Żydowska kochanka
Rozdział II Rezydencja w Czerwonym Zaułku
Odcinek 7 – kolacja przy świecach
W tym samym czasie, gdy “Panna S.” - jak ją nazywali w “ROPCiO” - wysiadała z wagonu na dworcu Warszawa Centralna, to w odległym o sto kilometrów Lublinie, w weselnym domu pana młodego, przygotowania do ślubu szły pełną parą.
Prawdą a Bogiem, były to dość skromne zabiegi; raczej “przymiarki” do przyjacielskiego spotkania przy kieliszku wina, bardziej do rodzinnej kolacji niż wesela (bo słowo “wesele” jest tu użyte na wyrost), a to z powodu wprost chorobowej niechęci rodziców do afiszowania się “późnym mariażem syna”. Dla matki starokawalerstwo Tomasza było jak policzek, bo wyglądało to tak, jakby miała syna niedojdę, którego nie chce żadna dziewucha. “Już lepiej – myślała - gdyby był rozwodnikiem, niż starym bykiem, bo ludzie gotowi pomyśleć, że ma feler w kroku”.
To co się działo “na dole”, w kuchni, właściwiej byłoby nazwać przygotowaniem do “skromnego przyjęcia”; “przyjęciątka”, a może nawet zaledwie do “poczęstunku”; lub “poczęstuneczku” – jak lubili zdrabniać starczymi usteczkami, mieszkańcy tego “domku”, “domeczku”.
Oboje “starzy”, rodzice Tomasza, byli przewrażliwieni na punkcie własnego pecha i woleli dmuchać na zimne, bo już wiele razy się sparzyli na ślubach swoich synów, które jakby z powodu jakiejś klątwy, w ostatniej chwili nie dochodziły do skutku.
Nie dowierzali niczemu dobremu, że nadejdzie (to dobre), co ma nadejść, bo wiele razy zawiedli się w nadziejach na sukcesy i awanse, które miały nadejść i były tuż tuż, i w ostatnim momencie zostały uchylane (awanse, tuż przed wręczeniem nominacji); na operacjach finansowych, które miały przynieść krocie a kończyły się klapą; na sukcesach które okazywały się klęską... Jakby jakieś fatum wisiało nad ich nieszczęsną rodziną.
Oj, dostali od losu po łapach, doznając bolesnych urazów. Toteż martwili się na zapas, dmuchali na zimne, niedowierzając żadnym “pewniakom”, bo już mieli do czynienia ze sprawami, które miały się udać na sto procent, a się nie udały.
Tak było, gdy pan Teodor miał zostać wicepremierem, a nie został; tak było, gdy miała im się urodzić córka (potwierdzał to swoim naukowym autorytetem znakomity profesor-ginekolog), a urodziła się bezpłciowa pokraka o dwóch głowach i trzeba było ją zabić; tak było, gdy Tomaszek, miał dostać w szkole muzycznej pierwszą nagrodę i zostać wirtuozem fortepianu, a nie dostał;
tak było, gdy Jonaszek wygrał konkurs zamknięty na sztukę dramatyczną i miał debiutować w teatrze – i znów wyszły nici.
Ach, pani Beata trzęsła się ze strachu, bo w jej życiu szlak trafiał wszystko po kolei!
Toteż teraz nieszczęśni rodzice zielenieli z trwogi, Jan aż dostał rozwolnienia z chęci, żeby ta dziewucha wreszcie przyjechała i niech ją sobie Tomek bierze, z brzuchem, do jasnej cholery! Może wreszcie uda się to “małżeństwo na chybcika” i będzie “podobne do ludzi”, skoro poprzednie, starannie przygotowane, nie doszły do skutku.
Dla pani Beaty nigdy nie było nic pewnego, dopóki nie miała tego w garści, czarno na białym, więc nie mogła być spokojna, aż nie zobaczy ich zaobrączkowanych odchodzących od ołtarza; nie uwierzy dopóty nie będzie mieć napisane na urzędowym papierze, najlepiej od księdza (bo nie wierzyła w śluby cywilne), że są mężem i żoną. Dopiero wtedy poczuje się prawdziwą babką.
Pomimo braku stuprocentowej pewności, co do terminu, to przecież ślub był zaklepany i zapobiegliwie przywieziono już na niego wszelakie wiktuały, a dwa tygodnie wcześniej cztery skrzynki francuskiego szampana (żeby nikt nie mówił, że są alkoholikami) i sześć transporterów czystej wyborowej wódki. A wypito już z tego... no, mniejsza z tym.
Zapasy uzupełniano na bieżąco i jeszcze uzupełni się przy pierwszej okazji! Rano pani Beata wysłała zamówienie do kogo trzeba.
30) Dwupiętrowy budynek rodzinnej willi pana młodego, wielki jak francuski zamek, stał na pół-hektarowej działce, w pięknie wypielęgnowanym ogrodzie, obwiedzionym od frontu ozdobnym murem, a z boków i od tyłu stalowym płotem.
Dumnie rozparty wśród wytwornej zieleni, otynkowany na biało, z płaskim dachem – był owocem sukcesu i dostatku
Na lewo od głównego wejścia, z wielkiego holu na parterze prowadziły drzwi do wielkiej jadalni na pięćdziesiąt osób. Dopiero za nią, niby w przybudówce-oficynie, była wielka, nowoczesna kuchnia. Zaś na prawo od holu, znajdowały się pokoje gościnne, z oknami nisko przy ziemi, zasłonięte wysokim żywopłotem, w których pan Teodor - ojciec Tomasza - podczas pełnienia w czasach komuny ważnych funkcji partyjnych i państwowych, często podejmował rządowych gości. Szerokie paradne schody prowadziły z holu na pierwsze piętro, gdzie mieszkali jego przyjaciele z Auschwitzu oraz Jonasz, starszy brat Tomasza. Drugie piętro zarezerwowano dla rodziców, oraz Tomasza z młodą małżonką, bo przezorni dziadkowie chcieli być blisko wnuka. Była już nawet zgodzona niańka, która miała mieszkać obok dziecinnego pokoju.
Miejsca było dosyć - z położonego centralnie, wielkiego salonu na pierwszym piętrze wychodziło się na taras, a stamtąd schodziło się po szerokich, białych schodach na wypielęgnowane trawniki.
Wzdłuż ogrodzenia posadzono wysokie żywopłoty, żeby zapewnić maksimum intymności, gustowna brama wjazdowa była szczelnie zabita deskami. Nowoczesna willa – zbudowana w latach Gierkowskiej prosperity, jako rezydencja godna zastępcy członka Komitetu Centralnego Partii – miała zapewniać, i zapewniała, dyskretne i dostatnie życie wybrańcom zarówno starego, jak i nowego ustroju.
Wszystko tu było wielkie jak w wielkopańskim pałacu. Kapitał był, przyzwolenie społeczne i polityczne było, znajomości były, zdrowie było – czegóż więcej trzeba do szczęścia?
Dlatego dom był staranniej wykonany niż pozostałe siedliska w tym snobistycznym osiedlu – zwanym przez zawistny, bezrobotny motłoch, „Czerwonym Zadupiem” - zabudowanej rezydencjami miejscowych nuworyszów i notabli.
W jego sterylnych proporcjach było coś, co przywodziło na myśl nowoczesny szpital. Jeśli uważniej przyjrzeć się jego białym ścianom, prostym geometrycznym liniom podziału, odnosiło się wrażenie, że jest to raczej luksusowe sanatorium, kurort dla bogaczy, niż zwykły “domek” budowany systemem gospodarczym - jak pisano w zeznaniu podatkowym i zezwoleniu na budowę tego siedliska.
W jego jasnych, przestronnych pokojach eleganckie meble przeglądały się w błyszczących, orzechowych parkietach. Stylowe “Ludwiki” na “kozich nóżkach”, zasłane poduszeczkami czekały w ciszy na strudzonych mieszkańców pragnących spokoju.
W wielkich oknach wisiały zasłony z bawełnianej materii w szaro-niebieskie pasy - w deseniu przypominającym oświęcimskie pasiaki. W bardzo wysmakowanym deseniu... a ich stonowana, pastelowa kolorystyka pasowała do ogólnego klimatu spokojnej i chłodnej elegancji, w której gustował gospodarz, profesor od historii kultury i dobrego smaku.
Pan Teodor Komuszko, kombatant, były więzień Auschwitzu, lubił żeby jakiś wymowny akcent przypominał mu, na co dzień o jego martyrologicznej, chlubnej przeszłości. Dlatego na nowoczesnej, gładkiej fasadzie była tylko biel i szaro-niebieskie prostokąty okien. Można powiedzieć, sam Bauhaus - Piet Mondrian i Paul Klee.


Komentarze
Pokaż komentarze