Żydowska kochanka
Suplement 5. do odcinka 5
§ Tomasz bronił ją, gdzie tylko mógł. Kiedy dysydenci, którzy ją chcieli odsunąć od otrzymania dolarów, które szły z zachodu do podziału dla najwierniejszych popleczników KORu, mówili, że się jej nie należy, że się nie nadaje, bo jest dziwką, a poza tym broni robotniczego chama, bo sama pochodzi z hołoty, odpowiadał, że przecież najprawdziwsze opozycyjne myślenie wzięło się z protestu, przeciwko złu i wywodził swoje oklepane zarzuty wobec łapówkarzy w profesurze, machlojkom w palestrze, korupcji w medycynie...
Niech was szlag trafi, przeklinała ze łzami, że była taka głupia. Trach, wyrwała następną kartkę z zeszytu i rzuciła przez okno, w pęd powietrza.
„Wobec oddania przez komunistów części władzy, pazerne rzesze utytułowanej magistrami, po różnych, pożal się boże, „uczelniach”, hołoty, rozdrapywały mnożone ad hoc, bez potrzeby, stanowiska i godności, tworząc bez liku funkcje i funkcyjki, szczeble i szczebelki, dla zaspokojenia apetytów nowej ”Solidarnościowej” biurokracji, rozrastającej się jak cancer, wcale przy tym nie likwidując dawnej, komunistycznej nomenklatury. Każdemu działaczowi „Solidarności” wydawało się, że zrobią go hrabią, bo faktycznie po pewnym czasie wśród posłów, radnych i wysokich urzędników, zaczęła się tworzyć jakby nowa szlachta - pogardzająca chłopem nie gorzej niż dawna.
Tak się rozlewała po Polsce ta stara gangrena, znana od stuleci pod nazwą „walki o wolność do anarchii”, wzorowana na bezhołowiu dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej, stworzonej dla rycersko-bandyckiego marginesu, pielęgnowana w pieśni, legendzie i obyczaju, jako tradycja własnej państwowości”.
Trach, wyrwała zaraz następną kartkę i fru za szybę. Niech leci do jasnej cholery!
2§3) Iwona Stopka, znała te sprawy od podszewki, bo od początku brała udział w niepodległościowej robocie, należąc ze swoim chłopakiem do studenckiej konspiry. Jeszcze w latach wczesnego Gierka, drukowała na powielaczu opozycyjne pisemka i druki ulotne. Chłopak miał kontakty z KOR-em, wiedeńskim Instytutem Pappa, Paryską „Kulturą” i dostawał za to parę dolarów, przez jakichś tajemniczych emisariuszy. Nie potrzebował jałmużny, robił to dla idei.
„Po „Rozmowach w Magdalence” i zwycięstwie „Solidarności” nad komuną– pisała w swym zielonym kajeciku – ludzie ujrzeli ze zgrozą, że jeszcze raz wszystko wyszło na opak, jak najgorzej. Zamiast demokracji ludzi pracy – robotników i biednych inteligentów - mających zarządzać, jak im obiecywano, majątkiem narodowym, wyszła demokracja burżujów; zawiązała się nowa dyktatura biurokratów i złodziei przywłaszczających sobie fabryki i przedsiębiorstwa. Obserwując jak w gminach i miasteczkach kierownicy gminnych banków spółdzielczych i kas zapomogowo-pożyczkowych przedzierzgnęli się w bankierów, a kierownicy sklepów i magazynów GS, we właścicieli hurtowni i domów handlowych, mówiła: „Nie miejmy za złe głupim ludziom na „dole”, że sprawując władzę chcą pożyć kosztem słabszych i biedniejszych, bo taka jest tradycja, że państwo tworzy się po to, żeby nowa biurokracja mogła żyć z uciskanych. Z odciskania pieczęci i sprzedaży stempli skarbowych. Jakże mogli postępować inaczej, skoro na „górze”, w podwarszawskiej Magdalence, podczas obrad „Okrągłego stołu”, tak samo dzielono się z komunistami władzą nad polskim „narodkiem”.
Gówno tam ujrzeli! – zaklęła pod nosem – Niczego nie mogą zobaczyć robocze bydlęta, żyjące tylko dla powiększania kapitalistycznych fortun. Głupiec niczego nie zobaczy, gdyby mu nawet wskazać palcem. Do cholery z nimi! Płakała wyrywając następną kartkę z zeszytu. Trach! Niech leci na wiatr! Niech was diabli porwą!
Jakież to niegodne kobiety i człowieka – powiedział w niej głos wewnętrzny.
– Nie masz racji, broniła się słabo przeciwko wyrzutom sumienia – chcąc w pełni posiadać siebie, trzeba pozwolić, by posiadali cię inni. Takie jest, coś za coś. Taka jest cena wolności indywidualnej
Jednakże ten okres, sądziła mimo wszystko, można wspominać jako jeden z lepszych dla Polaków, bo na przekór pojawiającego się tu i ówdzie nastrojowi pesymizmu wskutek szalejącej drożyzny, bezrobocia, braku mieszkań i likwidacji wysprzedawanych za grosze fabryk - w głupich ale szczerych polskich sercach, zakwitła przecież nieśmiała nadzieja, że zmiana politycznego ustroju, tak pożądana i oczekiwana - jaka wreszcie dokonała się na oczach zdesperowanego i zdezorientowanego chaosem społeczeństwa – doprowadzi w końcu do jakiegoś „ludzkiego ułożenia” stosunków (z władzą), zapewniających spokojne i dostatnie życie, jak to obiecywała korowsko-solidarnościowa opozycja.
Nie dokładnie tak było napisane, ale wyrwała kartkę i buch za okno. Patrzyła jak leci z wiatrem na stacyjce kolejowej jakiegoś przysiółka. Trach! Wyrwała następną kartkę z wściekłością.
Te niepokojące objawy u niej, z pisiulą i w ogóle, nasiliły się szczególnie po obaleniu berlińskiego muru, kiedy Regan ugadał się z Gorbaczowem, że grupki płatnych, zawodowych prowokatorów, mogą burzyć mur i przystąpić do jednoczenia Niemiec. Tak jakby ten, jej penis był gwarancją jego sztywności, tego zwalonego muru. Niekorzystna dla szarych Polaków sytuacja międzynarodowa odbijała się perturbacjami jej penisa, z którym coraz więcej miała kłopotu.
Jaka ja byłam głupia, gdy to pisałam! … czytała następną kartkę z rosnącym oburzeniem –: „Mimo to, ludzie nie robili z tego problemu, że władza się wymknęła z rąk fabrycznych komitetów „Solidarności” (sprowadzonych po stanie wojennym do roli zwykłych figurantów), w ręce kurialistów i jakichś salonów - na których brylowali potomkowie przedwojennych ziemian i żydowskich fabrykantów. Każdy był zadowolony, że „wreszcie komuna się skończyła”, że skończyły się rządy „czerwonych kacyków”, że już nie musi bezsilnie patrzeć, jak biorą podwójne premie produkcyjne, ”za nic”, za to że przeszkadzają pracować, jak udają, że rządzą w partyjnych komitetach, jak budują sobie wille z kradzionych materiałów, jak się rozbijają w przydziałowych „Polonezach”, jak chleją wódę w gabinetach..! „
Wydarła tę stronicę jednym ruchem ręki. Trach kartkę z zeszytu i buch za okno. Przepadnij maro senna!
O cholera! O Chryste!
Przecież teraz przyszła jeszcze gorsza swołocz!
Musiała na chwilę przestać, bo zaczęło jej wirować przed oczami. Jej oburzenie moralne sięgnęło zenitu! Usiadła wycierając spocone czoło serwetką zabraną barowego stolika.
Głos Wewnętrzny powiedział (z ironią), żeby się nie irytowała, bo dostanie nadciśnienia i jej żyłka w mózgu pęknie. Żeby też niepotrzebnie się nie usprawiedliwiała, nie udawała niewinnisi, bo też nie jest bez winy. Za rozpad moralny społeczeństwa. Ona też jest dobra broszka. Niech sobie przypomni, jak w klubie Tomek siedział podpity, otumaniony wódką, a ona, myśląc że się zdrzemnął, a nawet że nie, zdjęła majtki, pamiętasz jakie miałaś zimne wargi sromowe, długie i cienkie, jak firanki, i blade z zimna, jak płetwy welonki, ale przez to bardziej wrażliwe i „smaczne” dla żołędzi Artura (konspiracyjny pseudonim, "Promyk"). Nie dla Tomasza, bo on się gapił na was jak zaczarowany, gdy siadałaś na obnażonym ze skóry napletka, bezbronnym frenulum Artura, wciągając je w siebie między rozchylone listki pochwy, jak ssawka meduzy przepływającą glistę, doznając uczuć zgoła mistycznych. Oczami błąkała się po widmach pijaków zgromadzaonych w tajnej drukarni i przyglądających się jej wykrzywionym rozkoszą ustom łapiącym powietrze. Tomek na ten widok doznawał uczuć egzystencjalnej trwogi jak u Kierkegaarda, jak potem wyznał, bliski spotkania z Bogiem w ataku epilepsji i zlał się w spodnie. Diabli wiedzą ile procent udziału w naszych aktach moralnych mają nasze trzewia.
Jakże, wobec ograniczeń czysto egzystencjalnych, walka o młodzieńczą wolność nie miała się skończyć starczym uwiądem, skoro o dziewictwie ani wstrzemięźliwości seksualnej nie było mowy, a w konspirze panowały chuć, poróbstwo i kurestwo.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)