Żydowska kochanka z suplementem
Odcinek 4 – gdy będą dwie niedziele w kupie
Najpierw mieli wziąć ślub w święta Wielkanocne, chociaż w ateistycznej rodzinie Tomasza nie obchodzono żadnych świąt religijnych - ale niech tam, postanowiono, żeby ludzie nie gadali! Więc miało być w święta, na początku kwietnia - ale w święta coś jej wypadło! Bolał ją członek, toteż dostała jakichś skurczów macicy i pojechała do szpitala.
No to, ustalono na pierwszego maja! Też nic z tego nie wyszło! Tomasz przyjechał zdenerwowany do Krakowa pytając: “No to, kiedy?” Żeby jakoś wykręcić się sianem, rzuciła bez namysłu: “W niedzielę”. Nie, chyba w sobotę. Sama dobrze nie pamięta.
“Ale w którą niedzielę?”
“Może w przyszłą” – odburknęła żeby się odczepił.
“W przyszłą, to za wcześnie – rzekł – Nie wiem czy mi się uda załatwić urzędnika. Niech będzie za dwie niedziele. Moja matka ma znajomości w urzędzie”
Ale nie było za dwie niedziele – tylko dopiero miało być w poniedziałek, albo we wtorek, (i to nie wiadomo, który)... Nie pamięta tego zupełnie! Ostatecznie zaś, zwlokło się do środy. Chyba dzisiaj środa?
Był chyba wtorek, a ona zamiast się “weselić” z ukochanym w Lublinie, jest dopiero w radomskiem i jedzie, jedzie a dojechać nie może. Szlag by trafił tych kolejarzy! Kombinowała jak mu powiedzieć, żeby ślub odłożyli do jutra, jak jakieś kiszenie kapusty.
Już sobie wyobraziła, że teściowa będzie wściekła, ale trudno i darmo. Już mu pewnie wyrzuca, że mu się nie chciało pojechać autem do Krakowa i osobiście przywieźć ją “za łeb” na miejsce. Choć z drugiej strony, pewnie nic nie powie tylko milczy i czeka. Tak chyba było. Stara dobrze wiedziała, że Iwona to osoba uparta i gwałtownym naleganiem mógłby tylko wszystko zepsuć.
Przez wagon przeszła grupa żebrzących Rumunów, potem zaś jacyś Cyganie grający na harmoniach i gitarach, ale była tak zajęta swymi myślami, że nawet ich dobrze nie widziała.
Głupio wyszło, jak zawsze. Jak wszystko między nimi. Żeby się tylko z tego nie urodziło głupkowate dziecko! – myślała z przestrachem. Żeby tylko nie wyszło razem z penisem. Chciałaby, żeby penis zniknął, albo się ukrył przed oczami doktora a potem wyszedł i poszedł sobie do diabła. Uznając, że w umyśle karmiącej matki, zaabsorbowanej radościami macierzyństwa nie ma nic do szukania, bo nie znajdzie pola do popisu.
Jeszcze wczoraj mówiła mu, gdy zadzwonił, żeby załatwiał księdza i spokojnie prasował ślubną koszulę, bo ona już wychodzi do pociągu i trzyma rękę na klamce. Już klucz trzyma w ręce, żeby zamknąć drzwi i oddać go właścicielce... ale guzdrała się całe popołudnie do nocy i wyjechała dopiero dzisiaj rano. Miała wyjechać wczoraj, przenocować w Warszawie i teraz już być w Lublinie, cała w bieli, w ślubnej sukni i fiołkach, tymczasem zbliża się popołudnie, a ona ciągle siedzi w pociągu i ściska nogi ze złości gdzieś pod Ożarowem. Cholera jasna – w białej sukni!
1§6) Wracając myślą do czasów wczesnego Gierka – podziwiała szaleńczą dezynwolturę Tomasza, nie dziwiąc się, że mu nie wydrukowano ani jednej linijki. Bo jakże można oskarżać pijaków o pijaństwo, przed właścicielami meliny, lub oskarżać złodzieja przed sędzią, który w istocie rzeczy jest paserem, mającym swój rentierski udział w części łupu zagarniętego z okrojonej, robociarskiej wypłaty?
Pisał, o rozpijaniu robotników, widząc w tym świadomą działalność różowej burżuazji usiłującej zrobić pieniądze na pasożytniczej kooperatywie z gospodarką socjalistyczną; pisał o ustroju Polski Ludowej, jako legalnym systemie okradania ludzi pracy. A ustrój Polski Ludowej tworzył kto? (pytał retorycznie). Mityczni bolszewicy? Nie żadni tajemniczy komuniści, tylko nasi dobrzy ojcowie, synowie i sąsiedzi. To oni pełnili funkcje czerwonych dyrektorów, gorliwych urzędników, lojalnych dziennikarzy, wiernych oficerów.. wzorowi ojcowie i synowie inteligenckich i mieszczańskich rodzin! Przecież w aparacie, chama ze wsi nikt nie chciał!
Tak pisał o czerwonej klasie panującej, która sprawnie przyłączyła się do solidarnościowej opozycji, żeby przejąć kapitalistyczną władzę. A przecież nie chciał nikogo obrażać; chciał jedynie sprowokować do otwarcia oczu, że są tylko dwie drogi: albo się jest pracującym na dobrobyt innych, wyzyskiwanym robotnikiem, albo wybiera się akceptacje tego stanu rzeczy, wyzysku i ludzkiej krzywdy, a wraz z tym wybiera się całkowity brak ludzkiego sensu życia - czyli wybierając prawicowe “wartości”, wybiera się kondycję “łajdaka”. I to niezależnie od ustroju, bowiem tak jak były nie do przyjęcia, dla komunistycznej władzy oskarżenia o to, że socjalizm jest systemem wyzysku, tak również dla obecnych panów kapitalistycznej Polski, twierdzenia o nieludzkim etosie liberalizmu, jest kamieniem obrazy.
Z tym, że socjalizm z jego deklaratywną opiekuńczością wobec słabszych, wydawał mu się ciut lepszy od kapitalizmu.
Tak jak za socjalizmu, również po zwycięstwie “Solidarności”, rzucał kalumnie na “bogu ducha winną” inteligencję, bez której “ten naród”, nie trafiłby sobie “palcem do dupy” - jak się wyraził pewien obruszony docent.
Ale było to przysłowiowe szczekanie psa, na karawan który jedzie dalej. Bo jakże wnosić oskarżenie na sprawcę, który jest zarazem prokuratorem, obrońcą, sędzią i katem?
I tylko można się dziwić, że przy tak ciężkich oskarżeniach pod adresem inteligencji mieszczańskiej, jako grupy sprawującej (w imieniu Partii) realną władzę, o okupacyjny współudział i pomocnictwo w terroryzowaniu klasy robotniczej, nie został nigdy formalnie postawiony w stan oskarżenia o zniesławianie narodu.
I tak było, pół na pół. Ale prokuratorskiego oskarżenia o “obrazę Narodu Polskiego”, czyli inteligencji mieszczańskiej (przechodzącej gładko z reżymu do reżymu, z ustroju do ustroju, wraz ze swym świętym prawem własności), nie było nigdy. Być może dlatego, że Tomek nie łączył serwilizmu polskiej inteligencji z kosmopolitycznym żydostwem. Nigdy nie mówił, że obozowa arystokracja w Auschwitzu, to żydowska klika. Nie można mu było zarzucić jawnego antysemityzmu. Wprost przeciwnie, był tym, który zawsze po ludzku współczuć temu narodowi.
1§7) A Żydzi mogli wiele. Więc, ponieważ ich nie ruszał, mógł bezkarnie obrzucać inwektywami inteligencję szlacheckiej proweniencji, a nawet z ukrytą aprobatą, ale i bezpłodnie, bo żydowscy decydenci nie pozwolili tego nagłaśniać.
A jego bolało, że inteligencja przywłaszczyła sobie tytuł całego narodu, że tę godność narodowi ukradła, nazywając siebie i tylko siebie Polskim Narodem, odmawiając tego miana, innym, ”gorszym stanom” i grupom społecznym.
Tak pisał o jego „profilu” osobowościowym sekretarz uczelnianej organizacji partyjnej, wnioskującej o skreślenie go z listy studentów: „Tego, że za polskiego inteligenta myśli i często decyduje żydowskie jądro usadowione w rządzie, w kulturze, w szkolnictwie, w mediach i w sądownictwie... nie bierze pod uwagę”.
Istotnie, nie chciał o tym słyszeć, zatykał uszy, nie chciał wiedzieć i wdawać się w dywagacje, że Żydzi siedząc w ministerstwach, teatrach, redakcjach, sądach i uniwersytetach trzymają w ręku wszystkie nici ważne dla życia narodu.
Szarpiąc się tyle lat z cenzurą, z redaktorami, którzy byli gorsi od cenzorów, z wzajemnym podgryzaniem się i waśniami o dolary (wśród działaczy solidarnościowego podziemia), musiał zwątpić w swój naród, przestał wierzyć, że są w nim ludzie przez wielkie “C” - a nie same karły, które się dziobią jak wróble o garść rzuconego pośladu.
Patrząc tyle lat, bezsilnie, na ten teatrzyk robiony dla wychwalania ”mieszczańskiej cnoty” i (woluntarystycznemu) bredzeniu o potrzebie odbudowania klasy średniej (jak to inteligencja uczy, żywi i broni!) - który się cynicznie odgrywa od dziesięcioleci, przed oczyma ogłupianego tłumu - musiał zwątpić. Przecież dlatego przystąpił do opozycji, aby wydrukowali jego anty-inteligenckie filipiki poza cenzurą, w podziemnych samizdatach.


Komentarze
Pokaż komentarze