Prawdzic Prawdzic
404
BLOG

Żydowska kochanka z suplementem

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Żydowska kochanka z suplementem

Suplement 2. Do odcinka 3.
   
Tak myślała, w sumie dość optymistycznie, dopóki pociąg nie stanął na dobre, na jakiejś bocznicy, podczas gdy w kierunku Warszawy mijały ich różne ekspresy, jeden, drugi i trzeci. Po dłuższej obserwacji stojącego pociągu, który sprawiał wrażenie jakby był pusty, jakby wszyscy w nim spali albo wymarli… powiedziała sobie, trudno, ostatecznie nic wielkiego się nie stanie, jeśli spóźni się jeden dzień... Skoro ona czekała na to czternaście lat, (a może piętnaście; łatwo się tego policzyć nie da), to on może teraz poczekać te parę głupich godzin...
 
1§1)   Siedząc jak na szpilkach, modliła się o cud... żeby jakoś zdążyć, jeszcze przed północą. Przecież powiedział, że będą czekać na nią aż do skutku. Mają tyle jedzenia i picia, że nie wypuszczą gości od stołu, choćby mieli na nią czekać przez miesiąc. Tak się zawziął, że postanowił przywieźć ją siłą, jeśli sama nie przyjedzie.
 
 No, i jechała jak dziadówka, z jedną torbą i cienką portmonetką. “Białą suknię” kupiła teściowa na poprzednią kandydatkę na synową, bardzo podobną z figury do Iwony, więc gdy z tamtego ślubu wyszły nici, pani Beata włożyła ją do szafy myśląc, że “Będzie w sam raz na Iwonę, gdyby się Tomek zdecydował”. Chciała koniecznie prowadzić pannę młodą do ślubu po czerwonym dywanie przez całą długość kościoła – ale pożarła się z proboszczem o pieniądze. Z innymi katabasami też miała na pieńku. Jedynym klechą, którego tolerowała, był jej przyjaciel, prałat Oprych.   
 
Wyglądając przez okno na krzątających się kolejarzy wokół stojącego pociągu, miotała ciche przekleństwa i uspokoiła się dopiero, gdy przypomniała sobie jego zapewnienia, że ksiądz kanonik jest “nietuzinkowym duchownym” i może udzielić im sakramentu nawet późnym wieczorem, albo w nocy, taki już z niego awangardowy duszpasterz!
 “W nocy” - powtórzył znacząco – Jako że w ciągu dnia jest bardzo zajęty zakonniczkami w klasztorku, gdzie jest mansjonarzem – ale - dodał prędko – do wesela wszystko już od rana będzie czekać przygotowane... “pod pełną parą”!
 
    Chociaż wiedziała, że może się (że wolno się jej) spóźnić (przecież prawdą a Bogiem, to bardziej ona, niż on, wodziła go za nos), lecz mimo to, chciała “jeszcze dziś”, choćby o północy, wyjść za mąż. Choćby jej sami diabli mieli asystować przy ślubie!..
 
       Przecież się umówili – uspakajała się po tysiąc razy - że w razie gdyby przyjechała późno, gdyby się spóźniła... wszystko będzie czekać przygotowane, że tylko wskoczyć w suknię ślubną i... do ołtarza. Myślała o tym, z czołem opartym o aluminiową ramę okna, tak obsesyjnie, w kółko, z pół godziny, aż jej się zrobiła na środku czoła czerwona pręga odgnieciny, a na szyi wyskoczyła tarczycowa buła.  
 
   A pociąg (freudowskie!) znów stał w lesie nic sobie nie robiąc z niecierpliwości pasażerów. Zgrzytał co chwilę żelastwem i syczał z ironią. Iwona wiercąc się jak na szpilkach, wyglądała co chwilę przez okno, zerkała bezradnie na zegarek, patrzyła na słońce przez mozaikę liści wysokiego lasu, którego drzewa podchodziły aż do samych torów, bijąc prawie o szyby liśćmi gałęzi. Nie miała innego wyjścia jak oddawać się liczeniu ptaków, które słyszała w gałęziach, pukających dzięciołów w dąbrowie, albo mrówek, w opalikowanym nieopodal świerkowymi żerdkami mrowisku - gdyby je mogła z tej odległości zobaczyć. Książka którą zabrała do podróży nie zainteresowała ją wcale, więc po kilkunastu minutach, nie wiedzieć kiedy, znów niepostrzeżenie oddała się oglądaniu przeszłości w swej obolałej głowie: 
 
 
§) - Ich miłość i sens życia w tym kraju, to kości niezgody, o które przyjdzie jej się gryźć do końca życia –
   Tak sugestywnie wmyśliła się w dzieje swej miłości, że prawie czuła obok siebie fizyczną obecność Tomasza, jakby siedział tuż koło niej i patrzył w milczeniu z tym swoim, ciapowatym, dobrym uśmiechem na ciastowatych wargach.
“Z uśmiechem niewydarzonego safanduły.!.” - przeleciało jej przez myśl, aż się wzdrygnęła, jakby ją kto oblał wiadrem zimnej wody.
 
Przeraziła się gdy sobie uświadomiła jak on teraz wygląda naprawdę, sterany po tych wszystkich latach bezpłodnej szarpaniny „o ideały”. Nagle zdała sobie sprawę, że Tomaszów jest dwóch. Stwierdziła to przerażeniem, podczas ostatniego widzenia, że zaszły w nim jakieś nie tylko psychiczne, lecz również fizyczne zmiany, na niekorzyść jego dawnej, młodzieńczej powierzchowności. Teraz wydawał się jej bardziej podobny do jego ojca; jakiś nalany i rozmyty na twarzy.
 
Gdzie jest mój prawdziwy Tomek? Co się z stało dawnym rezolutnym Tomaszem? - zadawała sobie rozpaczliwe pytania. Musiała się przywoływać do porządku siłą woli, żeby nie wpaść w panikę, gdy pytała siebie, gdzie się podział jej szczupły, pełen życia i nadziei, opalony i przystojny chłopak? – Gdzie jest ten ikrzasty facet, z jakim miała do czynienia przez wszystkie lata ich młodzieńczej miłości? Bo teraźniejszy Tomasz był tak zupełnie niepodobny do tamtego, że aż się wzdragała ze strachu... Teraz był po prostu do niczego, jakiś inny, “namydlony”, obcy, jakby z innego świata, którego dotąd nie znała.  
 
To “namydlony”, było najwłaściwszym określeniem, jakie przychodziło jej do głowy. Właśnie to ją uderzyło: gdy zdała sobie sprawę, że jest podobny do ludzi wyjętych (dla sądowych oględzin) “po dwóch tygodniach z grobu”.
    
      Stał się do niczego pod wpływem psychiatrycznych kuracji, senny, nalany i powolny w ruchach... w niczym nie przypominający, tamtego pełnego nerwu chłopaka o wyglądzie sportsmena.
 
§) Zamyśliła się nad konspiracyjną działalnością Tomasza. On, idealista, stawiający sobie za cel współczucie dla cierpiącej ludzkości, zaangażowany w pracę na rzecz ulżenia ciężkiej doli robotników, przeżył szok widząc upadek, do błota, solidarnościowych ideałów.            
 
       Kiedyś, był typem romantycznego buntownika, przy którym Wojaczek jest poetą nieśmiałym, a Borowski pisarzem głęboko zalęknionym, jak pisały urzędniczki ministerstwa kultury o Tomaszowych esejach - żony pisarzy, recenzentki od utrącania konkurentów ich mężów. (Sprytnie się urządzili – „literaci do piór”, ich żony do urzędów cenzorskich.)
 
Tak właśnie pisały o nim i jego esejach (że jest bezczelny bardziej Barańczak) - które wysyłane do różnych redakcji, lądowały ostatecznie na biurkach cenzorów i urzędników ministerstwa kultury - wydając o nich opinię, że są “antysocjalistyczne w treści i niedopracowane w formie. ”Do druku się nie nadają” - pisały do Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk, przy Mysiej, na zapytanie cenzorów o prawdziwą wartość artystyczną i merytoryczną jego “szkiców”, bo im, cenzorom, wydawały się - mimo licznych zastrzeżeń - wartościowe i nie chcieli ich deprecjonować, dopóki nie wypowiedzą się “kompetentne czynniki od kultury”. A kompetentne czynniki wyrokowały: “Do kosza, niech nie psuje interesu naszym mężom-prozaikom, naszym synom-poetom, naszym utalentowanym krewnym i pociotkom”.
 
Być może, cenzorzy instynktownie zdawali sobie sprawę, że w poprzez pisaninę Tomasza, Polska Dusza nie może się przedrzeć przez zasłonę inteligenckiej zmowy milczenia, jaką wokół niej roztoczyły mieszczańsko-żydowskie środowiska, nie dopuszczając do głosu nic, oprócz swojej kastowej blagi i nie uznając za kulturę polską niczego, poza płodami swych kosmopolitycznych umysłów.
 
 ǼǼ   To nie cenzorzy, a drobnomieszczańskie (co praktycznie wychodzi na to samo) paniusie pilnowały interesów pseudo-socjalistycznej kultury (która pod koniec lat 70-tych, w wydaniu warszawskich dysydentów, w istocie była żydowsko-masońską „kulturą”), żeby pod pozorem walki z antykomunistyczną opozycją, nic świeżego nie dostało się na salony.
 
      Tłamsząc młodych pisarzy, kontestujących sztukę mieszczańską, celebrowały udział w korowskich imprezach, gdzie reklamowano, obok Brodzkiego i Sołżynicyna - konserwujących stare dobre wartości własności prywatnej i wolnego rynku – Havla, Gombrowicza i innych bojowników walczących o odzyskanie rodowych dóbr i kamienic. Jak z tego widać, interesy młodej literatury, rozmijały się z tendencją polityczną animatorów korowskiego puczu, nie mając najmniejszych szans ukazać się również w samizdatach.
     
         Dotowane przez ośrodki zachodnie podziemne wydawnictwa były przeznaczone do druku takich pisarzy jak Wirpsza, Jastrun czy Konwicki i reklamy żydowsko-masońskiej ferajny, która z popierania czerwonych mecenasów odskoczyła w ramiona Paryskiej Kultury i Radia Wolna Europa. Nic złego nie było w utworach tych pisarzy, poza tym, że na ten czas ich zainteresowania twórcze pasowały do sytuacji zgnębionego narodu, jak pieść do nosa. I nie mówimy tu o zgnębionym narodzie, mając na myśli niezadowolonych inteligentów i wszelkiej maści, pożal się boże, intelektualistów, którzy i tak dorabiali nieźle, kolaborując z komuną, pisaniem fałszywych, optymistycznych analiz i ekspertyz, ale mówiąc o zgnębionym narodzie, mamy na myśli, zwyczajnego robotnika i chłopa.
 
    A ich komunistycznym gnębicielem był właśnie ów profesor, uczony, inteligent, intelektualista, pisząc głupoty i wydając kłamliwe ekspertyzy, że jest coraz lepiej.

Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości