Żydowska kochanka - z suplementem
Żydowska kochanka
Suplement 3. – do odcinaka 1.
Być może to przebudzenie wiosny i jej zaczarowany taniec w zachwycającym korowodzie złudnych blasków natury spowodowało, że “Panna S.”, jak nazywali w środowisku niepodległościowym Iwonę Stopkę, po długich namysłach, zdecydowała wreszcie, że nadszedł czas na podjęcie definitywnych rozstrzygnięć w jej nieciekawym życiu, przypominającym jakiś zakalec.
– Wóz albo przewóz! – powiedziała sobie wreszcie - To już trwa za długo! Teraz albo nigdy! Teraz albo nigdy zostanę żoną Tomasza. (konspiracyjny pseudonim: “Polityk”)
5) Kiedy uświadomiła sobie, że minęła wiek chrystusowy, wpadła nieomal w panikę i mocno postanowiła sobie, że koniecznie musi wyjść za mąż jeszcze przed w tym roku. Chociaż nie jestem jeszcze taka stara, pocieszała się okłamując sama siebie ujmowaniem lat - to przecież... – przecież obcy głos chichotał w jej ciele - że "stara". Podejrzewała, że chowa się w ciepłych zakamarkach jej podbrzusza. Bo jeśli to tak dalej pójdzie, to prędzej znajdzie się w domu starców, niż doczeka się dziecka. Już sama zrozumiała, że to ostatni dzwonek żeby “coś urodzić”, tym bardziej, że była w ciąży, a przyszły ojciec dziecka palił się do żeniaczki. Chyba perspektywa ojcostwa tak go zmobilizowała.
- Za długo to trwa – mówiła sobie, bagatelizując, że "Stary" (tak nazywała swego duchowego ojca, który w niej siedzial - Daimonjona) ją słucha i kpi z jej łgarstw. Za długo wodzi Tomasza za nos pod pretekstem, że jego matka nie chce jej za synową, bo pochodzi z biednej kolejarskiej rodziny. Wykręcając się od tego państwa, mówiła: “Nie mogę wyjść za niego, bo polityka stoi na przeszkodzie”, albo: “Wszyscy jego wujowie, to grube ryby establishmentu, z którym przecież zawsze miałam na pieńku”. Sądziła, że nie nadaje się na jej męża i tyle.
“Przecież rola opozycyjnego działacza – tłumaczyła sobie - wcale się nie skończyła. Skończyła się jedna dyktatura, lecz zaczęła druga, burżuazyjna, z którą znów trzeba walczyć” – mówiła, każąc mu czytać zapiski „Che” Geuwary.
Jednak z drugiej strony, zdała sobie sprawę, że przecież wychodzi za mąż z miłości, a nie dla kariery, więc wszystko jedno, jakiej orientacji politycznej jest jego rodzina.
Nie była do końca przekonana, czy robi dobrze, ale wreszcie zaczęła pakować walizki (z ociąganiem) ponaglana jego telefonami, żeby w końcu, do tego Lublina, przyjechała.
Nie bardzo miała na to ochotę, ale jakże mu mogła odmówić? Przecież mimo wszystko, naprawdę go kochała!
Jak mówi Psalmista: “Miłość wszystko wybacza, jest cierpliwa, roztropna... nie szuka złego....”
Tak była speszona jego nagłymi oświadczynami (nie pierwszymi w ich narzeczeństwie), że zapomniała jak się nazywa, a co dopiero, gdy miała decydować za niego, kiedy powinien pojąć ją za żonę. Zawsze przecież było tak, że się oświadczał, ale żądał od niej, żeby wyznaczała datę ślubu. Od niej, albo od matki. I nigdy jakoś nie mogło dojść do tego. Już sama dobrze nie wiedziała czy ten ślub wyznaczyła ona, czy jego matka. Chociaż wydawało się, że matce już się znudziło dyrygowanie i opuściła się z tym na Iwonę.
Pomimo, że powinna być przyzwyczajona, bo w różnych sprawach decydowała za niego całe życie, to w tej jednej sprawie nie potrafiła podjąć decyzji. Decydowała jak się ma uczesać, lub jaką ma ubrać koszulę, a o tym jednym nie mogła zadecydować, kiedy, do cholery, powinien się z nią ożenić. A nie mogła tego zrobić, bo się bała, gdzieś w podświadomości, jego apodyktycznej matki.
Jeśli zaś chodzi o charakter Tomasza, to w tym był cały on! Jak stary łykowaty kogut! Któremu się już nic nie chce – ani piać, ani czubacić kokoszki. Gdyby przyszło napisać jakieś tezy teoretyczne nowego, świetlanego ustroju, konstytucję dla jakiegoś idealnego społeczeństwa, zrobiłby to prędko i łatwo, bez chwili wahania, ale już nie był taki zdecydowany, kiedy mu przyszło wybierać, jakie ma ubrać gacie. Od tego była ona – studencka miłość.
Obydwoje byli z rocznika ‘54, razem studiowali przez całe lata siedemdziesiąte, biorąc dziekanki, powtarzając roki, zmieniając wydziały i uczelnie, z powodu nacisków bezpieki. Tomek był aresztowany dziewięć razy, ona pięć razy, od kilku godzin, do kilkunastu dni, “do wyjaśnienia”, w różnych miastach, w których bywali organizować “latające uniwersytety”, nawiązywać dysydenckie kontakty. Za strony milicji najpierw były wyjaśnienia i pouczenia, później groźby, oskarżenia i szturchańce. Tomasz parę razy dostał milicyjną pałką.
Macki bezpieki sięgały daleko, do akademików i na uczelnie; wykładowcy bali się dysydentów, nie chcieli ich na wykładach, bo musieli się kontrolować, żeby czegoś nie powiedzieć za dużo, nie mając pewności, że inwigilowany student czegoś nie chlapnie na przesłuchaniu, choćby przez nieuwagę, co obciąży profesora – i nieszczęście gotowe. Zresztą, cała polska profesura i kadra naukowa to tchórze i serwiliści, więc nigdy się nic podobnego nie mogło zdarzyć, ale mimo to, trzęśli się ze strachu na zapas. To oznaczało zakaz publikacji i brak awansu, a w związku z tym wylanie na mordę i pójście do łopaty, a tego się bali najbardziej.
Po kilku zatrzymaniach taki aresztowany student już był trefny i robiono wszystko, żeby się go pozbyć, utrudniając mu zdawanie zaliczeń.
Najpierw studiowali w Warszawie, później w Krakowie, powtarzając roki. Mieli opinie konfliktowych, a takich studentów nie tolerowano w Krakowie.
Tomasz popadł w zatarg z profesorem i musiał zmieniać wydział – akurat otwarto Prawo Administracyjne, więc się przeniósł, ale nie na długo. Iwona, żeby utrzymać status studentki, nie wylecieć z uczelni i nie znaleźć się na bruku, musiała wziąć dziekankę i zatrudniła się jako pielęgniarka w krakowskim szpitalu. Kiedy Tomasz musiał się przenieść do Wrocławia, nie chcąc się rozstawać z ukochanym, przenosiła się z nim razem, zapisując się na psychologię. Tomek był studentem, ale tylko formalnie, bo więcej spędzał czasu w mieszkaniach różnych konspiratorów, przy powielaczach, niż na wykładach. Iwona wszędzie przy jego boku, zmęczona, zaharowana, ale szczęśliwa, bo zakochana po uszy. Miłość dodawała jej skrzydeł. Tomasz był wszystkim, co miała. Bez rodzeństwa i matki (ojciec kolejowy urzędnik, rewident, ciągle w służbowych delegacjach) – była sama jak palec.Nie dziwota, że oplotła się dokoła niego jak gałązka bluszczu.


Komentarze
Pokaż komentarze