Żydowska kochanka - powieśc o Pannie S.
Odcinek 5 – dzieje upadku Panny „S”
O tym co ją spotkało w „strukturach” konspiry, chciała gruntownie zapomnieć. Dobrze, że miała w odwodzie Tomasza, który nie wzgardził ręką kolejarskiej córki.
Wsiadając do pociągu miała dużo czasu do myślenia o swoim przegranym życiu, o kryzysach wartości, z których się wzięły jej wszystkie nerwice i huśtawki nastrojów.
Gdzieś za Radomiem, zaniepokojona ślamazarną jazdą pociągu wyszła na korytarz, żeby rozprostować kolana i zapalić lekkiego papierosa. Paliła mało i tylko od czasu do czasu, a teraz - ze względu na ciążę - postanowiła jeszcze bardziej ograniczyć.
§Nie miała szczęścia do chłopów. Wprawdzie nie można mówić, że ci, których miała byli nienormalni, ale - chociaż nie chciała się przyznać przed sobą – byli to sami nieudacznicy popaprańcy, przeważnie ze zdeklasowanej warstwy jakichś drobnomieszczan; jak na przykład Witold, stary kawaler, wieczny student i odpalony pisarz, o którym kiedyś Andrzej Szczypiorski - opiekun koła młodych pisarzy w latach siedemdziesiątych, w Warszawie - mówił pełen zgryźliwej irytacji, że: ”Nie jesteś pan robotnikiem, inteligentem, ani chłopem, tylko jakimś zdeklasowanym... dziadem”. A potem dodawał pojednawczo: ”Niech się pan wreszcie zgodzi przyjąć jakąś społeczną rolę, bo pana zagryzą. Będzie i panu, i społeczeństwu lżej”.
“Musisz się pan zdecydować, dla kogo piszesz; dla mieszczaństwa, robotników, czy chłopów - bo nie można pisać jednocześnie dla tych trzech, tak różnych, zantagonizowanych klas. Niech pan się uczy od naszego papieża – mówił - jeśli jednego dnia przemawia do czterech różnych grup społecznych, np. burżuazji, naukowców, oficerów i chłopów, to każde przemówienie jest inne, zadowalające każdego”.
„Jeśli będziesz pan pisał podburzające paszkwile “na panów”, zrozumiale dla chłopa, inteligencja odrzuci cię ze wzgardą i spowoduje, że pańskie utworzy znajdą się w wychodku – natomiast, jeśli napiszesz antyrobotnicze duby smalone dla liberałów, robotnicy zlekceważą pana jako mydłka nie znającego realiów walki politycznej, sadzącego inteligenckie androny”.
“Pisząc po mieszczańsku, nie zyskasz pan szacunku uczciwych ludzi, ale za to dochrapiesz się jakichś niewielkich “piniędzy” – mówił drapiąc za uchem pięć kotów swojej żony. “Nie bój się pan przezwiska pismaka, bo przecież trzeba z czegoś żyć” – takie dawał rady poczciwy pan Andrzej, podczas prywatnych rozmów w swej kociarni.
§ Pomimo tych namów, Witek żadnej “roli” nie przyjął i pozostał nie wydawanym robotnikiem-pisarzem; a przecież mógł zostać - jak jego koledzy – panem ”redachtorem” (tak szydził z pismaków) choćby nawet najskromniejszej gazety, dyrektorem zakładowego radiowęzła, domu kultury, albo innym działaczem, ale mu ubliżało być utrzydupskim. Gdyby się był wtedy na coś załapał, obecnie by go dostrzeżono, przeszedłby na redaktora mediów kapitalistycznej Polski, jako, pożal się Boże, fachowiec całą gębą, zawsze potrzebny każdej władzy. Teraz mógłby zostać, automatycznie, jakimś ważnym urzędnikiem, albo i posłem, ponieważ wszystkie nowe struktury demokratycznego państwa, są przemalowanymi na zachodnią modłę, komunistycznymi wychodkami.
Dzisiejszy urzędnik, lekarz, dziennikarz, prawnik, nauczyciel, jest komuszym inteligentem, wypromowanym w Polsce Ludowej. Różnica między tą a tamtą Polską, jest taka jak między diabłem czerwonym a zielonym.
Iwona nieraz mówiła, że nie wolno się stawiać urzędasom tylko, dlatego, że czują się spadkobiercami szlacheckiej tradycji. Gdyby nie krzyczał na nich, że są “komunistycznymi matołkami”, to może zrobiliby go jakimś “starszym podchujaszczym”, jakimś literatem, albo doktorem habilitowanym od siedmiu boleści... a tak, to chamie fora ze dwora! Do czarnej roboty!
Wyrąbała mu prosto w oczy, że źle zrobił, nie starając się o komusze tytuliki i funkcyjki. W obecnej sytuacji, dzisiejsi panowie i władcy Trzeciej Rzeczpospolitej przejmując go z rąk komuny wraz z dobrem inwentarza, volens nolens, musieliby zaaprobować wszystkie jego niewydarzone tytuły i funkcje, uprawniające do sprawowania władzy, które nie mogły się zdezaktualizować, bo zawsze, w każdym ustroju są potrzebne do trzymania hołoty w ryzach.
§ Robotnik za swe wrodzone wichrzycielstwo może iść do kazamat, chłop hultaj – jako drapichrust nieprzydatny do niczego w robieniu polityki europejskiej - sczeznąć na zagonie... ale urzędnik, inteligent, redaktor, pan z dziada pradziada, mający we krwi przywiązanie do “wartości” i wierność zwierzchności, będzie przyjęty do służby i zawsze się przyda nowej biurokracji. Nowi rządcy uhonorowali wszystkie stare komunistyczne śmieci, tytuły i godności, pod groźbą utraty swych własnych, otrzymanych przecież z rąk komuszych rektorów i promotorów, bo przecież w KOR-y i “Solidarności” bawili się komunistyczni mecenasi, docenci, artyści i żurnaliści, podrażnieni w swych ambicjach, że nie są docenieni, że wiedzą jak trzeba robić komunę, że nie są docenieni jak trzeba, za swą uniwersytecką, gruntowną znajomość marksizmu-leninizmu. Uważali się przecież za specjalistów, którzy wiedzą lepiej, co i jak trzeba, żeby Partia utrzymała władzę a lud siedział cicho, trzymając krótko, stawiającą roszczenia rozpolitykowaną hołotę. Ale o tym cicho-sza, w domu powieszonego nie mówi się o sznurze!
Dlatego to wszystko tak fatalnie się odbijało na jej stanie. Można powiedzieć, że jej penis to „Solidarność”, zaś „Solidarność” to jej penis. Mówisz: „penis” a myślisz: „Solidarność” – mówisz „Solidarność” a myślisz: „penis”.
2§1) Po pewnym czasie zrobiła się jakaś drętwa - jakby jechała na ścięcie. Nie na własne wesele, a na pogrzeb.
Patrząc przez okno niechętnym, niewidzącym wzrokiem na uciekający do tyłu, rozbuchany rozkwitłą zielenią, rozmazany w ruchu pejzaż, nie dostrzegała go wcale, zapatrzona w głąb własnej jaźni. Była świadoma, że ma pod nogami jakby czarną otchłań, jednak spoglądała w nią spokojnie i uważnie, goniąc wyobraźnią majaczące cienie mrocznej pamięci.
Miała wrażenie, jakby wołały za nią wszystkie dawne miłości, wszystkie wyskrobane dzieci, nie pozwalając posuwać się naprzód. Jakby wyrzuty sumienia... nie dawały spokoju i ciągle nie mogła odepchnąć, oderwać od siebie niemego krzyku zmarłych ludzi.
- Cóż mnie nagle obchodzą jacyś zmarli, wyskrobane dzieci, samobójcy, zastrzeleni przez ubecję, których nawet nie znałam, a tylko widziałam podczas stanu wojennego, jak ich wywozili na cmentarz?
Pracowała akurat w szpitalu na Śląsku i widziała jak wielu lekarzy szło na rękę... służbie bezpieczeństwa.
Jeśli się dobrze zastanowić – myślała – to idą za mną cienie moich zmarłych, nienarodzonych dzieci, projekty niespełnionych nadziei, żale zawiedzionych obietnic, oczy rozczarowanych... umarłych poetów, takich jak Rafał Wojaczek, który nie chciał być kolegą... ”kolesiów”, pijakiem wśród pijaków, więc ze wstrętu...
Zauważyła to (ten swój nastrój) i była zaniepokojona, że nie cieszy ją spotkanie z narzeczonym, ani bliska odmiana losu na lepsze (czy aby na pewno), że nie cieszy ją właściwie nic. No, może poza faktem, że nareszcie dopnie swego i zostanie żoną człowieka, którego kochała kiedyś dawno, przed laty, od wczesnej młodości, ale czy go kocha nadal? Tego nie była pewna, nie potrafiła sobie odpowiedzieć uczciwie na to pytanie.
Chociaż, po tylu latach próżnych nadziei i zabiegów (z jej strony) i chodzenia koło tego niedoszłego małżeństwa, tak to zużyło jej energię, że z czasem przestało przedstawiać wielką atrakcję


Komentarze
Pokaż komentarze