazwy firmy. Nie ma NIP, KRS ani REGON. Nie ma regulaminu ani polityki prywatności, choć formularz zbiera dane osobowe. W polu „Adres salonu” wpisano… numer telefonu. Dwa numery stacjonarne mają kierunkowe z dwóch różnych regionów: 32 (Śląsk) i 61 (Wielkopolska).
Przy ogłoszeniach nie ma numerów VIN, czyli tego, co pozwala sprawdzić historię auta. Nie ma opisu wyposażenia ani dokumentów. Jest za to przycisk „Zapytaj o ten samochód”. Uczciwy komis/sprzedawca pokazuje VIN, bo nie ma nic do ukrycia.
Na stronie jest też zespół dziesięciu „doradców”. Jedna z doradczyń to wygenerowana przez AI „Zofia Jagiellońska”. Są też jej okrągłe statystyki: ponad 500 sprzedanych aut, 99 proc. zadowolonych klientów, 300-punktowa inspekcja.
Sama domena ma dłuższą historię niż oszuści. Z archiwów internetu i historii domeny wynika, że kiedyś działała pod nią strona z usługami pomocy drogowej, m.in. w Gdańsku i Białymstoku.
– Cała ta strona jest fejkowa i prowadzi do samochodów, które nie istnieją. Służy tylko i wyłącznie do wyłudzania zaliczek – mówi Krzysztof G.
Miller poleca „swoich znajomych”. Tylko że to nie Miller
Najmocniejszym argumentem strony są „opinie influencerów”. W jednym nagraniu Wersow, jedna z najpopularniejszych polskich influencerek, opowiada, że korzystała z usług firmy, i nazywa jej pracowników „moimi kumplami”. W drugim Marcin Miller, lider zespołu Boys, zapewnia, że sam korzystał z usług firmy, i nazywa jej pracowników „swoimi znajomymi”. Na obu nagraniach jest nakładka graficzna „Twoje Auto / Auto Handel”.
Wprawne oko dostrzeże, że to materiał przerobiony przez sztuczną inteligencję. Ale jest zrobiony na tyle dobrze, że dla wielu osób to wystarczy.
Zapytaliśmy obie gwiazdy, czy wiedzą o nagraniach i czy zgodziły się na użycie swojego wizerunku. Marcin Miller odpisał osobiście:
„Widziałem ten materiał. Menago mi podesłał. Nie mam z tymi oszustami z tej firmy nic wspólnego. Gonić frajerów, a z d**y zrobić im jesień średniowiecza”.
Do chwili publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Wersow.
Tak wygląda cyberoszustwo w 2026 roku. Dużo mówimy o wojnie hybrydowej i dezinformacji w sieci. Obok działają zwykli oszuści, przez których ludzie tracą prawdziwe pieniądze. Celebryty nie trzeba już namawiać do reklamy. Wystarczy kilka minut nagrania i program, który podmieni słowa.
Dzwonimy jako klient
Postanowiliśmy sprawdzić, jak wygląda rozmowa ze „sprzedawcą”. Zadzwoniliśmy na numer ze strony jako zainteresowany kupujący, który nie zna się na przepisach.
Odebrała kobieta. Mówiła płynnie po polsku, z wyraźnym wschodnim akcentem. Była uprzejma i odpowiadała bez wahania.
Czy auta są dostępne od ręki? Są, będą na miejscu w ciągu 14 dni. Skąd pochodzą?
– Wszystkie auta, które mam, są z Norwegii – usłyszeliśmy.
Skąd tak niskie ceny? Kobieta miała gotową historię. Norwegowie przesiadają się na elektryki, a władze wprowadziły nowy podatek.
– Został wprowadzony nowy podatek w wysokości 40 tysięcy koron. I niech pan mi wierzy, że żaden Norweg nie chce płacić tego podatku. Ja myślę, że pan też by nie chciał – przekonywała.
Takiego podatku jednak nie ma. Sprawdziliśmy norweskie przepisy. Właściciele aut spalinowych nie płacą żadnej opłaty rzędu 40 tys. koron za to, że nadal nimi jeżdżą. Opłata za przerejestrowanie używanego auta wynosi w tym roku najwyżej 7505 koron. Nowe obciążenia, które rzeczywiście weszły w 2026 roku, dotyczą akurat elektryków: VAT od części ceny nowego auta elektrycznego powyżej 300 tys. koron.
Zresztą na stronie są też hybrydy i elektryki. Wymyślony podatek dla aut spalinowych nie tłumaczyłby ich ceny.
Kobieta zapewniała też, że każde auto przechodzi dwustopniową weryfikację. – Najpierw jest badane przez rzeczoznawców z NBF-u – mówiła. NBF, czyli Norges Bilbransjeforbund, to prawdziwa norweska organizacja branży motoryzacyjnej.
A formalności w Polsce? Z jej słów wynikało, że akcyza i VAT są już rozliczone, a kupującemu zostaje tylko wizyta w wydziale komunikacji.
Poprosiliśmy o wzór umowy.
– Już wysłałam panu draft umowy i czekam na link do samochodu, który pana zainteresował – usłyszeliśmy na koniec.
Umowa przyszła, zanim skończyliśmy rozmowę.
Umowa przychodzi przed samochodem
Dokument nazywa się „Umowa kompleksowej obsługi zakupu i dostawy pojazdu”. Trzy strony, paragrafy, tabelka na dane auta, miejsca na podpisy. Wygląda profesjonalnie.
Jako zleceniobiorca figuruje warszawska spółka z o.o. Jej siedzibą jest biuro wirtualne w centrum Warszawy, a w rejestrze od lat nie ma jej sprawozdań finansowych. Nie wiemy, czy spółka wie, że jej dane krążą po umowach.
Zleceniodawca, czyli klient, ma wpisać imię, nazwisko, adres i PESEL.
Najważniejszy jest paragraf drugi. Wszystko zaczyna się od „opłaty transportowej” w wysokości od 1650 do 2310 euro. Dopiero jej zaksięgowanie „stanowi potwierdzenie zamówienia”.
Umowa jest pełna zapewnień. Auto ma mieć norweski raport techniczny NBF, dwa komplety opon, potwierdzoną historię serwisową, 12 miesięcy gwarancji. Za „nierzetelne wykonanie usługi” klientowi przysługuje 1000 euro rekompensaty. Paragraf trzeci obiecuje, że cena obejmuje wszystkie koszty: transport, odprawę celną, VAT, cło i akcyzę.
Ale kilka linijek wyżej jest zapis, który łatwo przeoczyć. Klient „zobowiązuje się do wykonania czynności wynikających z obowiązujących przepisów i zaleceń organów właściwych”. A „w przypadku konieczności wykonania dodatkowych formalności” zostanie o nich poinformowany i „zobowiązany do ich dopełnienia zgodnie z przekazaną instrukcją”.
Ten zapis pozwala potem zażądać „cła” albo „kaucji na granicy”.
W umowie są też literówki, np. „7 dn,i” albo kropka w zapisie „w wysokości.1650”. Te same błędy znaleźliśmy później w innej umowie.

Drugi filar: Otomoto
Druga droga prowadzi przez Otomoto. To największy w Polsce serwis z ogłoszeniami kupna i sprzedaży samochodów, należący do potentata ogłoszeń internetowych, Grupy OLX. Kto szuka używanego auta, prawie na pewno tam zagląda.
Tu oszuści nie potrzebują własnej strony. Wystarczy ogłoszenie. Najczęściej Toyota hybrydowa, najczęściej C-HR.
– Wszyscy łapią się na tę Toyotę C-HR – mówi Krzysztof G.
Jedno z ogłoszeń, które widzieliśmy: Toyota C-HR 2.0 Lounge za 62 800 zł, wystawiona z konta prywatnego. Zdjęcia: auto na obrotowej platformie w jasnym salonie, wprawne oko dojrzy norweskie napisy na panelu radia.
Kto się odezwie, szybko trafia na WhatsAppa. Tam rozmowa toczy się już poza kontrolą serwisu. I tam przychodzi umowa.
Dotarliśmy do jednej z nich, z 8 października. Toyota Camry z 2020 roku, przebieg 62 310 km, cena 52 200 zł. Opłata transportowa: 1650 euro, czyli 7228 zł. W umowie wpisano nawet numer „norweskiego raportu NBF”.
Jako zleceniobiorca figuruje warszawska firma motoryzacyjna, która działa na rynku od lat i nigdy nie miała żadnych zarzutów. Z jej prawdziwymi danymi: nazwą, adresem, NIP-em, REGON-em. Na górze logo firmy, na dole jej pieczątka i podpis.
Pieczątki nikt jednak nie przystawił. W pliku PDF logo, pieczęć i podpis to wklejone obrazki. Dokument przeszedł przez program do edycji PDF-ów.
Do umowy dołączona jest „karta gwarancyjna”. Napisana wyraźnie pod Toyotę: wymienia układ hybrydowy, przekładnię e-CVT i „warunki fabryczne Toyoty”. Znowu z polem na PESEL.
Dalej scenariusz jest zawsze podobny. Klient płaci opłatę transportową, bo auto „jest w Norwegii i już rusza w transporcie”. Po kilku dniach słyszy, że samochód stoi na granicy i trzeba zapłacić cło. Jeśli i to się uda, pojawia się kolejny problem: „podejrzenie eksportu do Rosji” i żądanie wpłaty całej kwoty. Po zapłacie kontakt się urywa.
Zobaczyliśmy też, jak wygląda rozmowa z kimś, kto zaczął nabierać podejrzeń. Klient zadał „sprzedawcy” na WhatsAppie kilka konkretnych pytań. W czyim imieniu będzie składane zgłoszenie celne? Czy dostanie dokumenty z odprawy? Poprosił o fakturę od norweskiego sprzedawcy, numer VIN, skan norweskiego dowodu rejestracyjnego i kalkulację „rozbitą na pozycje, a nie jedną kwotę na gotowo”.
Pisemnej odpowiedzi nie dostał.
Firma, pod którą się podszyli
Firma, której dane trafiły na umowy z Otomoto, działa od lat. To niewielka firma, która nie potrzebowała reklamy, w internecie było jej niewiele. Krzysztof G. podejrzewa, że właśnie dlatego oszuści ją wybrali.
O wszystkim dowiedział się przypadkiem, gdy pewnego dnia do drzwi zapukał mężczyzna z umową w ręku. Mieszkał niedaleko i chciał sprawdzić, czy firma w ogóle istnieje. Na szczęście niczego jeszcze nie zapłacił.
– Dopiero on mi opowiedział ten proceder i zobaczyliśmy, że to nasze dane są podstawiane – wspomina Krzysztof G.
Potem zaczęły się telefony. Część osób dzwoniła dopiero wtedy, gdy bank wstrzymał im przelew na „cło” jako podejrzany. Dopiero wtedy wpisywali nazwę firmy z umowy w Google. Znalezienie numeru zajmowało im 20 sekund. Krzysztof G. powtarzał każdemu to samo: niczego nie wpłacać.
Dwa dni po wizycie nieznajomego złożył zawiadomienie na policję.
– Cztery godziny w poczekalni. Zeznania trwały dwie i pół godziny, pan wystukał w klawiaturę to, co się chciałem przekazać. Ale czy on to sobie gdzieś włożył w teczkę, tego my nie zweryfikujemy – mówi.
Sprawę opisał też zespołowi CERT Polska, który zajmuje się incydentami w polskiej sieci i prowadzi listę ostrzeżeń przed niebezpiecznymi stronami. Odzewu nie było.
Firma robi, co może. Wszędzie, gdzie się dało, dodała swój kontakt. Stawia prostą stronę z ostrzeżeniem, że nie ma nic wspólnego z ogłoszeniami.
– To są ludzkie tragedie, którym korporacje nie chcą za bardzo przeciwdziałać – mówi Krzysztof G.
Otomoto: nie ma podstaw
Firma napisała do Otomoto.
Mamy tę korespondencję. 12 października firma wysyła maila z tematem „PILNE – ponowne zgłoszenie próby oszustwa i podszywania się pod moją firmę za pośrednictwem Otomoto”.
To już drugie zgłoszenie. Jest w nim link do ogłoszenia Toyoty C-HR i dokładny opis mechanizmu. Jest informacja, że firma ma w ręku umowę wysłaną klientowi przez oszustów. I cztery prośby: o ponowną weryfikację, sprawdzenie konta, blokadę ogłoszeń i zabezpieczenie danych dla policji.
„Pragnę podkreślić, że problem nie polega na samej treści ogłoszenia. Otomoto jest wykorzystywane jako narzędzie do pozyskiwania potencjalnych ofiar” – czytamy w mailu.
Odpowiedź przychodzi 15 października. Konsultant biura obsługi klienta pisze o… plagiacie.
Dalej konsultant pisze: „nie mamy narzędzi pozwalających ustalić takie dane”. Dodaje, że serwis nie jest „organem powołanym do tego typu działania”. I proponuje rozwiązanie: „kontakt bezpośrednio ze sprzedawcą w celach wyjaśnienia tejże kwestii”.
Firma, pod którą podszywają się oszuści, miała więc sama zadzwonić do oszustów.
Otomoto pisze: „Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy miało miejsce wskazane przez Panią naruszenie, a jeśli tak, to w jakim zakresie, w związku z tym na tę chwilę jestem zmuszony ustosunkować się negatywnie do Pani prośby”. Warunek dalszych kroków: dokument z policji potwierdzający przyjęcie zgłoszenia.
16 października Otomoto zamyka temat. Współpraca będzie możliwa, jeśli organy ścigania „skontaktują się z nami”.
– Wystarczy, żeby zadzwonili pod takie ogłoszenie i zapytali, jaka jest forma sprzedaży. Po minucie dostaliby umowę z danymi mojej firmy. Taka weryfikacja zamknęłaby się w pięć minut – mówi Krzysztof G. – A ogłoszenia wyrzucają z innych powodów bardzo szybko. Z totalnie błahych, na przykład gdy napiszesz w treści, że to cena netto.
Jeden szablon, dwie firmy
Czy strona twojeauto[.]org i ogłoszenia na Otomoto to dzieło tych samych ludzi? Położyliśmy obok siebie umowę, którą dostaliśmy po telefonie na numer ze strony, i umowę z ogłoszenia na Otomoto.
Są identyczne. Te same paragrafy, niemal słowo w słowo. Ta sama „opłata transportowa”. Te same błędy: „7 dn,i” i kropka w „w wysokości.1650". Różnią się tylko danymi firmy, która figuruje jako zleceniobiorca.
Więcej mówią metadane plików PDF, czyli informacje zapisywane przez program, w którym powstaje dokument. Wszystkie pliki, które mamy, mają wpisanego tego samego autora. Szablon z danymi firmy motoryzacyjnej powstał 7 października, a karta gwarancyjna tego samego dnia. 27 października ten sam szablon pojawia się już z danymi spółki z biurem wirtualnym. Ktoś przy okazji poprawił w nim odsyłacze do paragrafów.
Czyli najpierw jedna firma. Kiedy ta zaczyna się bronić, alarmuje Otomoto i policję, pojawia się kolejna.
– Dla nich to jest sekunda roboty. Wybiorą sobie kolejną firmę, która ma sprzedaż samochodów, i tyle – mówi Krzysztof G.
Nie przesądzamy, kto przygotował dokumenty. Ale wszystko wskazuje na to, że oba kanały obsługuje jedna grupa, która korzysta z tych samych wzorów.
Po naszych pytaniach
Wysłaliśmy do Otomoto osiem pytań. O to, ile zgłoszeń podobnych ogłoszeń wpłynęło w tym roku. Jak serwis sprawdza wystawców. Dlaczego zgłoszenie firmy uznano za bezpodstawne. Dołączyliśmy link do ogłoszenia Toyoty C-HR za 62 800 zł.
Odpowiedź dostajemy tego samego dnia. Ogłoszenie „zostało zablokowane zgodnie z procedurą”.
„Po otrzymaniu zgłoszenia dotyczącego możliwego naruszenia regulaminu przeprowadziliśmy jego analizę. W wyniku tej weryfikacji podjęliśmy decyzję o zablokowaniu ogłoszenia” – pisze Otomoto.
I dalej: „Każdy sygnał dotyczący podejrzenia oszustwa jest przez nas analizowany z należytą starannością. W takich sytuacjach reagujemy na bieżąco, blokując ogłoszenia i konta, które naruszają regulamin”.
Niemal trzy tygodnie wcześniej ta sama „należyta staranność” skończyła się rozmową o plagiacie opisu i radą, żeby wyjaśnić sprawę ze sprzedawcą.
Otomoto przypomina też, co powinno wzbudzić czujność kupujących: ceny znacznie niższe od rynkowych, prośba o zaliczkę przed obejrzeniem auta, presja czasu, przenoszenie rozmowy poza serwis i wpłata dla wskazanego przez sprzedającego pośrednika. To niemal punkt po punkcie schemat, który opisujemy.
Serwis nie odpowiedział na pozostałe pytania: o liczbę zgłoszeń, weryfikację kont prywatnych, obowiązki wynikające z unijnych przepisów i współpracę z policją w tej sprawie. Napisał jedynie: „W razie potrzeby zawsze współpracujemy z właściwymi organami państwa”.
Po otrzymaniu oświadczenia odszukaliśmy na Otomoto co najmniej pięć kolejnych ogłoszeń, które z dużym prawdopodobieństwem należały do tej samej grupy. Zrobiliśmy zrzuty ekranu. Linków do Otomoto nie wysyłaliśmy.
W ciągu godziny wszystkie zniknęły z sieci.
Nie wiemy, kto je usunął: serwis, który po naszych pytaniach przyjrzał się podobnym ogłoszeniom, czy sami oszuści, którzy zorientowali się, że ktoś się nimi interesuje. Wiemy natomiast, że przez kilka tygodni zgłoszenia poszkodowanej firmy nie wystarczały. Wystarczyły pytania dziennikarzy.
Co na to prawo
Unijny akt o usługach cyfrowych (DSA) nakazuje platformom rozpatrywać zgłoszenia nielegalnych treści. Fałszywe ogłoszenie, które służy do wyłudzenia pieniędzy, jest taką treścią.
Przepisy mają jednak lukę. Serwis musi sprawdzać tożsamość sprzedawców, ale tylko firm. Oszuści wystawiają auta jako osoby prywatne, a dane firmy pokazują dopiero na umowie wysłanej przez WhatsAppa.
W listopadzie wchodzi w życie ustawa, na mocy której skargi na platformy lekceważące zgłoszenia będzie przyjmował w Polsce prezes UKE. Może nałożyć karę do 6 proc. światowego obrotu firmy.
Dla poszkodowanych to niewielka pociecha. Pieniędzy przelanych na „cło” najpewniej nie odzyskają.
Piotr Paciorek
Fot: Polacy nabierali się na oszustwa samochodowe z Norwegii/ Ilustracja wygenerowana przez AI




Komentarze
Pokaż komentarze (17)