Łukasz Foltyn napisał, a w obronę wziął go Ezekiel o tym, że dziecko nie jest własnością rodziców. Że o wychowaniu dziecka powinna decydować społeczność (społeczeństwo, a dla prawicy "naród", jak napisał Foltyn), ponieważ dziecko jest wynikiem nie tyle działania dwóch wolnych jednostek, co sytuacji społecznej. Ezekiel, wyciągając nieuprawnione wnioski z kilku komentarzy, w tym z mojego, zarzucił liberałom, że chcą wszystko uregulować na poziomie stosunków własności. Że rozważają dziecko albo jako własność społeczna, albo rodziców.
Jest to twierdzenie błędne. Mówię tu za siebie, ale jestem przekonany, że wielu liberałów, a szczególnie konserwatywnych liberałów mnie poprze.
Dyskusja nie dotyczy własności do dziecka, bo odrzucamy wszyscy pojęcia własności w odniesieniu do człowieka. Chodzi o prawo opieki nad dzieckiem i o prawo wyboru jak ta opieka ma wyglądać. Jak słusznie zauważył Łukasz Foltyn, dziecko nie jest w stanie dokonywać wyborów i nabywa tej umiejętności w procesie socjalizacji. Spór dotyczy właśnie tego procesu - jak socjalizować, kto ma socjalizować i do kogo ma należeć w tym procesie ostatnie słowo.
Według socjalistów dziecko jest dziełem - jak już pisałem - sytuacji społecznej, więc i o jego losach powinna decydować "sytuacja społeczna", wyrażona przez ustawy, paragrafy, zarządzenie ministra (np. Romana Giertycha), a na końcu egzekwowana przez urzędnika, pilnującego, czy wszystko jest tak, jak być powinno. I ja ten punkt widzenia odrzucam.
Oczywiście wychowanie dziecka powinno zależeć wyłącznie od rodziców. Rodzice powinni swobodnie wybierać szkołę dla dziecka, o wybranym przez siebie światopoglądzie. Powinni też możliwość mieć możliwość uczenia dziecka w domu przez prywatnego nauczyciela. Powinni też mieć możliwość od razu uczenia dziecka zawodu. Nie uzasadniam tego prawem własności do dziecka, tylko prawem bliskości.
Urzędnik, nie mówiąc o ministrze, ma tak naprawdę dziecko w głębokim poważaniu. Dziećmi zajmuje się od 7 do 15 z przerwą na obiad. Potem idzie do domu i zajmuje się swoimi sprawami (np. swoimi dziećmi). Jego stosunek do dziecka nie da się porównać z sytuacją rodziców, którzy najpierw dziecko poczęli, potem matka nosiła je przez 9 miesięcy we własnym ciele, następnie urodziła (nie raz w towarzystwie ojca), potem rodzice byli budzeni po nocach do karmienia, zmieniali dzieciakowi latami pieluchy, uczyli pierwszych słów i gestów. Poświęcenie, jakie wykazują dla dziecka, jest niemierzalne.
Dlatego to rodzice powinni mieć prawo do decydowania o wychowaniu dziecka, nie na zasadzie prawa własności, ale na zasadzie prawa miłości. Proszę zauważyć jak rzadko pada to słowo w socjalistycznym dyskursie o rodzinie. Mowa jest o sytuacjach, a o uczuciach cisza. Dlaczego tak jest? Otóż socjaliści nieświadomie odrzucają to, co wynika z decyzji pojedynczego człowieka. Wszystko sprowadzając do socjologii, do stereotypów, do psychologii, do tego co poznawalne i wyliczalne. Nie ma tu miejsca na decyzje wolnej woli, albo na bezwarunkowe i nieuzasadnialne uczucie. Dlatego wobec takiego uczucia - wobec miłości, socjaliści są bezradni i je ignorują. Stąd bagatelizują znaczenie rodziny dla dziecka, bo przyzwyczaili się nie zauważać podstawowej więzi, między rodzicami i dziećmi.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)