Żydowska kochanka z suplementem
Odcinek 2 – trudna decyzja
Z Krakowem rozstawała się (jak się jej wydawało) bez żalu. Przecież nic tu ją nie trzymało, niczego tu nie zostawia. Czyż mógł ją zatrzymać stary ojciec w domku kolejowym na Prokocimiu, który nie mógł jej spojrzeć w oczy w poczuciu winy, że jej nigdy nic nie dał? “Sentyment to za mało, żeby ją zatrzymać w tym kurewskim miasteczku”, jak mówiła o Krakowie.
Z Krowodrzy (gdzie samotnie w wynajętym pokoju pielęgnowała swego penisa (tak nazywała tę narośl w drogach rodnych, której podobno nie było, tylko był wytworem jej psychicznych urazów), który ją bolał na zmianę pogody, pojechała do Prokocimia, tramwajem. Pożegnała się z ojcem wycałowawszy go po siwej szczecinie, prosząc, żeby się o nią nie martwił, bo w Lublinie jej będzie dobrze, będzie pisać listy i odwiedzać go regularnie, co roku. Mówiła, bez ogródek, że się spodziewa odmiany losu na lepsze, wychodzi za syna czerwonej burżuazji, ale to nic, bo on ją kocha i nie da zrobić jej krzywdy. Powiedziała też, że niedługo będzie dziadkiem i kiedy to nastąpi, przyśle mu fotografię wnuka.
Obiecała, że będzie pamiętać, że go nigdy nie zapomni i jego cichej, pokornej dobroci. Potem rzekła z dziwnym, niedobrym uśmiechem, że to, że jest w ciąży, to jest jej największy kapitał. Gwarancja, że Tomek będzie ją chronił. Tu ją przecież nic dobrego nie czeka, w tym środowisku ludzkich bestii. Kraków pod względem ilości ludzkich kanalii jest najgorszym z miast w Polsce. Nigdzie nie spotkała tylu łotrów, co w Krakowie. To miasto byłych folksdojczy, donosicieli Gestapo i współpracowników ubecji. Niemcy powinni byli zrównać to miasto z ziemią jak Warszawę, żeby rozpędzić to zbrodnicze towarzystwo na cztery wiatry, zasiedziałe od pokoleń w swoich zatęchłych wychodkach.
Nie ma tu nic do roboty, straciła posadę w szpitalu i nie chce wiecznie bawić cudzych dzieci.
§ 6. Zapłaciła za lokum, spakowała neseser, zamówiła taksówkę i pojechała na dworzec główny. Jako że bilet wykupiła wcześniej, poszła od razu na peron czwarty, skąd miał odejść osobowy do Warszawy. Był poniedziałek lub wtorek (nie pamięta), gdy udała się na peron, w poszukiwaniu pociągu.
Mijała po drodze wyborcze plakaty do kontraktowego sejmu, w których „Solidarność” obiecywała „drugą Japonię”. I już nie mogła na nie patrzeć. Na te „dowody hańby” – jak mówiła. Tymi plakatami była obwieszona cała Polska, bo wielki biznes i agencje do walki z komunizmem państw zachodnich dał na to pieniądze, więc cały Kraków, Warszawa, miasteczka i przysiółki były nimi obwieszone tak nachalnie, że Iwona mijając je po drodze - musiała mimo woli na nie patrzeć, tłumiąc w sobie niewesołe myśli.
„Każdy z tych „bohaterów” – pisała wtedy zaraz po czerwcowych wyborach - spoglądał dumnie z przedwyborczego afisza, na którym Wałęsa ściska mu rękę, udzielając rekomendacji i prosząc przechodnia o wsparcie. I chociaż od tych pierwszych, zwycięskich wyborów minęło sporo czasu, nikt ich (tych plakatów) nie zrywał, jakby się chciano nasycić do woli tą historyczną chwilą, wypić do dna ten puchar tryumfu, jakby chciano te chwile rozciągnąć - jakby były z gumy - na następne pokolenia, na wieczną chwały pamiątkę, ku pamięci wnuków, na chwałę pradziadów... jako żywy przykład zwycięstwa narodu nad komuną; złotej, o szlacheckim rodowodzie, wolności nad bizantyjskim despotyzmem; katolickiego ducha polskości nad prawosławiem i caryzmem; europejskiej kultury nad „dziczą ze Wschodu”.
Te „dowody hańby” wisiały na murach i płotach, w skwarze i deszczu, targane wiatrem jak łachmany i ochlapane błotem, blakły powoli jak fotografie cmentarne, albo jak bojowe sztandary zdemobilizowanych armii. Z którymi nie wiadomo co począć, a wyrzucić szkoda. Niemi świadkowie gorących zapewnień i miłosnych przysiąg; wstydliwi poręczyciele niespełnionych i wiarołomnych obietnic dawanych narodowi w chwili, gdy się zdawało, że „Solidarność” bierze ślub z narodem na wieki.
Wielu nie przypuszczało, że są to zapewniania składane przez pozbawionego charakteru ”szlacheckiego kochanka”, obudzonego z historycznego snu.
Okazało się niebawem, że powinien w nim zostać jak najdłużej. Nie na darmo złośliwcy kpili, że: ”Gdyby polska szlachta miała robić buty, to ludzie musieliby się rodzić bez nóg”.
Niektórzy ostrzegali przed nawrotem do szlacheckiego etosu i rządów burżuazji, ale chamski naród był nieostrożny (bo chciał – na złość komuchom) i głuchy na ostrzeżenia przed restytucją do społecznego życia „szlachetnie urodzonych pasożytów”, bo obrzydzony do swojej parcianej genealogii, pragnął odrobiny odświętności i godności, więc zapomniał komunistycznych przestróg o „szlacheckim bagnie” i wbrew temu, a nawet na złość „ostrożnym” przypominaczom sanacyjnego bezhołowia i szlacheckich przywar, chciał mieć wśród swych senatorów i posłów, potomków „bohaterów spod Cecory” i tych co z Chodkiewiczami bili Szwedów pod Kircholmem.
§ 7. Było pogodne, wiosenne przedpołudnie, słońce grzało tak intensywnie, że musiała idąc w kierunku wagonów, zdjąć jasny trencz i nieść go przewieszony przez ramię. Po drodze wstąpiła na pocztę nadać telegram do Tomasza, żeby czekał z księdzem i przyjęciem weselnym, aż do skutku, bo przyjedzie “dziś wieczorem”. Na pewno.
Wezmę z nim ślub po nocy, jak złodziejka – pomyślała z niesmakiem.
“Ale nie mam innego wyjścia – myślała - skoro Tomek nie chce czekać ani chwili.
- To wariat – rozgrzeszała się z tej ekstrawagancji – narwaniec, chce brać ślub zaraz, kiedy przyjadę”.
Imponowało jej nawet, że jest taki napalony.
- Co za dziwak z niego, nie może poczekać “do jutra” – przeleciało jej przez myśl - a zmarnował piętnaście lat czasu na “chodzenie”, na udawanie wolnego związku, studenckiej miłości... i obijanie się po akademikach!
Przy pociągu była kwadrans po ósmej i musiała chwilę poczekać aż kolejarze przygotują skład. Obliczyła sobie, że gdy pojedzie do Warszawy sześć godzin, to na Dworcu Centralnym będzie jeszcze miała w zapasie godzinę lub dwie, na dojazd do Dworca Wschodniego, by wsiąść do pociągu pospiesznego, odjeżdżającego do Lublina o szesnastej trzydzieści.
Weszła do wagonu z torbą, prezentem od niego i usiadła w pustym przedziale. Pełna nieokreślonych obaw, starała się zebrać w ryzy popłoch zatrwożonych przeczuć.
Jeszcze raz, od początku, spokojnie obliczyła sobie na palcach, że jeśli do Warszawy przyjedzie parę minut po piętnastej, to będzie mieć jeszcze dużo czasu, by spokojnie zdążyć na pospieszny do Lublina. Wszystko w porządku! – uspakajała się w myśli.
Na zewnątrz, umorusani kolejarze wałęsali się wokół syczących wagonów; stukając młotkami w koła, machali pomarańczowymi chorągiewkami i gwizdali na gwizdkach. Zadowoleni nie wiadomo z czego.
Wyjrzała przez okno, jakby się chciała pożegnać, z kawałkiem życia spędzonego w Krakowie. Kraków nie był jej miastem rodzinnym. Urodziła się w Koluszkach i dzieciństwo spędzała u ciotki, do czasu, gdy ojciec nie przeprowadził się służbowo do Krakowa i nie zabrał jej do siebie.. Dogorywał na emeryturze, samotnie, w małym domku przy stacji towarowej, matka tymczasem coraz częściej przebywała w domu wariatów.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)