Żydowska kochanka
Żydowska kochanka
Suplement 2. do odcinka 5
Ależ panie kolego! –mitygował rozmówcę jakiś głos pełen namaszczenia i godności. - Wiemy, że pan jest młody i zauroczony postacią Prymasa Wyszyńskiego, ale przecież sam pan jest inteligentem, więc wypadało by… jakoś panu nie wypada…
Przepraszam panie profesorze, drogi kolego –ujął się za „młodym” jakiś starczy autorytet - ale przecież po tylu latach praktykowania nauki, obaj dobrze wiemy, że to wszystko jest inteligenckim systemem przemyślnego oszustwa.
16) To samo twierdził Tomasz: - toteż nikt nie ma prawa odmawiać rewizji umowy społecznej i zasadności społecznego podziału pracy, ludziom, którzy przejrzeli szwindel; nikt nie może odmawiać krytyki prawa stworzonego dla ochrony szalbierzy. Nie może być tak, że inteligencja hoduje sobie chama, żeby się miała kim wyręczać w robocie i żeby miała kim urzędolić!
No, ale przecież inteligencja położyła wielkopomne zasługi – upierał się namaszczony i wymodulowany głos – na polu obrony narodowej tożsamości, religii i kultury. To inteligencja przewodziła wszystkim odłamom patriotycznego podziemia w pierwszych latach po okupacji.
Ma pan na myśli organizacje niepodległościowe? Owszem –zgodził się starszy pan, przysuwając się poufale do swego rozmówcy i zniżając głos - była jeszcze polityczna i zbrojna opozycja w postaci organizacji NIE, inspirowanej dolarami z Zachodu, ale to nie miało nic wspólnego z narodowym oporem przeciwko komunistom, którego zwyczajnie nie było. Organizacja NIE była strukturą akowskich generałów i polityków, marzących o przejęciu władzy, w dodatku infiltrowaną i w pewnym stopniu sterowaną przez UB, ale tak głęboko zakonspirowaną, że nie mogła być wykryta, natomiast paraliżowana przez nią organizacja NIE, nie mogła w szerszy sposób oddziaływać na opinie i nastroje ludności.
W pewnym sensie ubecka infiltracja i agenturalne sterowanie NIE, było poligonem doświadczalnym, jak należy dusić w zarodku organizacje niepodległościowe, zanim jeszcze zdążą wypłynąć przed oczy opinii publicznej. To później zostało wykorzystane przy zduszeniu „Solidarności”, gdy komuniści przydali do Komisji Krajowej swoich prowokatorów. Różnica polegała tylko na tym, że w przypadku NIE, liczba uczestników ruchu była szczupła i prowokatorzy z bezpieki mogli ogłosić likwidację struktur i zakończenie działalności, natomiast przy kastrowaniu „Solidarności” to się nie udało, bo liczba członków ruchu była zbyt duża, toteż musiano pozostawić ją przy „życiu”, ale dano jej esbeckie kierownictwo, tak jak kiedyś zrobiono z NIE
Trudno się z panem nie zgodzić. Jest coś na rzeczy w tym, co pan mówi profesorze. Ten socjotechniczny chwyt się powtórzył również podczas wyborów czwartego czerwca. Dla zademonstrowania demokracji, zarejestrowano nawet na listach wyborczych do sejmu „Partię Popierania Piwa”. Ale cóż się dziwić, wszakże i po pijanemu Polacy chodzą do kościoła. Taki to już okaleczony naród. Kufel i kiełbasa, to jest to, co trafia od pokoleń pod strzechy. Wiemy przecież, że w dawnej Polsce posłem mógł zostać tylko ten, co miał siłę w pięści i bandycką kompanię; pijak, rabuś i morderca. Takie były sejmy, takie było wszystko.
Kiedy słucha staropolskich pochwał różnych sprzedajnych kanalii, peanów pod adresem tego plugawego narodu, to chce się jej rzygać. Dlatego i podczas wyborów do sejmu, w najwyższych gremiach wiedziano, co trzeba robić - obiecać wyborczą kiełbasę i upić gorzałą! Utopić polskich prostaków w morzu piwa!
Tym się skończyła podniosła gadanina ekspertów „Solidarności”, różnych Kuroniów i Michników! A ze strony kościelnej, nic tylko przyprowadzić do kruchty, niech się hołota modli i słucha papieża, że lepiej być niż mieć. Nieszczęśliwi ci, co dużo mają – bo nie wiedzą co z tym zrobić. Z przejedzenia chorują na cholesterol. Nie odczuwają radości bycia – radości bycia nędzarzem!
Zapadła dłuższa chwila milczenia, której było słychać szelest przewracania kartek gazety.
„Parafrazując Parettego, można powiedzieć, że są tacy, którzy kłamliwie twierdzą, że założycielom „Solidarności” przyświecały wyższe cele niż tylko nabijanie sobie kieszeni i dopchanie się do koryta – przemawiał młody agitator, z czarną brodą niczym „Che Guewara, wcale nie okazując strachu ani „szaconku” wobec autorytetu starych bojowników z komuną. Ba, nie zawahał się twierdzić, że ich walka była bluffem, ukartowanym z czerwonymi decydentami, z agentami obcych wywiadów, kapitalistycznych państw (wystarczy zobaczyć jak dzisiejsi spadkobiercy starych komunistów dogadują się z rekinami światowej finansjery!) żeby przed oczami ogłupiałych tłumów odegrać spektakularne obalenie znienawidzonego ustroju –
Zwolennicy takiego poglądu wprawdzie przyznają – mówił dalej – że owi założyciele „Solidarności” byli często ludźmi majętnymi i ustawionymi życiowo (częstokroć przez dotacje dolarowe z Zachodu) i czerpali bezpośrednie korzyści z posunięć politycznych usankcjonowanych przez nową konstytucję, ale główną ich motywacją była troska o naród, o wiele większa niż ich partykularne interesy klasowe. Ludzie ci - na co zwracają uwagę badacze przewrotów społecznych - inwestowali swoje przekonania w celu stworzenia nowego ustroju, ale nie stworzyli ustroju, dlatego że inwestowali. ”Bowiem wzniosłość nie jest dla ludzi niemożliwa”
§ I dokładnie właśnie o to chodzi – zawołał szydząc ze świętych ideałów burżuazji, takich jak solidaryzm dla wspólników w interesach, solidność, kupiecka uczciwość, pobożna cnotliwość i filantropia – bowiem wzniosłość stanowi jedną z najczęstszych cech człowieka nawet wtedy, lub szczególnie wtedy, gdy dąży on do realizacji swych osobistych i klasowych interesów!
Choćbyśmy nawet zaprzeczyli, że Twórcy „Solidarności” kierowali się typowym dla biznesmenów dążeniem do osobistych zysków, to nie możemy zaprzeczyć istnienia ich osobistego interesu klasowego. Założyciele „Solidarności” mogli nie interesować się wyłącznie zdobyciem osobistego majątku, chociaż nie brakowało i takich; przede wszystkim byli oni jednak pochłonięci obroną nielicznych posiadaczy przed masą nie posiadających - w ostatecznym rozrachunku dla dobra ogółu, jak sądzili. I tak nowa umowa społeczna, zawarta w Magdalence, podczas obrad „okrągłego stołu”, zakończyła rewolucję. To, o co walczyli Gwiazda, Walentynowicz, Wałęsa i tacy ich współpracownicy oraz adwersarze jak Michnik, Kuroń czy Mazowiecki, miało stanowczo większe znaczenie niż zyski osiągane ze spekulacji obligacjami. Chodziło o to, jakie społeczeństwo wyłoni się w wyniku tej rewolucji i w jakiej klasie społecznej znajdzie się ośrodek politycznych decyzji.
Ci wreszcie, którzy przypisują twórcom „Solidarności” wyłącznie wzniosłe motywy działania, uporczywie pomijają fakt, że sami prominenci „Solidarności” stale podkreślali dążenie do stworzenia rządu dostatecznie silnego, by mógł chronić posiadających przed gołotą. Wyrażali oni jawnie uprzedzenia klasowe (anty-robotnicze) i religijne, i nigdy nie kryli - jak to czynią ich dzisiejsi apologeci - że ich największą troska było zmniejszenie kontroli ludu oraz przeciwstawienie się wszelkim tendencjom do zrównania klasowego społeczeństwa. Występowanie przeciw demokratyzacji oraz ochrona posiadających i majętnych miało charakter jawnej ideologii. Głosili ją tak otwarcie i z takim zapałem, że w końcu nawet najbardziej zaślepieni robotnicy przestali ich popierać.
Ale na uratowanie prawdziwej demokracji było już za późno. Pieniądze i system powiązań między grupami posiadaczy stworzyły takie mechanizmy, że jakie by nie były wyniki wyborów powszechnych, to przy władzy utrzymuje się bogate mieszczaństwo, spekulanci pieniężni i inteligencja rządząca, powiązana nićmi interesów zarówno z byłymi komunistami jak i z liderami „Solidarności”. Jest to możliwe, bo w pierwszym i drugim wypadku są to ci sami ludzie, z tych samych środowisk a nawet rodzin, przeskakujący w zależności od koniunktury i korzyści z obozu do obozu, z jednej partii do drugiej, od jednej idei do innej, byle tylko utrzymać się przy władzy.
Trzeba to jasno powiedzieć, że szermierze dzisiejszej „Solidarności” są synami komuchów i agentów bezpieki, którzy otwierają tajne teczki i tępią głosicieli poglądów o zgubnej roli inteligenci w polskiej historii. Mieli wspólnych nauczycieli i profesorów, służących kolejnym reżymom, zalecali się do tych samych panien z dobrych domów, i nazwy partii oraz hasła, pod którymi uprawiają politykę, wprowadzając głupich w błąd, są rzeczą drugorzędną. Pod każdą barwą zostaną przyjęci do establishmentu i wchłonięci do etosu uczciwego, poważanego społecznie złodziejstwa, ponieważ są „z naszych dobrych, tj. mieszczańskich familii”.
To, co zaczęli budować ich dziadkowie po pierwszej wojnie światowej jako Polskę Legionistów Piłsudskiego, a kontynuowali ich ojcowie w partii komunistycznej pod nazwą Polski Ludowej, teraz rozwijają ich wnukowie i następcy, pod hasłami wolności i liberalnego postępu. Są to ludzie z tych samych rodzin, w których zawsze ktoś sprawował jakąś funkcję, artystyczny lub wpływowy politycznie zawód, bowiem władza nawet przez chwilę nie „leży na ulicy”, lecz przechodzi oddawana z rąk do rąk pod czujnym okiem siepaczy. Kto się urodził poza tym zaklętym, czarodziejskim kręgiem pieniądza, sukcesu i władzy, ten jest skazany na nędzę, czarną robotę i posłuszeństwo silniejszemu, bez końca.


Komentarze
Pokaż komentarze