Prawdzic Prawdzic
142
BLOG

Kochanka żydowka z suplementem

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Żydowska kochanka z suplementem

 
Żydowska kochanka z suplementem
 
Suplement 2. – do odcinka 1.
 
   Iwona Była w coraz bardziej opłakanym stanie.
Być może z powodu niemożności ułożenia sobie osobistego życia z jakimś sensownym partnerem życiowym, coraz częściej wmawiała sobie, że nikt nie zechce takiego jak ona babo-chłopa. Umacniała się w przekonaniu, że coś brzydkiego rośnie jej pod łechtaczką, jakby dodatkowy penis. Latała do ginekologów, żeby wymacali tę twardą gulę w jej w kroczu, ale nie znajdywali nic niepokojącego. Niecierpliwili się, żeby nie zawracała im głowy, bo jest zdrowa i nie ma żadnego walcowatego narośla. Nie mogli jej wyperswadować, że nie ma raka. Cóż z tego, skoro po wyjściu z gabinetu uczucie dyskomfortu wracało.  
 
Zresztą, sama czuła, że coś z nią jest nie tak; bo te odczucia obcości (również obcości własnego ciała) i natręctwa, nazwijmy to, rzekomej męskości, lub rzekomego obojnactwa, zdarzały się jej tylko w stanie złego samopoczucia albo roztargnienia, gdy nie miała pełnej kontroli nad swą świadomością. Już wcześniej sama zauważyła, że jej szczupła, chłopięca budowa, może predestynować ją do różnych zaburzeń hormonalnych, powodujących występowanie anatomicznych anomalii niezgodnych z jej płcią kobiecą. Niektórzy oceniając ją po młodzieńczym wyglądzie podejrzewali, że może być zdolna do skłonności biseksualnych, co z niej czyniło idealnego partnera dla męskiego homoseksualisty. I nawet miała takie propozycje.
I ta jej wieczna młodzieńczość, wręcz niedojrzałość, mimo upływu czasu w życiu dojrzałej kobiety – jaką przecież była. Dopiero w ostatnich latach urosły jej obfite piersi i zaokrągliły się biodra, ale jednocześnie wzmogły się aktywność gruczołów zapachowych i porost włosów..
 
Po części, a nawet przede wszystkim, wynikało to z jej stanu samowiedzy, że w Polsce, jaka nastała po „Okrągłym stole” i zwycięstwie „Solidarności”, nie ma najmniejszych szans na lepsze życie. Tak jakby jej dojrzałość fizyczna była zależna od umysłowej. Kiedy dorosła do samodzielnego myślenia i dojrzałego buntu, dorosła też fizycznie, do bycia dojrzałą kobietą. Szczególnie to uległo przyspieszeniu po przekręcie dokonanym przez Balcerowicza, polegającym na przeliczeniu dolarów na złote, kiedy krętacze i kantorowcy zdziesięciokrotnili swoje majątki - reszta jej złudzeń upadła i przestała być wiecznie dobrze zapowiadającą się dziewczynką.
 
Od niedawna, po dłuższej, prawie dwuletniej przerwie, znów była narzeczoną Tomasza K. (pseudonim w konspirze: Polityk) i chociaż w międzyczasie zdążyła zaliczyć niejednego chłopa, to szybko odnaleźli wspólny język, na zasadzie, że “stara miłość nie rdzewieje”. Chociaż przez krótki czas zdążyła być narzeczoną niejakiego Pawła Kulbaki, “niewydarzonego magistra”, a jeszcze całkiem niedawno, przez parę zimowych miesięcy, kochanką Witolda R., to przecież nigdy o swej pierwszej miłości, do Tomasza, nie zapomniała.        
 
Znali się od wczesnych lat siedemdziesiątych i żyli na kocią łapę, z przerwami, aż do końca stanu wojennego. Potem z sobą zerwali, ale widywali się często, bo po jego załamaniu nerwowym, a na początku lat dziewięćdziesiątych znów zaczął ją nachodzić i prosić by wróciła. Prosił, ale nie wróciła, postanowiła go ukarać, mówiąc, że nie będzie wiecznie siedzieć z nim “na wiaderku”.  
      
      Nie wytrzymał długo bez niej i usiłował spotykać się z nią, chociaż była w innych związkach, a raczej próbowała być, usiłując ułożyć sobie życie. Nie chciała słuchać jego obietnic. Odpędzała go od siebie, ale wciąż wracał, błagając o przebaczenie... Widziała w tym jakąś chorobliwą manię.
 
     Ale teraz jest najgorszy czas na zakładanie rodziny – opierała się przed jego małżeńską propozycją.
      Co tu dużo gadać, kapitalizm, ten najpiękniejszy z ustrojów, kiedy przyszedł do Polski skreślił
wszystkie pozycje, do których dotychczas dążyła, unieważnił wszystkie zamierzenia i uczynił ją jakby
umarłą. O ile w komunie nie bardzo wiedziała, jaka ją czeka przyszłość i co ma z sobą zrobić, to po nadejściu tzw. demokracji zobaczyła przed sobą przepaść, w którą musi niechybnie wpaść po uczynieniu kroku w jakąkolwiek stronę. Dawne instytucje, co do których myślała, że się w nich zatrudni, przestały istnieć w tym sensie, że znalazły się w stanie powolnej likwidacji, działając resztkami sił ludzi w nich zatrudnionych i już nie robiąc planów na przyszłość ani nie zatrudniając nikogo nowego. Zrozumiała, że nie ma po co żyć i po co płodzić dzieci, dlatego, żeby się nie „rozkleić” i nie powiesić, ostatkiem sił wmawiała w siebie, że musi za wszelką cenę pojechać do Lublina, wziąć z Tomkiem ślub i udawać, że wierzy sens tego bezsensu.
Prócz tego dręczyły ją jakieś wewnętrzne głosy, jakieś buczenia, które wciąż przypominały jej o złych wyborach życiowych i nieudanym życiu.
Te głosy, ją dręczyły, ale zarazem mówiły prawdę, chorobliwą prawdę, którą starała się ignorować i zagłuszyć, ale nie mogła jej zaprzeczyć. Czuła, że od tego zaczyna już wariować, a miała ku temu niepokojące symptomy.
 
     Jedyne, co ją potrafiło zmobilizować do zachowania instynktu samozachowawczego, to był głos zdrowego rozsądku. Ten głos ją bronił przed nią samą i podtrzymywał na duchu ale również ją dołował, jak tyran, tak że nie chciała go słuchać, zatykając uszy. Zbiegają się jak kurwy do porzuconych gaci – mówił - żeby pastwić się nad łupem rozrywanej gospodarki tak, że bardzo szybko pozostanie z niej tylko szkielet, obrany do kości, z co wartościowszego mięsa.
      
4)     Udręczona świadomością przegranej i niemożliwością przebicia się do lepszego świata, siedziała otępiała na sedesie z głową miedzy rękami, czekając na światło poranka, a potem niewyspana snuła się po mieście, zastanawiając się gdzie znaleźć zajęcie. Siedziała, i nie mogła się ruszyć. Nie była zdolna do żadnej decyzji.
     Nie interesowało ją nawet to, że jest w ciąży, i to już sporo czasu, co stwierdziła niedawno, gdy Tomek przyjechał, żeby ją molestować (by odnowić znajomość). Po prostu mu się zachciało (jak mówili w konspirze: „zamoczyć kutasa”), a skoro mu było po drodze, bo akurat przejeżdżał, wstąpił do niej jak do hotelu i po starej znajomości… jakoś tak wyszło, że znaleźli się w łóżku.
   
     Kiedy się dowiedział o tej ciąży, wpadł w szał uniesień, usilnie prosił, żeby przyjechała i natychmiast chciał się z nią żenić. Nie chciał odstąpić, bo to jego dziecko, nareszcie będzie ojcem i musi ją z sobą zabrać natychmiast, ale mu odmówiła, że wpierw musi zlikwidować swoje krakowskie sprawy, które i tak były na ukończeniu. Jakby dostał skrzydeł, śmiał się i płatał na przemian, gdy odjeżdżał. Może to wiosna a może nerwica tak podziałała na niego.
 
Skrzący się w powietrzu, rozsiewany wiatrem, złoty pyłek kwitnących bazi i kitków leszczyny, działa jak silny narkotyk a gorzki zapach lepkich pąków kasztanowca przyprawia nas o zawrót głowy, przydając naszym zamierzeniom dozy nieuzasadnionego optymizmu. Człowiek wpada w zachwyt nad cudem odradzającej się przyrody i na chwilę zapomina o swym przykrym położeniu. W majowy dzień, w promieniach słońca jest gotów na chwilę zapomnieć, że go wyrzucono z roboty i wystawiono do wiatru.
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości