Zyd
Żydowska kochanka
Suplement 1. do odcinka 8
Wśród orientacji różnych grup i grupek podziemnych organizacji niepodległościowych były i takie, które oprócz postulatów niepodległości i wolności narodu stawiały wyzwolenie jednostki z pęt przesądów i ciasnych zakazów obyczajowych kastowego społeczeństwa. Walkę o wolność pojmowano jako walkę o wolność seksualną do odbywania stosunków płciowych, z tym partnerem, który się podoba, a nie z tym, którego podsuwa wyrachowanie, interes, przymus i konwenans, mający często charakter ekonomicznego przymusu.
Cóż po wolności politycznej – mówiły zasady konspiracyjnego etosu – jednostce przymuszonej do niechcianego małżeństwa? Wolność polityczna i społeczna – twierdzono – tylko wtedy ma sens, gdy jednostka żyje jak chce, gdzie chce i z kim chce. Gdy partnerzy dobierają się na zasadzie wzajemnego upodobania i wolnego wyboru - dziś ten, jutro inny – bo tylko różnorodność i częsta zmiana seksualnych partnerów zapewnia poczucie nowości i wolności. Żeby być wolnym, trzeba z niej korzystać. Trzeba „robić” wolne uczynki na co dzień. Wolność „nieużywana” zamiera i zanika. Człowiek staje się niewolnikiem własnej indolencji i martwoty.
Gdy człowiek korzysta z wolności wyboru idąc za głosem ciągle nowych upodobań, staje się prawdziwie twórczy. Tylko wtedy chce mu się żyć i tylko takie życie jest coś warte.
Dlatego w niektórych organizacjach konspiry zmieniano partnerów chętnie i często, a pretensje o porzucenie czy zmianę partnera uważano za drobnomieszczańskie i pretensjonalne. Pretensje o porzucenie uważano za niegodne członka organizacji podziemnej, który „sprawę” stawia ponad własne interesy. Kogoś, kto łatwo się zakochiwał, był sentymentalny, tego uważano za nieprzydatnego dla organizacji. O zakochaniu i miłości indywidualnej nie mówiono, bo w atmosferze walki z komuną obowiązywał ideał koleżeńskiej współpracy, również w stosunkach płciowych. Gdy koleżanka współpracowała z kolegą, to było naturalne, że w ramach współpracy spała z nim, dawała mu swego ciała, nie szczędząc seksualnej pieszczoty, on zaś za to otaczał ją troskliwą opieką.
Seks indywidualny uważano za egoistyczny i szkodliwy, natomiast na i po zebraniach, w gronie kolegów, chociaż oczywiście gdzieś dyskretnie (niby dyskretnie) na uboczu, w kącie pokoju, za stołem lub biurkiem, gdy ona siadała mu na penisie i rozkosznie dyszała, referując ostatnie akcje przeciwko zomowcom, podnosząc trochę minispódniczkę, a potem seks grupowy, wśród przyjaciół, za wyraz bezkompromisowej równości i jakby trening koleżeństwa. Koledzy wiedząc, że zawsze sie będzie jakieś pieprzenie przychodzili na "zebrania" tym chętniej, za nic w świecie nikt by takiej rewolucyjniej działalności nie odpuścił.
Bo ten, kto korzysta - mówiono - z takiego seksu, bez obrzydzenia do kolegi lub koleżanki, nadaje się do społeczeństwa, gdzie panuje miłość bliźniego, równość i braterstwo, bez uprzedzeń i egoizmu, bowiem zostały one wyplenione w trakcie zbiorowych zaślubin i pokładzin. Dlatego, tłumaczono Iwonie, nie powinna mieć pretensji, że ten czy ów wymusił na niej stosunek płciowy, bo jest to jakby duchowy stygmat przynależności do organizacji.
To, że seks zamieniał się niepostrzeżenie w formę zapłaty, starano się nie dostrzegać, bo przecież w kochającej się rodzinie nie da się odróżnić uczucia wdzięczności od płatności.
37) Wszędzie razem z Tomaszem, jak papużki nierozłączki. Tak było aż do stanu wojennego. W stanie wojennym Tomasz nie zaaresztowany, jakby się nim (pozornie) nie interesowała bezpieka i bez towarzystwa internowanych kolegów nie umiał się odnaleźć; nie studiował i popadł w fiksację. Zaniedbany zupełnie, nieogolony i brudny, próbował odtwarzać potarganą sieć “Solidarności”, chociaż go nikt o to nie prosił. Wręcz przeciwnie, odpędzali go siebie, żeby się nie pałętał, nie psuł wizerunku katolickiej “Solidarności”, on lewacki anarchista. Znali go przecież z jego niechęci do państwa i religii. Teraz już polityczne stery tej roboty wzięli w swoje ręce obrotni duchowni i nie życzyli sobie towarzystwa jakichś socjaldemokratów.
Tomek coś przeczuwał, przypuszczał, że coś jest z nią nie porządku ale nie chciała go wtajemniczać w swoje „dupne sprawy”, nie chciała mu szkodzić i zwyczajnie się bała organizacji i jej dintojry. Przecież nikt jej nie gwałcił na siłę. To były tylko natarczywe i koleżeńskie wymuszenia, po wypiciu paru kieliszków wódki. Opierała się i prosiła, ale gwałciciel czule całował, zapewniał o uczuciu, obiecywał poparcie i nie słyszał protestów. Protesty brał za oznaki rozkoszy. Jęczała, bo jej było dobrze. Bała się, że ją oskarżą o łamanie podpisanej lojalki, a podpisała ją, bo chciała, żeby wystawili jej kandydaturę do władz tworzących się właśnie Komisji Okręgowych „Solidarności”. Chciała by czymś więcej niż tylko zwykłym członkiem, naklejaczką ulotek, która zbiera po grzbiecie milicyjne pałki i opłaca składki.
Dlatego milczała i zaciskała zęby, gdy jej pchali łapy pod spódnicę. Robiła to w nadziei, że kiedyś te upokorzenia odbije sobie z nawiązką, odbije się od tego dna i obejmie jakiś satysfakcjonujący urząd, kiedy zwycięży „Solidarność”. A to, że musi dojść do władzy, nie ulegało dla niej żadnej wątpliwości, widząc jakich ma działaczy i jakie pieniądze płyną dla nich z Zachodu.
Właściwie, jeśli uczciwie postawić sprawę – analizowała na trzeźwo sytuację z lat ‘80 - to “Lechu” nie mógł się już wycofać z tej gry fałszywych pozorów, choć był, dzięki ładowaniu w niego zachodnich pieniędzy, tak bogaty, że mógł żyć bez pracy do końca życia. Miał zobowiązania wobec swych zachodnich mocodawców, który nie pozwoliliby mu zaprzepaścić szansy na rozwalenie komunizmu, w które kapitalizm zainwestował zbyt dużo, żeby w momencie niezdecydowanej postawy Polit-Biura w Warszawie i Gorbaczowa na Kremlu, zrezygnować z decydującego posunięcia.
Żeby złagodzić i usprawiedliwić swój kompleks dziwki, próbowała go przyłapać na jakimś wstydliwym uczynku. Ale nigdy go nie przyłapała na niczym lubieżnym, a on owszem, gdy się onanizowała amerykańskim elektrycznym młoteczkiem do masarzu łechtaczki. Było to wtenczas, gdy zaniemógł na impotencję i chociaż się bardzo starał, musiał omijać jej łóżko z daleka. Zarzuciła mu życiowe fajtłapstwo, że to jego wina, na co odparł, że kobieta dzisiaj jest za łatwa i niebawem będzie używana zamiast latryny. Dlatego tak konspiracyjna robota się sypie, bo wszyscy myśląowaleniu.
Właściwie, to zapisują się do konspiry po to, żeby poszukać łatwej okazji i za darmo sobie podupczyć (tak mówił). Dlatego w Ameryce, przy dzisiejszym poziomie emancypacji, gdzie kobieta traktuje pochwę jak podręczną portmonetkę (a weź sobie stamtąd parę drobnych, ile ci potrzeba…), wszelkie tajne związki i konspiracje są niemożliwe. Chyba że związki płciowe…
Przy powszechnej rozwiązłości i braku zasad moralnych amerykańskiego społeczeństwa, wymuszenie lojalności bądź posłuchu, za pomocą pozytywnego jak i negatywnego szantażu, jest niemożliwe. Nie działa ani prośba, ani groźba. Bo czyż w kraju, gdzie być bestiofilem to zaszczyt, a bycie nekrofilem przynosi wydawnicze profity, można jeszcze kogoś czymś zastraszyć bądź skompromitować? Chyba tym, że jest uczciwy i nie nadaje się na żadne stanowisko, a najlepiej się trzymać od niego z daleka.
Kobiety nie chcą wychodzić za mąż za facetów o jakichś tam zasadach moralnych, bo to im przeszkadza w uprawianiu nierządu i rozpusty. Taki mąż niezguła, przeszkadza tylko w realizacji jej przyrodzonej wolności. Zasady brzmią podejrzanie. Nie wolno być niewolnikiem zasad. To łamie zasady kapitalistycznej prostytucji.


Komentarze
Pokaż komentarze