Ani Kwaśniewski , ani Kaczyński nie są politykami z mojej bajki, dlatego obejrzałem debatę ze spokojem i bez oczekiwań, sine ira et studio. Trudno w takich wystąpieniach oczekiwać walki na jakieś nowe argumenty - wszystko, co mają do powiedzenia Kwaśniewski i Kaczyński jest nam wszystkim znane. Pozostaje więc wrażenie, jakie pozostawili po sobie.
Wrażenie, jakie ja odniosłem, to było nie miażdżące, ale zdecydowane zwycięstwo Kaczyńskiego. Wypowiadał się konkretnie, umiał przedstawić to, co jest dla niego ważne, słowem: mówił jak prawdziwy demagog. Potrafił wybrnąć z trudnych sytuacji, takich jak przypomnienie przez Kwaśniewskiego sprawy Kaczmarka. Nie dał się również sprowokować, kiedy Kwaśniewski próbował go zirytować jak Wałęsę, powtarzając mantrę o "oczywistości". Sprawiał wrażenie polityka, który chce zdobyć władzę i wie po co to robi.
Kwaśniewski wypadł na tym tle bezbarwnie. Jedyny konkret, jaki utkwił mi w pamięci z jego wypowiedzi, to to, że PiS należy odsunąć od władzy. Kwaśniewski popełnił kilka błędów: o wiele mniej od Kaczyńskiego się uśmiechał, mówił bardziej monotonnie, używał słownictwa politycznego, czyli mowy - trawy w stopniu większym niż Kaczyński. W oczach szarego obywatela stracił jeszcze, wprost mówiąc o tym, że jest za liberalizacją kodeksu karnego. Na jego miejscu bym ten temat pominął, naprawdę nie wiem jaką grupę elektoratu chciał uzyskać tą deklaracją.
Mam wrażenie, że Kwaśniewski nie spotkał jeszcze tak godnego przeciwnika. Kaczyński to nie Wałęsa, na tle którego Kwaśniewski wyglądał na światowca. Tutaj trzeba było czegoś więcej i okazało się, że Kwaśniewski tego nie ma. Natomiast Jarosław Kaczyńki bez żadnych kompleksów potrafił byłemu prezydentowi zadawać pytania, po których tamten sprawiał wrażenie zirytowanego. Potrafił też sprawić wrażenie człowieka, któremu o coś chodzi. Kwaśniewskiemu to nie wyszło.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)