Prawdzic Prawdzic
586
BLOG

Żydowska kochanka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 1

Żydowska


 
    Żydowska kochanka - odcinek 6
 
Iwona wstała bladym świtem, żeby sprawdzić przed lustrem, jeszcze raz, czy ma penisa - i powlokła się do łazienki. Ku jej wielkiej uldze, penisa nie było. Nie mogła go w świetle jarzeniówki zobaczyć ani wymacać. Uwalała sobie tylko ręce w wydzielinie sromowej i po wysikaniu się, wąchając co chwilę końce palców wyszła do kuchni. Penisa nie było, ale bynajmniej nie było też źródła jej wewnętrznej siły, która się w nim znajdowała (w penisie!). Dopóki go czuła (czy też wyobrażała sobie), że go ma, nie bała się, że jest bezbronną kobietą i że potrafi przezwyciężyć swój wrodzony konformizm, który każe jej udawać idiotkę z inteligenckiej klasy średniej, żeby zadowolić żydowskich Ojców Założycieli niepodległej Polski.  
 
    Jej psychiczna sytuacja była paradoksalna. Ze świadomości penisa czerpała siłę do pogodzenia się (wbrew sobie) z inteligencką dyktaturą w „Solidarności” i nieujawniania swych antykorowskich poglądów – bo czuła się bezpieczna siłą swojej „dodatkowej płciowości” (jakby penis dodawał jej pewności siebie, odwagi i mocy), że Polska wpada w objęcia bezładu inteligenckiej blagi, nierządu i bezhołowia. Była jej obojętne, czy do Warszawy przyjadą Żydzi, żeby rządzić w ministerstwie spraw zagranicznych – nich sobie rządzą. Ja i tak dam sobie radę.
 
     Odruchowo spojrzała na zegarek, żeby sprawdzić czy nie obsunęła się jej na przegubie bransoletka zasłaniająca czerwoną bliznę i usiadła zamyślona przy oknie. Wstydziła się jej okropnie, bo wyglądała jakby po próbie samobójczej z podcinaniem żył, a przecież się jej nabawiła w zupełnie innych i tragicznych okolicznościach. Skóra nadgarstka źle się zrosła i musiała ją zasłaniać szerokąbransoletką zegarka. To był jej drugi nerwowy tik, obok dotykania się w kroczu, z którego nie mogła się wyleczyć. 
   
     To być może dlatego, od tamtego czasu, zapragnęła zmienić płeć i mieć męskiego prącia. Albo też - i to było bliższe prawdy - nie zmieniac płci, ale mimo to posiadac penisa. byc pierwsza kobietą z penisem. Byc dziwolągiem, byle się czymś wyrożniac. Skoronie może się wyróżnic jako naukowiec, odkrywca, biznesłomem, sprzedawca roku, oszust tysiąclecia, bankier kwaśnej wody, gwiazda pornosów, wzorowa żona i matka, piękna modelka, wzięta wizażystka, to... chociaż niech ma sterczącego chuja!
 
Tak rozmyślała często. Biedna kobieta.!. 
Ratowała się nierealnymi marzeniami, kiedy czuła, że flaczeje.
 
     Dlatego – tłumaczyła sobie - wskutek przewagi męskiej we wszechświecie, gdzie silny samiec dominuje nad słabą kobietą, odczuwała coś w rodzaju atawistycznego pragnienia posiadania penisa, chociaż bała o tym otwarcie pomyśleć – jakby to było kobiecie zakazane przez samą Naturę. Bała się go i zarazem pragnęła go mieć, bo tylko wtedy – sądziła – zrównałaby się z mężczyzną. Mogłaby wtedy brać pełny udział w walce społecznej, bez obawy o swe newralgiczne miejsce w miękkim podbrzuszu, którego mężczyzna jest pozbawiony i niewrażliwy (jak kobieta) na doznawanie urazów w tym miejscu, więc prze do przodu, nie odczuwając z tego powodu egzystencjalnych obaw.
   
    Mimo paraliżującej świadomości ucisku jej płci przez dyktaturę samców, nie zamieniłaby się z mężczyznami na narządy płciowe, bo oni nie odczuwają stosunków erotycznych tak głęboko, jak penetrowane od środka kobiety i nie umieją z nich wyciągać terapeutycznych korzyści. Oczywiście, miała tu na myśli świadome kobiety, które potrafią łączyć razem, w błogosławione rezultaty, wrażliwość zakonnicy, refleksje filozofki, technikę nimfomanki oraz doświadczenie kurwy. Pomyślała, że penis nie przynosi mężczyźnie tyle przyjemności, ile wagina daje kobiecie. Ach, co za rozkosz! Już ją zaswędziało w kroczu, żeby odbyć stosunek!
 
   Tak sugestywnie wmyśliła się w dzieje swej miłości, że prawie czuła obok siebie fizyczną obecność Tomasza, jakby siedział tuż koło niej i patrzył w milczeniu z tym swoim, ciapowatym, dobrym uśmiechem na ciastowatych wargach.
“Z uśmiechem niewydarzonego safanduły.!.” - przeleciało jej przez myśl, aż się wzdrygnęła, jakby ją kto oblał wiadrem zimnej wody.
Nagle zdała sobie sprawę, że Tomaszów jest dwóch. Stwierdziła to przerażeniem, podczas ostatniego widzenia, że zaszły w nim jakieś nie tylko psychiczne, lecz również fizyczne zmiany, na niekorzyść jego dawnej, młodzieńczej powierzchowności. Teraz wydawał się jej bardziej podobny do jego ojca; jakiś nalany i rozmyty na twarzy.
Gdzie jest mój prawdziwy Tomek? Co się z stało dawnym rezolutnym Tomaszem? - zadawała sobie rozpaczliwe pytania. Musiała się przywoływać do porządku siłą woli, żeby nie wpaść w panikę, gdy pytała siebie, gdzie się podział jej szczupły, pełen życia i nadziei, opalony i przystojny chłopak? – Gdzie jest ten ikrzasty facet, z jakim miała do czynienia przez wszystkie lata ich młodzieńczej miłości? Bo teraźniejszy Tomasz był tak zupełnie niepodobny do tamtego, że aż się wzdragała ze strachu... Teraz był po prostu do niczego, jakiś inny, “namydlony”, obcy, jakby z innego świata, którego dotąd nie znała.  
To “namydlony”, było najwłaściwszym określeniem, jakie przychodziło jej do głowy. Właśnie to ją uderzyło: gdy zdała sobie sprawę, że jest podobny do ludzi wyjętych (dla sądowych oględzin) “po dwóch tygodniach z grobu”.
 Stał się do niczego pod wpływem psychiatrycznych kuracji, senny, nalany i powolny w ruchach... w niczym nie przypominający, tamtego pełnego nerwu chłopaka o wyglądzie sportsmena.
 
24)  Kiedyś był typem romantycznego buntownika, ”przy którym Wojaczek jest poetą nieśmiałym, a Borowski pisarzem głęboko zalęknionym”, jak pisały urzędniczki ministerstwa kultury o Tomaszowych esejach - żony pisarzy, recenzentki od utrącania konkurentów ich mężów. (Sprytnie się urządzili – „literaci do piór”, ich żony do urzędów cenzorskich.)
 Tak właśnie pisały o nim i jego esejach (że jest bezczelny bardziej Barańczak) - które wysyłane do różnych redakcji, lądowały ostatecznie na biurkach cenzorów i urzędników ministerstwa kultury - wydając o nich opinię, że są “antysocjalistyczne w treści i niedopracowane w formie. ”Do druku się nie nadają” - pisały do Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk, przy Mysiej, na zapytanie cenzorów o prawdziwą wartość artystyczną i merytoryczną jego “szkiców”, bo im, cenzorom, wydawały się - mimo licznych zastrzeżeń - wartościowe i nie chcieli ich deprecjonować, dopóki nie wypowiedzą się “kompetentne czynniki od kultury”. A kompetentne czynniki wyrokowały: “Do kosza, niech nie psuje interesu naszym mężom-prozaikom, naszym synom-poetom, naszym utalentowanym krewnym i pociotkom”.
Być może, cenzorzy instynktownie zdawali sobie sprawę, że w poprzez pisaninę Tomasza, Polska Dusza nie może się przedrzeć przez zasłonę inteligenckiej zmowy milczenia, jaką wokół niej roztoczyły mieszczańsko-żydowskie środowiska, nie dopuszczając do głosu nic, oprócz swojej kastowej blagi i nie uznając za kulturę polską niczego, poza płodami swych kosmopolitycznych umysłów.
 
    Pociąg znów stanął, jak kat nad grzeszną duszą, przy jakimś pustym peronie.
    Gapiąc się na odrapane budynki stacyjne, zabite deskami na głucho, na magazyny, rampy i rozgrzane słońcem rozjazdy, zajadła się kupioną w bufecie kanapką z szynką...             
     No, przynajmniej w kapitalizmie szynka miała świeży wygląd i była dobra, soczysta i smaczna. Przynajmniej na taką wyglądała - nie chciała myśleć ile w niej konserwantów.
 
   To nie cenzorzy, a drobnomieszczańskie (co praktycznie wychodzi na to samo) paniusie pilnowały interesów pseudo-socjalistycznej kultury (która pod koniec lat 70-tych, w wydaniu warszawskich dysydentów, w istocie była żydowsko-masońską „kulturą”), żeby pod pozorem walki z antykomunistyczną opozycją, nic świeżego nie dostało się na salony. Tłamsząc młodych pisarzy, kontestujących sztukę mieszczańską, celebrowały udział w korowskich imprezach, gdzie reklamowano, obok Brodzkiego i Sołżynicyna - konserwujących stare dobre wartości własności prywatnej i wolnego rynku – Havla, Gombrowicza i innych bojowników walczących o odzyskanie rodowych dóbr i kamienic. Jak z tego widać, interesy młodej literatury, rozmijały się z tendencją polityczną animatorów korowskiego puczu, nie mając najmniejszych szans ukazać się również w samizdatach. Dotowane przez ośrodki zachodnie podziemne wydawnictwa były przeznaczone do druku takich pisarzy jak Wirpsza, Jastrun czy Konwicki i reklamy żydowsko-masońskiej ferajny, która z popierania czerwonych mecenasów odskoczyła w ramiona Paryskiej Kultury i Radia Wolna Europa. Nic złego nie było w utworach tych pisarzy, poza tym, że na ten czas ich zainteresowania twórcze pasowały do sytuacji zgnębionego narodu, jak pieść do nosa. I nie mówimy tu o zgnębionym narodzie, mając na myśli niezadowolonych inteligentów i wszelkiej maści, pożal się boże, intelektualistów, którzy i tak dorabiali nieźle, kolaborując z komuną, pisaniem fałszywych, optymistycznych analiz i ekspertyz, ale zwyczajnego robotnika i chłopa.
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości