Żydowska kochanka
Żydowska kochanka
Suplement 2. do odcinka 6 – Teoria dwóch wrogów Polski – wrogowie nr 1) komuniści; wrogowie nr 2) burżuje kapitalistycznego Zachodu
Najgorsze było to, że Tomasz nie rozróżniał wroga, wyznając teorię dwóch wrogów, podczas gdy rzeczywistym wrogiem, którego nie dostrzegał wcale i z którego istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy, był jej penis.. Dla niego wrogiem był zarówno socjalizm jak i kapitalizm, gdy tymczasem tym wrogiem był jej penis, który go niepokoił i uwierał w mózgu, prowokując do wymyślania przyczyn zastępczych, takich jak kapitalizm i socjalizm.
(Tak napisali w zakładowej uczelnianej gazetce „Solidarności„ wydawanej wspólnie z uczelnianą Podstawową Organizacja Partyjną PZPR)
Z tym, że socjalizm z jego deklaratywną opiekuńczością wobec słabszych, wydawał mu się ciut lepszy od kapitalizmu.
Tak jak za socjalizmu, również po zwycięstwie “Solidarności”, rzucał kalumnie na “bogu ducha winną” inteligencję, bez której “ten naród”, nie trafiłby sobie “palcem do dupy” - jak się wyraził pewien obruszony docent.
Bo jakże wnosić oskarżenie na sprawcę, który jest zarazem prokuratorem, obrońcą, sędzią i katem?
I tylko można się dziwić, że przy tak ciężkich oskarżeniach pod adresem inteligencji mieszczańskiej, jako grupy sprawującej (w imieniu Partii) realną władzę, o okupacyjny współudział i pomocnictwo w terroryzowaniu klasy robotniczej, nie został nigdy formalnie postawiony w stan oskarżenia o zniesławianie narodu.
Miotał się jak węgorz w więcierzu, a tymczasem wystarczyło zaakceptować fakt, że ona ma, że kobieta ma penisa i pozwolić się jej wyruchać tym penisem. Na co oczywiście mężczyzna nie może sobie pozwolić, bo to się by dla niego tragicznie skończyło, z czego do końca Iwona, pomimo posiadania wysokiej inteligencji, nie zdawała sobie w pełnio sprawy. Tymi sprawami, nuklearnymi, płci, nie żongluje się bezkarnie. Prymitywna manipulacja ciemnymi silami przyrody grozi rezultatem opłakanym w skutkach. A w hormonach tkwi potężna siła.
I tak było, pół na pół. Ale prokuratorskiego oskarżenia o “obrazę Narodu Polskiego”, czyli inteligencji mieszczańskiej (przechodzącej gładko z reżymu do reżymu, z ustroju do ustroju, wraz ze swym świętym prawem własności), nie było nigdy. Być może dlatego, że Tomek nie łączył serwilizmu polskiej inteligencji z kosmopolitycznym żydostwem. Nigdy nie mówił, że obozowa arystokracja w Auschwitzu, to żydowska klika. Nie można mu było zarzucić jawnego antysemityzmu. Wprost przeciwnie, był tym, który zawsze po ludzku współczuć temu narodowi.
28) A Żydzi mogli wiele. Więc, ponieważ ich nie ruszał, mógł bezkarnie obrzucać inwektywami inteligencję szlacheckiej proweniencji, a nawet z ukrytą aprobatą, ale i bezpłodnie, bo żydowscy decydenci nie pozwolili tego nagłaśniać.
A jego bolało, że inteligencja przywłaszczyła sobie tytuł całego narodu, że tę godność narodowi ukradła, nazywając siebie i tylko siebie Polskim Narodem, odmawiając tego miana, innym, ”gorszym stanom” i grupom społecznym.
Tego, że za polskiego inteligenta myśli i często decyduje żydowskie jądro usadowione w rządzie, w kulturze, w szkolnictwie, w mediach i w sądownictwie... nie brał pod uwagę. Nie chciał o tym słyszeć, zatykał uszy, nie chciał wiedzieć i wdawać się w dywagacje, że Żydzi siedząc w ministerstwach, teatrach, redakcjach, sądach i uniwersytetach trzymają w ręku wszystkie nici ważne dla życia narodu.
Szarpiąc się tyle lat z cenzurą, z redaktorami, którzy byli gorsi od cenzorów, z wzajemnym podgryzaniem się i waśniami o dolary (wśród działaczy solidarnościowego podziemia), musiał zwątpić w swój naród, przestał wierzyć, że są w nim ludzie przez wielkie “C” - a nie same karły, które się dziobią jak wróble o garść rzuconego pośladu.
Patrząc tyle lat, bezsilnie, na ten teatrzyk robiony dla wychwalania ”mieszczańskiej cnoty” i (woluntarystycznemu) bredzeniu o potrzebie odbudowania klasy średniej (jak to inteligencja uczy, żywi i broni!) - który się cynicznie odgrywa od dziesięcioleci, przed oczyma ogłupianego tłumu - musiał zwątpić. Przecież dlatego przystąpił do opozycji, aby wydrukowali jego anty-inteligenckie filipiki poza cenzurą, w podziemnych samizdatach.
Chciał, żeby mu to wydrukowali w gazetkach rozprowadzanych wśród robotników - ale niestety, nie wydrukowali. W tych samizdatach, drukowali dotychczasowi urzędnicy czerwonego reżymu (jak np. Andrzejewski), robiąc za dysydentów. Pisali, że bolszewicy gnębią biedną inteligencję, walczącą o wyzwolenie narodu spod jarzma komuny. Od czego i do czego mieli być wyzwoleni robotnicy i kto miał nad nimi panować, gdy braknie komunistów, tego już nie pisali. Przecież nie wierzyli, że robotnicy mogą rządzić się sami. Co będą jedli ci wolni najmici, albo gdzie będą spali, jeśli sobie zrujnują zakłady pracy, na to już nie było odpowiedzi. Nawet w gazetkach pisanych przez prawdziwych działaczy opozycji, robiono robotnikom z mózgu wodę, za pomocą drukowania mętnych utworów opozycyjnych pisarzy. Pisarzy mieszczańskich, żyjących z aprobaty kapitalizmu.
W tych utworach było więcej zakamuflowanego sławienia praw kamienicznika do własności prywatnej i dyktatury lichwiarskiego pieniądza, niż lansowania modelu nowoczesnego życia, odrzucającego wyścig szczurów do ekonomicznego sukcesu. Wyścigu koniecznego, bo narzucanego przez naturę.
W samizdatach oprócz nienawiści do bolszewików za kasatę własności prywatnej, nie było żadnych wzniosłych “ideałów”, żadnej troski o porządne wychowanie robotniczych dzieci, żadnych postulatów, że trzeba wszystkim godziwy “zapewnić udział w konsumpcji powszechnego szczęścia”, bowiem animatorom anty-komunistycznej opozycji, o nic więcej nie szło, tylko o odzyskanie przedwojennych, rodzinnych majątków.
Starano się bardzo, żeby odsunąć idealistów od tej roboty, którzy by chcieli wywrócić świat mieszczańskiej własności (ochranianej przez socjalizm) do góry nogami. Ba, mieszczanie z opozycji byli gotowi bronić komuny przed takimi zapaleńcami jak Tomasz, bo przecież socjalizm był systemem, w którym pod płaszczykiem likwidacji własności prywatnej, ta własność była ochraniana przez burżuazję sprawującą władzę w imieniu komunistycznej partii.
Robiono wszystko, żeby nie dopuścić takich narwańców, jak Tomasz, ”bo mogą spowodować prawdziwą rozpierduchę” (tak powiedział jeden z członków KOR-u), która wyleje za okno naszych opozycyjnych (zawodowych) działaczy, razem z czerwoną nomenklaturą”. Bali się jak ognia, żeby robotnik nie zdobył samowiedzy i nie wziął sprawy w swoje ręce, bez pośrednictwa inteligencji grającej o pełnię władzy.
”Inteligent, to ma być coś więcej niż zwyczajny oszust - pisał Tomasz w swych enuncjacjach - który z powodu, że sprawniej potrafi policzyć do dziesięciu (niż jego mniej rozgarnięty kolega), sprawując nad nim funkcje kierownicze, pasożytuje na jego pracy”.
Toteż inteligenci czuli się urażeni, że obraża ich zacne, zakorzenione często jeszcze w carskiej i sanacyjnej pragmatyce służbowej, rodziny. Z dyspozycyjnych ośrodków na Zachodzie, z Paryskiej “Kultury”, nie nadeszło imprimatur, dla jego populistycznej pisaniny. Przymykano oko na sowizdrzalskie zaśpiewy, pod warunkiem, że opluwały bolszewików, ale nie pozwalano nic złego powiedzieć na Kościół, burżuazje i szlachtę, jako ostoję tradycyjnych wartości trzymających w ryzach robotniczą gołotę. “Ostoję wartości”, do których miała powrócić Polska po “zrzuceniu komunistycznego jarzma”.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)