Prawdzic Prawdzic
468
BLOG

Żydowska kochanka

Prawdzic Prawdzic Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 
Żydowska kochanka
 
Suplement 2 do odcinka 7
 
Niepokój Minerwy, jak niektórzy nazywali panią Beatę w Urzędzie Bezpieczeństwa, z racji niepospolitego rozumu i nieugiętej woli w zwalczaniu przeciwników ludowego państwa – sięgał zenitu.
    Wieczór się zbliża, a narzeczonej nie ma.
  
     Troskliwa matka, starała sobie przypomnieć, kiedy oblubienica obiecała zjechać, ale nie bardzo mogła w tym względzie liczyć na dobrą pamięć. Tomek nie bardzo wiedział co mówi, i co dzień mówił co innego (był taki nierozgarnięty, że go nie można było posłać po sól do sklepu), natomiast Iwona, przez telefon wyrażała się tak enigmatycznie, że pani Beata niewiele zrozumiała z tej gadaniny. Miała jednak zapisane w kalendarzu i była gotowa przysiąc, że ślub ma się odbyć jeszcze dziś. Wieczorem. Więc cierpliwie czekała.
    
    Istotnie, Iwona miała przyjechać jakoś tak we czwartek lub w piątek, a może i w niedzielę i pani Betusia już od rana chodziła po pokojach wyłamując z niepokoju palce, pilnując porządku i zaglądając nerwowo do każdego kąta. Zaciskając z emocji pięści, powtarzała sobie raz po raz, że tym razem “musi się udać.
 
Przelatując myślami po wydarzeniach z przeszłości, robiła rachunek strat i zysków, i musiała przyznać, że bardzo niewiele udało się jej w życiu. A już szczególnie w życiu Jonasza, w którym pokładała największe nadzieje.
“Jonii” – jak go pieszczotliwie nazywała – skończył teologię w seminarium księży zakonników, ale podczas obiadu po wyświęceniu na księdza i mszy prymicyjnej w rodzimym klasztorze, cisnął w przeora brewiarzem w ferworze teologicznej dysputy i został usunięty ze stanu duchownego.
Żeby coś z nim zrobić, posłała go, obłożonego anatemą księdza, na elewa (złośliwi mówili: “olewa”) do oficerskiej do szkoły wojskowej, gdzie komendantem był jej dawny kochanek, a może i ojciec Jonasza – kto to wie? – ale krewki chłopiec, choć miał twardy charakter, nie zaakceptował pruskiego drylu. Chociaż jako syn aparatczyka był traktowany ulgowo, rozpił się i zbiesił w garnizonowym burdelu; nie mógł wytrzymać bez burdy i zaraz po promocji na podporucznika wyrżnął, karabinem o ziemię, pijany.
Mówiono, że była to intryga uknuta przez przeciwników politycznych ich kombatanckiej rodziny, przez kogoś ze służby bezpieczeństwa. Mówiono, że chcąc zaszkodzić Teodorowi i Józefowi, esbecy dosypali czegoś gówniarzowi do wódki, którą elewi pili przed uroczystością, dla kurażu.
 
32) W ogóle, Jonasz, ze wszystkiego był systematycznie wyrzucany.
Widząc jego zdolności artystyczne, załatwiła mu prywatne studia u najlepszych warszawskich profesorów i opłaciła krytyków urządzając wystawę jego tzw. object l‘art - ale, cóż począć, obraził publiczność, podpalił obrazy i “sfajczył” znaną warszawską galerię, jako “gniazdo mieszczańskiej zgnilizny”.
    Szedł przez życie w atmosferze nieustannego skandalu, stając się przyczyną jej wiecznej zgryzoty. Tłumaczył, że nie robi nic innego niż Brzozowski i Witkacy, ale nie brał pod uwagę, że kiedyś ludzie byli inni, mieli więcej cywilnej odwagi, inne były, przychylne dla skandalistów, czasy.
 
    Jak raz podpadł władzy, za usiłowanie podpalenia po pijanemu muzeum w Auschwitzu, to już zaczął uchodzić za wroga ustroju i gdzie się tylko pokazał, w jakiejkolwiek bądź redakcji czy dyrekcji teatru, zaraz go wypychali za drzwi ze strachu, żeby nie zostać wywalonym z posady albo nie utracić prawa do druku.                           
 Z taką to fatalną gębą antypaństwowca i anarchisty, próbował w epoce Gierka wydać powieść o robotnikach piszących wiersze i inteligentach zastępujących ich w tym czasie przy łopacie. Powiedzieli mu, prywatnie, że hitlerowcy próbowali to wprowadzić w Trzeciej Rzeszy, ale się nie udało.
    Usiłował wystawić anty-kombatancką sztukę, ale bez skutku; nie pomogły znajomości tatusia ani pomoc Wiktora u znajomków w ministerstwie strachu. Żydzi decydujący o sprawach polskiej kultury zadecydowali, żeby goja nie puszczać na literackie salony. Zaniósł swoje wypociny do wydawnictwa, ale nikt się nie odważył zająć jasnego stanowiska. Mówili tylko, że zbyt odważne, zbyt niezależne i że przeczytają....
 
     Jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych coś pisał, myślał, czytał i pił, usiłował zwrócić na siebie uwagę atmosferą skandalu... aż w końcu zgorzkniał... dał sobie spokój i uznał, że mu nie zależy... niech go pocałują w dupę.
Zrozpaczona matka szukała sposobów ratowania syna. Chciała żeby coś robił. Lata lecą – mówiła na posłuchaniu u Ojca Świętego – a on zamiast odprawiać msze i uczyć katechizmu, bije konia i maluje tryskające perłami fallusy. 
 
Udała się ad limina apostolorum, do Rzymu, by prosić papieża Pawła VI o indult dopuszczający Jonasza do stanu duchownego, którego wykluczono z kapłaństwa i zakonu po tym jak księdza doktora obwołał pedofilem - ale upragnionej indulgencji nie uzyskała. Jedyne, co jej zostało po jego marzeniach o “księżej karierze”, to kilka zdjęć z mszy prymicyjnej, po której go już nigdy więcej przy ołtarzu nie widziała. A szkoda, bo przy blasku świec, w złotym ornacie, tak mu było do twarzy! Być może wtedy zostałaby gorliwą katoliczką... A może nawet dewotką!
    Pani Beata do dziś przeklina i nie pojmuje jego szczeniackiego nonkonformizmu. Nie rozumie, po co było krzyczeć, że ksiądz rektor smaruje się mastką kleryków?
  
Prawdzic
O mnie Prawdzic

odwołuję te głupstwa. które poprzednio tu napisałem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości