Żydowska kochanka
Suplement 5, do odcinka 8
Najbardziej z nich wszystkich podobał jej się porucznik Marek J., ale od niego uciekła bo zmuszał ją do sado-maso (stosowane na nim!), zaprowadzał ją w nocy do aresztu śledczego, żeby podczas nocnych przesłuchań jeszcze ją bardziej podniecić i brać ją na biurku między śledczymi papierami, no i przyprowadzał kolegów, żeby ssała im pałkę. Do jej tyłka nie pozwalał się zbliżać, jakby to była dla niego największa ze świętości. Dla jej (pozornie) zboczonych zachcianek przynosił do sypialni najtajniejsze akta, które jej czytał i objaśniał, a ona w nich do woli grzebała, niby to bawiąc się w szpiega zachodniego wywiadu. To go cholernie podniecało, że sypia z Jamesem Bondem w spódnicy. Fantazjował, że on jest Brunerem a ona J. 23 i... że zaraz pogoni jej kota. Wymyślał dla niej brednie, przebierając się za agenta, albo (lepiej) za ofiarę gestapo, którego ona (dość brutalnie) "przesłuchiwała" (świecąc mu nocną lampką w oczy, krzycząc, że "gdy nie będzie grzeczny, to nie da mu cipy"!).
Po latach myśli, że było mu to potrzebne do psychicznego odreagowania. Wszakże udział w rządzeniu odbija się fatalnie na zdrowiu i życiu. Tym niemniej, choć ją to zaczęło wciągać, zrezygnowała bo musiała płacić rachunki za hotele i restauracje ze swojej kieszeni, a skoro swoich pieniędzy nie miała, płacił nieświadomy niczego Tomasz, za to kurestwo. Kierownictwa konspiry nie chciała za bardzo naciskać o zwrot kosztów, bo po pierwsze by jej nie dali, a po drugie bała się, że ją skompromitują w oczach Tomasza.
Godziła się na to wszystko, bo chodziło jej o karierę polityczną Tomasza. Poza tym starała się żyć oszczędnie i ascetycznie. Omijała też sytuacje, w których konspiracyjni „przełożeni” mieliby okazję ją zaczepić i żądać „dowodu lojalności”.
W ten sposób poznała pokaźny zbiór różnych kuriozów i mastodontów, wiecznych studentów pracujących jako męskie prostytutki, dziwaków, wyrzutków, alkoholików, synów na wydaniu i utrzymaniu mamuś, właścicielek różnych sklepików, kawiarń, fryzjerni, budek i butików. Spotykała się z nimi, sondując ich zamożność i możliwość dostatniego życia u boku takiego “manekina”. Lecz wolała to, niż udrękę z jakimś robotnikiem, który tylko może tłuc młotem w kuźni, mieszkać do końca nędznego życia w komunalnym, pożydowskim mieszkaniu od podwórza i rodzić dzieciory.
Może by taki nawet był dla niej dobry i nie miał ambicji jej bijać - wracając pijany i wściekły po wypłacie - ale co to za życie?
Chciała spotkać kogoś bogatego, z paszportem zagranicznym, z rodziną na emigracji, kto by ją wywiózł do Ameryki, do Francji do “ciepłych krajów”, żeby miała własną służbę i rezydencję.
40) Takiego kandydata na męża chciała spotkać, ale nikt się nie trafiał i bezczynnie przebiedowała lata osiemdziesiąte w wynajmowanych pokojach, jakby nieobecna, jakby nie żyjąc swoim życiem – z woli elit skazana na śmierć cywilną - przy boku nieudaczników wmawiających sobie, że ich miejsce w Polsce, w ukochanej “łojczyźnie”, gdzie po wiekowym zacofaniu w szlacheckim bezhołowiu budują nareszcie ustrój równych szans dla wszystkich ludzi,(teraz demokratyczny, tak jak przedtem socjalistyczny), podczas gdy tak naprawdę kisili się w nienawiści polskiego piekła, w którym się wszyscy nawzajem przeklinają i opluwają.
Po tym wypadku musiała się ukrywać, ponieważ ubecki kochanek, Żyd zresztą, ze znanej krakowskiej rodziny, zaczął ją namiętnie poszukiwać, szalejąc z zazdrości. A może gdy ochłonął, domyślił się, że mogła być dla niego niebezpieczna. Nie wykluczone, że wtedy chciał ją sprzątnąć z tego świata. Tak jak się usuwa wśród przestępców i oficerów wywiadu, niewygodnych świadków. Dlatego na jakiś czas wyjechała do Warszawy (tak mówiła znajomym inwigilowanym przez ubecję) a potem, po zniesieniu stanu wojennego, z daleka omijała niektóre rejony śródmieścia Krakowa.
Wielu z nich było członkami “Solidarności” i jednocześnie komunistycznej partii; bo jak mówili: żeby aby do czegoś dojść w tym kraju, trzeba się “zapisać dla chleba”. I tak dalej, przez cały okres stanu wojennego, aż do zwycięstwa w Magdalence, dzięki któremu “powstała wolna Polska, po to, żeby – jak pisał Żeromski – dygnitarz, przejeżdżając limuzyną ochlapywał błotem, żebrzących, bezdomnych dziadów”.
Jednakże - mimo tych haniebnych obyczajów nie odeszła tak zupełnie z konspiry, bo się bała, że nie będzie wiedziała co zrobić sama ze sobą - zresztą nie miała gdzie odejść. Tkwiła przy Tomaszu bo zawsze miał pieniądze i miała w nim oparcie udając jego studencką żonę. A Tomasz przy konspirze. I uparcie starała się o tym nie myśleć, że musi mieć na sobie zawsze czyste majtki.
A teraz? Teraz, poniewczasie, poczuła się stara i zużyta, zniszczona mnóstwem wypalanych papierosów i nakładanych na pojawiające się zmarszczki, niczym szpachlą na ścianę, różnych kosmetyków, kiedy Witkowi zaczęło brakować spermy, która się zrobiła jakaś wodnisto-bura i cuchnąca.


Komentarze
Pokaż komentarze