Żydowska kochanka
Suplement 1. Do odcinka 5
Oparła zmąconą głowę o drewniane obramienie okna, zamykając na chwilę oczy i wsłuchując się w łomot kół stukających wściekle o szyny.
Summa summarum...summa summarum...summa summarum... - w taką koszmarną onomatopeję układał się w jej głowie rytm monotonnie dudniących kół wagonu. W tym rytmie, niczym w słowach jakiejś dziwacznej mantry, zaczęły się snuć po głowie, leniwie niczym gorzki dym z kartofliska, spłowiałe obrazy wspomnień.
§ (funkcjonariusz prowadzące jej akta zapomniał dopisać numer paragrafu) : (funkcjonariusz tak zapisał jej wrażenia): Właściwie, to wcale nie słyszała stuku kół o szyny ani szumu przesypującego się żwiru od pędu wagonów. Czuła ciałem jakieś nieokreślone unoszenia się i opadania, od których mdliło ją między łopatkami. To nerwica trzymała ją w kleszczach lęku, w jakimś dziwnym psychofizycznym stanie zawieszenia, w którym się jej wydawało, że nie dotyka ziemi i unosząc się spadnie zaraz z wysokości kanapy przez rozstępującą się pod nią podłogę wagonu, roztrzaskując się o umykające w pędzie betonowe podkłady torowiska. Siedziała w odrętwieniu z pustką w głowie, jak na jakimś nierzeczywistym egzaminie, śnionym w dusznym koszmarze, na którym musi odpowiadać na pytania bez odpowiedzi. Czuła, że wszystko co dotychczas robiła i kim dotychczas była uległo unieważnieniu.
Przeskakując w myślach z tematu na temat, raz wspominając to, raz tamto, przypomniała sobie, nie wiedzieć czemu jak po jakimś wykładzie Latających Uniwersytetów, gdy chłopcy zorganizowali wódkę a podpite dziewczyny chciały się walić do oporu (tak mówiły), przysunął się do niej na materac podpity brodacz i mówił, jak nie będziesz dawać dupy, to nie zrobisz kariery w tej robocie. Powietrze w pokojach było gorące i duszne od zapachu rui a podpite dziewczyny krzyczały: My chcemy się walić! My chcemy chłopa!
Zaraz pomacała się odruchowo w kroczu, ale wszystko było w porządku.
Tymczasem zatrzęsło wagonem i pociąg się zatrzymał na jakimś stacyjnym pustkowiu między magazynami zamkniętymi na głucho. Wkoło żywego ducha. Stali tak przez chwilę w przeraźliwej ciszy. Nagle za oknem od strony korytarza usłyszała jakieś przytłumione głosy. Czyżby chcieli odkręcić koło albo ukraść pociąg?
Wyszła na korytarz i zorientowała się, że dwie separatki za nią, w stronę kierunku jazdy, siedzą jacyś pasażerowie i rozmawiają półgłosem. Przez otwarte drzwi dobiegały ją urywane słowa. Podeszła więc cicho, blisko na tyle, że zobaczyła dwóch, a może był i trzeci, ale go nie widziała, mocno starszych, nobliwych panów, tytułujących się do chwilę per profesorze. Rozmawiali o politycznych nastrojach panujących wśród profesury KUL-u.
2§2) „A tyle gadano na komunę, że wykształciła człowieka biernego, pozbawionego poczucia inicjatywy! – usłyszała jak mówił jakiś poważny głos – Ale to dopiero „Solidarność” pokazała, jak się obiera narodowi duszę i poczucie własnej inicjatywy! „Solidarność” nie zwyciężyła dzięki temu, że dała narodowi energię i obudziła w nim godność, jak się próbuje kłamać w żywe oczy. Godność i wiarę w to, że zwykli ludzie mogą być gospodarzami we własnym kraju, że są coś warci, że mogą i potrafią, dała narodowi (o paradoksie!) partia komunistyczna! To dzięki komunistycznej gadaninie („Ruszymy z posad bryłę świata...” - komuniści śpiewali buńczucznie) robotnicy uwierzyli w siebie, potrafili uparcie domagać się lepszego losu i większej władzy dla siebie, a „Solidarność” to wykorzystała i odebrała im nadzieję. To dzięki temu, że „Solidarność” odebrała ludziom poczucie inicjatywy – paradoksalnie – zwyciężyła!
- Tak panie profesorze. „Solidarność” dzisiaj - to trup robotnika i burżuazja znęcająca sięnad tym trupem. –Zauważył spokojnie, drugi nobliwy pan.
- Aż przykro patrzeć. Za komuny zakres ludowładztwa był niewystarczający, ale dopiero „Solidarność” odebrała ludziom resztki wpływu na kształtowanie swej przyszłości i nadzieję na poprawę losu - oddając wszystko co ważne, w ręce kapitalistów i rekinów finansjery. Teraz oni decydują o losie milionów ludzi bez pracy! Gdzież tu polityczna korzyść ze zwycięstwa „Solidarności” dla zwykłego zjadacza chleba? „Solidarność” - oby jej imię okryte hańbą, w niepamięci przepadło – okazała się przekleństwem dla tych biedaków, którzy pokładali w niej nadzieję! Jeszcze raz okazało się, że marksiści mieli rację, że sprawa wyzwolenia się robotników spod panowania dyktatury kapitału, należy do samych robotników, bo nikt im w tym nie pomoże.
- Ja nie miałam żadnego interesu w popieraniu „Solidarności”, ale co prawda to prawda.
-„Solidarność” zgubiło to, że przyłączyli się do niej potomkowie kamieniczników i dziedziców, żeby robić Polskę taką uczciwą, chrześcijańską, jaką była przed wiekami, kiedy szlachta sprzedawała chłopów jak bydło, razem z ziemią, wozem i krowami.
„Dziś, po zwycięstwie wszystkiego co podłe i najpodlejsze, łajdakom wydaje się, że mogą z pomocą kapitału ujarzmiać ludzi jak szlachta staropolskich chłopów, decydować o życiu i śmierci jak SS-mani w Auschwitzu, a zgody na to nie ma!” – Iwona przypominała sobie słowa Tomasza i nadstawiła ucha.
§Do rozmowy włączył się jakiś trzeci głos spod okna, gdzie ktoś jeszcze siedział. Zgodzi się pan ze mną, panie profesorze, że po wojnie nie powstała żadna nowa Polska socjalistyczna, w której rządy sprawował małorolny chłop czy fabryczny ślusarz. Na wsi wójtem zostawał bogaty przedwojenny wójt (on też dostawał najlepsze działki z pańskiej ziemi podczas parcelacji szlacheckich folwarków); za stołem sędziowskim w powiecie zasiadał przedwojenny sędzia, syn sędziego z czasów zaborów; w szpitalu darł skórę z chłopa przedwojenny “doktór”, syn przedwojennego doktora.
To samo było w szkole, w urzędzie, w gazecie. To dopiero teraz, po zwycięstwie burżuazji spod znaku Rotary-clubu i Tygodnika Powszechnego, gdy już wolno łgać, bo stare pokolenie zeszło z tego świata a młodsi nic nie pamiętają, łże się na potęgę, że biednych chłopców z lasu, z „Nie” i WiNu skazywali na wyroki śmierci kołchozowi fornale przyuczeni do zawodów prawniczych, na komunistycznych kursach sędziowskich dla parobków.
Co nie jest prawdą, bo po wojnie wypełzli na powierzchnię przedwojenni kupcy, którzy podczas okupacji handlowali z Niemcami jak cholera, wychynęli lekarze, zakładając swoje prywatne kliniki i bijąc się o posady w ubezpieczalni, przedwojenni adwokaci w swych kancelariach dusili grosze, przedwojenni sędziowie, ach, jakże chętnie przysparzali przypadków umacniania komunistycznej praworządności. Całe to towarzystwo reprezentowało burżuazyjne interesy pod przykrywką sprawowania dyktatury proletariatu. I nie było w tym nic dziwnego, bo przecież to samo działo się w Związku Radzieckim, gdzie po wojnie trzy miliony Żydów sprawowało władzę sierpa i młota.
W polskim przypadku mówimy tu oczywiście o burżuazji wymieszanej z wszystkimi możliwymi nacjami z żydowską włącznie, która zawsze żyła czynszów i obsługi szynkwasu. Tej burżuazji było obojętne pod czyim panowaniem, niemieckim, polskim, rosyjskim czy austriackim, oddaje się dewocji i łupieniu lokatora i dłużnika.
Tak, tak, panie kolego, wiemy jak było – przytaknął rozmówca - Młodych ludzi z niskich warstw społecznych dopuszczano do warstwy inteligenckiej tylko pod warunkiem, że się wyprą swego pochodzenia i zdradzą swoich rodziców. Jednym słowem zaczną ich łupić ręka w rękę z elitą. Nikt z elity nie opierał się czerwonym, doktorzy i profesorzy ławą wstępowali do partii i brali, szeroko pojmowaną, władzę – przecież ktoś musiał rządzić, jak mówiono, zrewoltowanym chamem!
W Polsce żydowska ubecja nie miała z inteligencką opozycją wiele roboty; ot, z całej wielkiej ciżby uczonych (tak przywiązanych do wolności) i przedwojennych dygnitarzy (wiernych sanacji i ideom niepodległości), gęgających dzisiaj o przywiązaniu do “wartości”, milicja zastrzeliła jednego Kurasia i kilkunastu zbałamuconych wiejskich ćwoków. Reszta robiła swoje po cichu (klepała pieniądze – każdy w swoim fachu), lekarze budowali szpitale i przychodnie – dla własnej wygody, sędziowie budowali sądy i więzienia – dla własnego chleba, nauczyciele budowali szkoły, żeby mieli gdzie ględzić swoje dyrdymały...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)