Kochanka żydowska z suplementem - powieśc w odcinkach
Tytuł – Kochanka żydowska z suplementem
Autor – Prawdzic
Część pierwsza
Rozdział pierwszy – Nowe złudzenia
Odcinek 1 – koniec marzeń, początek nadziei
Historia, którą tu chcemy opowiedzieć – chciałoby się rzec: ”ta fatalna historia” – wydarzyła się za prezydentury Lecha Wałęsy, późną wiosną owego roku, kiedy naród polski - jak powiadają cyniczni historycy i prawicowi apologeci Trzeciej Rzeczpospolitej (“okresu transformacji”) – zrzucił ostatecznie jarzmo moskiewskiej dominacji.
Moja wiekowa babka, zapisała w starym kalendarzu: Pod koniec maja, pogoda była tak piękna, że najstarsi ludzie piękniejszej nie pamiętają.
Pod koniec maja pogoda była tak piękna, że najstarsi ludzie piękniejszej nie pamiętali. Słońce grzało tak łagodnie, że stary czy młody, patrząc na świat skąpany w słonecznej patoce otulającej wszystko złocistą oponą; na te zielone gaje... na te kolorowe rabaty... każdy doznawał wrażenia, że nie widzi realnej rzeczywistości lecz mu się to wszystko śni. Zaś ciepłe noce z łagodnym powietrzem, jakby zrobionym z czarnego aksamitu, działały uspokajająco na nerwy.
Nie bez przyczyny Iwona, obeznana z farmacją, rozpoznawała w ciepłych powiewach nutę lawendy i melisy. Pewnie jakiś badylarz posadził na Azorach ziołową plantację.
Słońce grzało tak łagodnie, że stary czy młody, patrząc na świat skąpany w słonecznej patoce otulającej wszystko złocistą oponą, na te zielone gaje... na te kolorowe rabaty... każdy doznawał wrażenia, że nie widzi realnej rzeczywistości lecz mu się to wszystko śni.
Magiczne czary tej pory roku mają taką moc, że każdy, choćby nie chciał, musi się zmienić w poetę i powtarzać w zachwycie: “Chwilo trwaj, jesteś piękna!”
To wiosna w nas śpiewa hymn na cześć istnienia!
Tak było i tego roku, gdy tylko zeszły śniegi. Nastała piękna wiosna.
To i dobrze - mówili biedni ludzie, że chociaż pogoda jest piękna, bo perspektywy na przyszłość coraz bardziej parszywe. Zamiast obiecywanego przez “Solidarność” powszechnego dobrobytu, zjawiły się złe córy każdego społecznego przewrotu: nędza i bezrobocie!
W 1993 roku, kiedy po czterech latach od zwycięstwa “Solidarności”, “Rozmów w Magdalence”, “Układów Okrągłego Stołu”, (jako tako wolnych) pierwszych wyborów do sejmu Rzeczpospolitej - czy jak kto zwał to oszustwo... stało się dla wszystkich jasne, że dobrobytu w Polsce nie było i nie będzie, resztki optymistycznych nastrojów prysły jak bańki mydlane. Stało się jasne, że obietnice działaczy “Solidarności”, że stworzą ustrój przyjazny dla robotnika i w ogóle dla tzw. zwyczajnego człowieka, są obietnicami bez pokrycia. Ba, byli nawet tacy, rozgoryczeni, którzy wołali: “Niech “Solidarność” trafi szlag!”, przeklinając liderów związku.
A miało być tak pięknie, „bratersko” i „sprawiedliwie”. Papież Polak i Matka Najświętsza, w klapie Lecha Wałęsy, mieli naród polski w aniołów przerobić!
Podczas tworzenia pierwszej “Solidarności”, własność społeczna, wypracowana przez “świat pracy”, miała należeć do “pracujących”, sędziowie mieli sądzić “sprawiedliwie” i nie brać łapówek, adwokaci mieli być zbędni, wszyscy mieli żyć z własnej pracy, dziennikarze “pisać tylko prawdę”, robotnicy tworzyć poezję, wszyscy ludzie mówić sobie po imieniu, bez tworzenia podziałów na lepszych i gorszych. Pieniądze miały nie być wyznacznikiem wartości człowieka, wpływ na politykę miał być zagwarantowany dla “ludzi pracy”, religia miała być prywatną sprawą, kapitaliści mieli się trzymać z daleka, a księżom było wara do polityki.
Takie były paradygmaty, które przyświecały strajkującej większości młodych, robotniczych “wąsaczy” (a`la Piułsudski), tworzących samorzutnie po zakładach, pierwsze organizacje “Solidarności” w sierpniu 1980 roku. Może to założenia masońskie i rodem z Izraelskich Kibuców, ale tak było! Takimi kartami chciano grać z władzą. Lepsze miało się obronić samo. ”Zło dobrem zwyciężaj”
Ale to się przecież nie mogło udać. Nie mogło się udać, żeby podłość i prywata miały przegrać. Zrobiono wszystko, żeby była to gra znaczonymi kartami.
Toteż gdy w 1981 roku znaleźli się tacy radykalni trybuni, wyłonieni z robotniczej tłuszczy, którzy chcieli powrotu do ustroju dyktatury proletariatu (ale nie do dyktatury inteligencji) – zarówno działacze pochodzenia żydowskiego z KOR-u, jak i komunistyczna administracja, szybko starała się ich pozbyć, pozbawiając wpływów.
Zarówno KOR-owcy z Michnikiem i Kuroniem na czele jak i komuniści, z pierwszym sekretarzem Kom-Partii, Kanią (a potem Jaruzelskim), zrozumieli, że muszą tej imprezie jak najszybciej łeb ukręcić, żeby nie dopuścić do powtórki z rewolucji, jaka miała miejsce w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy wille i dworki burżuazji (szybko zapisującej się do komunistycznej partii), zabierano na żłobki i przedszkola.
Tego wśród mas robotniczych chciano i tego się obawiano wśród najwyższych inteligenckich gremiów „Solidarności” i KOR-u.
Dlatego pierwsza, robotnicza „Solidarność” została zdelegalizowana podczas stanu wojennego w 1981 roku. Druga „Solidarność”, łaskawa dla kapitalistów, łapówkarzy i aferzystów, została wymyślona i reanimowana w 1989 roku przez komunistów i żydowskich działaczy z jednej strony, a przez kościelnych inteligentów, kamieniczników i spadkobierców ziemiańskich majątków z drugiej strony, żeby na fali robotniczego niezadowolenia umocnić władzę wielkiej własności, a potem zaprowadzić twardy burżuazyjny reżym. O ulżeniu robotniczej doli, nigdy serio nie było mowy. Chciano żeby robotnicza rewolucyjna masa własnymi rękami strąciła ze stolca, komunistycznego, posłusznego Kremlowi dzierżymordę, płacąc własną krwią za walki uliczne, ale „roboli” nie chciano w kierownictwie Związku. Po prostu obawiano się powtórki z WKPb.
Karierowicze, którzy przyszli do „Solidarności” z wszelkich burżuazyjnych grupek, mieli pełne gęby frazesów o demokracji, a właśnie to oni do demokracji okazali się najmniej zdolni. To właśnie oni, teraz wydają rozkazy pałowania związkowych demonstracji i strzelania gumowymi kulami. Wcale nie są lepsi od komunistycznych siepaczy.
Iwona Stopka, córka kolejarza, anty-komunistka, działaczka podziemnego ruchu związkowego i niepodległościowej konspiracji, patrzyła przerażona, widząc, w jakim kierunku zmierza sytuacja polityczna w Polsce po zwycięstwie “Solidarności” nad komuną.
Ale nie była wielce zaskoczona, bo przecież wiedziała, że „Solidarność” nie była nigdy robotnicza. Robotnicy zbuntowani przeciwko reżymowi opanowanej przez żywioły inteligenckie Partii Robotniczej, pierwotnie chcieli powołać związek zawodowy tylko „dla siebie”, pod nazwą „Robotnik”, ale profesorzy, doradcy z Kościoła i KOR-u, wytłumaczyli im, że sami, bez ekspertów intelektualistów nie dadzą rady i że powinien powstać jeden bratni związek wszystkich ludzi pracy, występujących przeciwko komunie, w których siłą przewodnią będzie inteligencja.
1) Z ich pomagania robotnikom wyszło tyle, że przechwycili nad nimi dyktatorską władzę i dzierżą ją twardą ręką, nie dopuszczając do żadnych protestów, ochraniając kapitalistów, pałując i wywalając opornych roboli „za bramę”. Sejm reprezentuje burżuazyjną klientelę i każe strzelać do manifestantów gumowymi kulami, łamiąc kości i wybijając oczy - na razie; ale gdy zajdzie potrzeba, policja bez pardonu użyje ostrej amunicji.
„Solidarność”, z jej radykalnymi robotniczymi przywódcami, zdelegalizowano po to, żeby po jego reaktywacji w `98, dobierać do władz związku ludzi starannie prześwietlonych i przesianych przez sito bezpieki, co równało się inteligenckiej weryfikacji. Do władz związku mogli być tylko dopuszczeni ci, co dawali gwarancję uległości wobec kapitalistycznego właściciela fabryki i bankiera udzielającego kredytu. Decydenci rządzący społeczeństwami i dalekowzroczni konstruktorzy europejskiego ładu musieli być pewni, że nowi rządcy, odnowionej „Solidarności” nie zrobią kapitaliście krzywdy. Stąd też, kazali robotnikom wybierać do władzy ludzi, którzy robotnika nie widzieli na oczy - uważając że „robol” ma słuchać, bo od rządzenia jest inteligent. Nareszcie zrobiono to, o co chodziło od początku; związek robotniczy może istnieć, a nawet powinien istnieć, jako atrapa, ale musi być grzeczny i mieć inteligencką czapę. Pod tym względem miał się w niczym nie odróżniać od Partii. Dlatego „Solidarności” dano „kierownictwo” złożone z członków elit wywodzących się z przedwojennych, sanacyjnych rodzin, hołubiących tradycję legionową, związanych z „latającymi uniwersytetami”, z KOR-em i różnymi fundacjami dysponującymi pieniędzmi z Zachodu.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)