Z zajęć z profesorem Tymowskim na Uniwersytecie Warszawskim najsilniej utkwiła mi w pamięci pewna frapująca paralela dziejów. Otóż gdzieś na głębokości lat 60 profesor Małowist dyskutował na łamach "Past and Present" na temat podobieństwa rozwoju państwa afrykańskiego w Sudanie do Polski w X-XII wieku. Oba państwa znajdowały się na podobnym poziomie pod tym względem, że były tylko nadbudową nad plemienną/opolną strukturą społeczną, i że prowadziły rabunkowe wojny z sąsiadami, celem zdobycia niewolników i łupów. Natomiast zasadniczą różnicą było to, że Mali (tak się to państwo nazywało) miało łatwy dostęp do afrykańskich zasobów złota.
Losy Polski i Mali potoczyły się diametralnie różnie. Polska wkrótce weszła w fazę gwałtownego rozwoju, polegającego głównie na intensyfikowaniu osadnictwa i jego racjonalizacji, co znamy pod nazwą "kolonizacji na prawie niemieckim". W Afryce do niczego takiego nie doszło. Afrykańskie państwo wegetowało aż do 16 wieku, kiedy położyło mu kres Imperium Osmańskie. Zdaniem Małowista przyczyną stagnacji w Sudanie było właśnie łatwość w zdobywaniu zasobów. Złota było zawsze wiele, dzięki czemu elita władzy mogła kupować towary luksusowe, natomiast ludność żyła sobie spokojnie w wspólnotach wiejskich. Niewolników również było pełno, uzyskiwano ich łatwo w wyprawach przeciw okolicznym ludom. Nie było żadnego powodu, by cokolwiek zmieniać.
Sytuacja w Polsce była całkiem inna. Wyprawy wojenne przestały się opłacać, bo okoliczne państwa okrzepły i nie pozwalały się bezkarnie rabować. Niewolników było coraz mniej, eksploatacja ich nie przynosiła spodziewanych zysków, tak samo jak eksploatacja poddanych. Elity władzy musiały coś zrobić, aby znowu stać ich było na bogactwo na poziomie tego, co widzieli u sąsiadów. Stąd elity przystąpiły do reformowania swoich posiadłości, do osiedlania osadników na nowych, lepszych prawach, zobowiązując ich do czynszu pieniężnego. Musiały zaprzestać rabunkowej eksploatacji ludności, postawić na jej rozwój.
A teraz co ma to do antykoncepcji: dzisiejsze demokratyczne rządy postawiły na ograniczanie populacji. Postępują jak średniowieczny Sudan, nie próbują zrobić miejsca dla większej ilości obywateli, wolą spokój społeczny zamiast rozwoju. Rezultatem tego jest oczywiście kurczenie się rynku pracy, ludzi przecież jest coraz mniej w związku z dostępną powszechnie antykoncepcją i społecznym przyzwoleniem. Ale elity europejskie się tym nie przejmują. Przecież dysponują nieograniczonym rezerwuarem siły roboczej w postaci przybyszy w dzikich krain Azji. I nawet nie muszą ich porywać, sami przyjeżdżają. W ten sposób dokonywane jest nieprawdopodobne wprost marnotrawstwo potencjału ludzkiego. Do milionów zabitych w łonach matki i tych, którym uniemożliwiono w ogóle zaistnienie, trzeba doliczyć ich dzieci i dzieci ich dzieci. Proszę sobie wyobrazić ile to miliardów godzina pracy, ile to zysku dla przedsiębiorców (którzy się nie narodzili), ile to pomysłów, na które nikt nie wpadł, ile podatków, które nikt nie ściągnął. Ale jeszcze raz: elity mają to w nosie, bo uważają, że niewolników mogą sobie kupić ile wlezie, więc mogą sobie pozwolić na marnowanie demograficznego potencjału własnych narodów.
Może to prowadzić do dwóch rezultatów. Optymistyczny scenariusz: przybysze przynoszą swoją kulturę, i następuje jakaś synteza kultury europejskiej z tradycyjną. Było by to możliwe przy założeniu, że przybysze zdobędą władzę i to oni będą stanowić nową elitę. Przecież obecnym elitom władzy na niczym tak nie zależy jak na utrwaleniu obecnego stanu.
Demografia Europy wróci do równowagi w sposób naturalny, dzięki autoeliminacji autochtonów impregnowanych na kulturę tradycyjną i dzięki przejmowaniu jej elementów przez autochtonów bardziej otwartych. Tym elementem decydującym jest oczywiście rola kobiety: zadaniem kobiety będzie znów rodzenie dzieci i opieka nad domem.
Scenariusz pesymistyczny: nic się nie zmienia, przybysze asymilują się do kultury europejskiej w pełni, stają się prawdziwymi Europejczykami, przejmują europejski model rodziny. W tym momencie konserwuje się obecny, skrajnie niewydajny układ. I wszystko jest OK, dopóki w krajach Azji i Afryki wciąż jest kryzys, mortus i bieda i tubylcy o niczym nie marzą, jak o wyjeździe do europejskiego/amerykańskiego raju na ziemi.
Prawdziwe kłopoty zaczną się kiedy na skutek np. upowszechnienia się antykoncepcji w Afryce i Azji, albo na skutek rozwoju tamtych krajów, źródło taniej siły roboczej wyschnie. I co wtedy zrobią władcy Europy? Jak zapewnią sobie dochody w warunkach obecnego systemu bez dopływu wciąż nowych ludzi? Jedyne wyjście: wydajniej wykorzystać lokalne zasoby, spowodować boom demograficzny, czyli zabronić antykoncepcji. Oczywiście będzie to zachodziło stopniowo, jak dziś walczy się z papierosami. Będzie to zapewne majstersztyk propagandy. Zacznie się od wprowadzenia z przyczyn zdrowotnych granic wiekowych dla pigułek. Potem zacznie się akcja informacyjna na temat domniemanych lub prawdziwych skutków ubocznych stosowania antykoncepcji, albo o nieskuteczności prezerwatywy. Zakazy będą stopniowo zaostrzane, być może aż do całkowitego zakazu, motywowanego np. religijnie. Pytanie tylko - czy mieszkańcy Europy będą gotowi do podjęcia obowiązków, które tak beztrosko zarzucili? Czy pozwolą, aby to wszystko odbyło się spokojnie?


Komentarze
Pokaż komentarze (60)