Zyd.
Żydowska kochanka – próby literackie
Odcinek 9 – Ach, ten profetyczny, przedwieczerz spirytystyczny
Czekając na przyjazd synowej snuła się jak śnięta ryba po parkietach przestronnych pokojów, potykając się jak ślepa i uderzając boleśnie o kanty. Nie tylko ona czuła się nieswojo, bo chociaż w pokojach zalegała pozorna cisza, to o atmosferze nerwowego napięcia świadczyły podekscytowane westchnienia, wytłumione miękkością artystycznych tkanin i zduszone okrzyki emocji.
Jan, Wiktor i Józef – “martyrologiczni wujowie” - denerwowali się nie mniej niż prawdziwi, nieszczęśni rodzice.
Kobiety sprowadzone do odkurzenia i wypucowania podłóg, odeszły wczesnym popołudniem, tylko kucharka z pomocnicą, pracując w kuchni na dole, świadczyły stukotem sztućców i naczyń, że przygotowania idą całą parą. Z dołu dobiegał szmer wody i brzęk szklanek. Kawior błyszczał czarnymi kuleczkami na porcelanowych talerzykach, francuski szampan chłodził się w dużych lodówkach, ale na piętrze, w reprezentacyjnej części domu, wszystko zastygło w niemym oczekiwaniu i dyszało z niecierpliwości.
Nikogo spoza “rodziny” nie zaproszono na to wesele, które miało być imprezą ściśle kameralną. Nie zaproszono dosłownie nikogo - bo cała rodzina wyleciała kominem. Za cały orszak weselny musiało wystarczyć trzech kostycznych panów; szczupły, ale czerstwy Józef, zażywny Jan i Wiktor o wyglądzie wędzonego dorsza. Teodor z Beatą mieli wystąpić w roli gospodarzy.
Gdy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi starsi panowie zasiedli do lekkostrawnego podwieczorku, złożonego z herbatników, miodu, owoców i kawy - jako, że właściwa kolacja miała być połączona z ucztą weselną.
Jedli w małej jadalni na górze, celebrując uroczystość napełniania żołądków i rozkoszowali się przeżywaniem każdego kęsa gęsiej wątróbki, każdego łyka wina, każdej chwili, niczym zawodowi buddyści, jedząc coraz wolniej i wymieniając półgłosem zgryźliwe uwagi. Leciutko stukały sztućce i filiżanki, pachniała kawa i chrupały ciasteczka, w dobrze dopasowanych, wypucowanych do porcelanowej białości sztucznych szczękach.
Pani Beata, snując się tam i sam, pytała czy wszystko smakuje. Wszystko odbywało się bez pośpiechu, zgodnie z ustalonym, wieloletnim rytuałem. Jedli uważnie, przeżuwając każdy kęs dokładnie, z namaszczeniem smakoszy, urozmaicając sobie posiłek przypominaniem sobie – pro hac vice, na tę okazję, dla ćwiczenia pamięci - łacińskich powiedzeń i cytatów...
Jak przystało na absolwentów przedwojennych gimnazjów klasycznych i miłośników antyku, całe lata wyszukiwali w książkach i słownikach, stosowne aforyzmy grecko-rzymskich pisarzy i filozofów.
Twierdzili, że wiara w człowieka śródziemnomorskiej kultury, w ideały klasycznej literatury, filozofii i sztuki, uratowała ich w Oświęcimiu przed zezwierzęceniem, zwątpieniem i śmiercią - pomagając zachować ludzką godność, wobec bestialstwa “germańskich bydlaków”. Sic!
41) Godziny wlokły się niemiłosiernie. Dochodziła dziewiętnasta i sądzono, że panna młoda, uwzględniając opóźnienia pociągów z Warszawy i trudności ze złapaniem o tej porze taksówki, dotrze tu z dworca nie wcześniej niż po dwudziestej drugiej albo nawet później; więc czekano spokojnie racząc się pralinkami “Wedla”, pomarańczami i kawusią. Przez okna wpływało ciepłe, wiosenne powietrze, a na ciemniejące od wschodu niebo, przybierające zielonkawy kolor jasnego fioletu, niczym kosmaty chrabąszcz, wschodził wielki, blady księżyc.
- O, spójrz Wiktorze... świecąca “lampa zakochanych”... Pamiętasz, co pisał o księżycu Anakreont, VI wiek p.n.e.? – mówili starsi panowie, wskazując jak się wytacza za dalekich wzgórz, rozsiewając po ogrodach srebrzyste blaski i zielone cienie.
To pewnie za sprawą księżyca ten wieczór nabrał jakiegoś uroczystego, profetycznego klimatu.
- Vinum tactificat cor - dał się słyszeć głos Jana, który zawsze usiłował błyszczeć na tle towarzystwa, ale tym razem zabrzmiał tonem bardziej uroczystym niż zazwyczaj.
- Owszem wino nie tylko rozwesela serce, jak mówi przytoczone przez ciebie przysłowie, ale również: In vino veritas - w winie prawda - poparł go Wiktor, zwany pieszczotliwie przez przyjaciół “Satyrem”, lub ze względu na szpotawość jego kulawej nogi: ”Kozłonogim”, “Kulawcem”, “Kuśtykiem”, albo “Faunem”.
Wprawdzie w chwilach złości nazywali go “Senioritą”, bo w Auschwitzu był homoseksualnym kochankiem różnych funkcjonariuszy, ale na co dzień nikt mu tego nie pamiętał, bo i po prawdzie, robił to z polecenia obozowego Ruchu Oporu.
Przed wojną nazywał się Glickman, po okupacji przybrał sobie nazwisko Starski (bezpieka wyrobiła mu taki dowód osobisty, jak i wszystkim Żydom – dając polskie nazwiska), lecz przyjaciele woleli go nazywać swojsko: “Frojma”, “Frojek”, od prawdziwego nazwiska: “Efraim”. Wiktor wolał jednak, żeby go nazywali “Florkiem”! Podobno pradziad Wiktora nazywał się dostojnie: “ben Akiba”, ale Wiktor nie chciał o tym słyszeć, mówiąc, że sobie przerobi nazwisko na “kapusta”, albo “marchewka”. Z biegiem czasu robił się coraz większym antysemitą.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)