Z.
Żydowska kochanka
Suplement 4 do odcinka 8
Przez cały okres działalności w konspirze, największym zmartwieniem Tomasza było, jak nie dopuścić zachodnich kapitalistów do polskiej gospodarki i Kościoła do wpływu na politykę, a tu w pierwszych dniach stanu wojennego zobaczył, że “Solidarność” jest naszpikowana księżmi jak ciasto rodzynkami. Walczył o lewicowość przyszłej Polski, i na tym się poślizgnął, bowiem nikt nie zamierzał reformować socjalizmu, żeby dać robotnikom władzę.
Powiedziano mu w cztery oczy, że, czy to będzie socjalizm czy kapitalizm, to muszą być biedni i bogaci, i tym biednym będzie zawsze robotnik, bo musi; ale trzeba mu wmawiać, że kapitaliści zrobią go bogatym, gdy rozwali komunę.
Porucznika Arkadiusza K. poderwała na zgrabną nogę w kawiarni „Dniepr” w Krakowie, gdzie był punkt kontaktowy wszystkich esbeków i kapusiów, wystawiając w jego stronę, obnażone udo. Gdy mu pociekła ślina, podniosła ze stolika czasopismo „Ja i ty” spoglądając mu w oczy wymownie. Mówiła, skromie spuszczając powieki i trzepocząc rzęsami, że poszukuje kogoś życzliwego, kto by ułatwił jej załatwienie paszportu i że ona jest gotowa mu to wynagrodzić sowicie. Odsłoniła przy tym nogę powyżej kolana, tak, że aż mu stanął. Musiał poprawić się na krześle.
Ale była z nim w hotelu najwyżej trzy razy, bo gdy się zorientowała, że za każdym razem musi płacić rachunki z własnej kieszeni, postanowiła zrezygnować z tej politycznej kariery.
O zwrocie kosztów poniesionych przez nią w tej działalności nie było mowy. W ogóle nie dostała od nich grosza. To oni wyciągali pieniądze od niej i rozglądali się jeszcze w około, kogo by tu jeszcze wciągnąć na sympatyka, żeby opłacał składki. W ogóle nigdzie nie spotkała tylu chytrych ludzi co w konspiracji. Nie tylko chytrusów, ale również dziadów, pijaków i łapserdaków. Za pięć groszy gnaliby sukę do piekła. Nie dość, że robiła dla nich, na własny koszt, napisy na koszulkach: „Nie lubię ruskich”, które sprzedawała studentom podczas Juwenalii, to musiała jeszcze z własnego stypendium zapłacić, gdy jej kilka sztuk ukradli.
“Panna S.” widząc, że jej ukochany, jak ślepiec, zmierza do nikąd, do politycznego samobójstwa, postanowiła odejść! Zrobiła dyplom i na początku stanu wojennego pracując w poradniach zdrowia psychicznego, w różnych przychodniach i szpitalach usiłowała zarobić na samodzielne życie, podczas gdy on próbował skończyć prawo i zrobić karierę w strukturach, zdelegalizowanej, podziemnej “Solidarności”. Obijali się o siebie, luzacko, to tu to tam, jak wolne elektrony, aż do końca lat osiemdziesiątych, kiedy definitywnie znikła mu z oczu, poszukując szczęścia na własną rękę, w ramionach przygodnych kochanków.
Oczywiście nie było to takie łatwe, poderwać oficera Służby Bezpieczeństwa. Tę okazję, zawarcia znajomości namotała matka jednego członków konspiracji, pracująca w Komendzie Wojewódzkiej MO. Była we wszystko wtajemniczona i dyskretnie łączyła interesy konspiry i UB. Była jedną z tych osób, które tworzyły płynne przejście pomiędzy elitą komunistami a elitą (profesorską, mieszczańską, artystyczną, kościelną itp.), udającą opozycję. Udającą przed wyzyskiwanymi robotnikami i czerpiącą korzyści z tego wyzysku, że z wyzyskującą ich komuną nie mają nic wspólnego. W wielu rodzinach, ojciec był partyjniakiem a wujek księdzem – jeden syn był milicjantem a drugi seminarzystą. Co za łajdactwo! Synowie komunistów żenili się z córkami burżuazji i odwrotnie. Nie było jakichś osobno komunistów i osobno elity (profesorzy, artyści i księża), bo to wszystko była jedna komunistyczna spółka do wyzysku robotniczych ciemniaków.
O, polskie matrony, wzorowe katoliczki i patriotki, nastręczyły swoim dzieciom niejedną okazję do współpracy z okupantem, dla awansu i kariery. Całe kwartały ulic były zamieszkałe przez urzędników komunistycznego państwa. Całe willowe osiedla wybudowano dla członków bolszewicko-mieszczańskiego reżimu. Wszystko to co rano szło do biur, obsługiwać trybki biurokratycznej maszynerii systemu.
Myli się ten, co sądzi, że Polska Ludowa była tworzona i zarządzana przez ciemnych robotników. Elita partyjna wywodząca się z inteligentów, a ci zaś mieszczan, musiała tańczyć jak im burżuazja zagrała. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro cała nomenklatura wywodziła się z mieszczańskich rodzin.
Z Pawłem Kulbaką, a później z Witoldem M. “chodziła” żeby się wreszcie odczepił. Robiła to może zbyt ostentacyjnie, w nadziei, że nie mogąc się zdobyć na zaproponowanie jej małżeństwa, da jej wreszcie święty spokój. Mimo to widywała go, od czasu do czasu, podczas jego krótkich wizyt w Warszawie i potem w Krakowie, gdzie zamieszkała po zabójstwie starego Kulbaki. Przez ostatnie lata formalnie przez niego opuszczona, niczym rozwódka, spotykała się z różnymi facetami, wertowała w gazetach ogłoszenia matrymonialne, poszukując coraz niecierpliwiej kandydata na męża.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)