Dziś "Dziennik" publikuje ściągę dla Tuska. Zapytał kilku "przedstawicieli młodego pokolenia", aby podpowiedzieli nowemu premierowi co w Polsce trzeba zmienić. Pragnę wierzyć, że zapytani nie wiedzieli, że mają udzielić rad premierowi rządu, i dlatego ich odpowiedzi na zadanie pytania były tak idiotyczne. Ale po kolei.
Tomasz Bagiński, ten od "Katedry": uważa, że trzeba rozbudować infrastrukturę (drogi, koleje (tak!), hale widowiskowe), oraz wesprzeć kulturę. Ale znacznie ważniejsza jest dla niego zmiana w mentalności Polaków. Chodzi mu o to, by zwalczyć Polskie malkontenctwo, że "tu nic nie da się zrobić". Jak niby szef rządu miałby to zrobić?
Maciej Stuhr również dostrzega, że problem Polski to infrastruktura. Ale ważniejsza dla niego jest kultura: "Polska kultura jest tym, czym możemy się pochwalić światu, i jest to coś, co świat chce oglądać. U nas natomiast jest traktowana po macoszemu. Często - ale na szczęście nie zawsze, ma ona w Polsce niewielu odbiorców". Interesujące: świat chce oglądać nasza kulturę, w Polsce "na szczęście nie zawsze" ogląda ją mało kto. Może artyści powinni zastanowić się na jaki rynek produkują swoje dzieła: na krajowy, czy na zagraniczny?
Dalej: "Czasami ze znajomymi dochodzimy do smutnego wniosku, że lepiej niż w wolnej Polsce dbano o kulturę w czasach PRL". Czyli wiemy już o co chodzi panu Stuhrowi. Chodzi o to, by państwo dbało o artystów i przepompowywało na różne sposoby pieniądze z kieszeni obywatela do kieszeni "sztukmistrzów". Maciej Stuhr jednak zapomina, że PRL: nie za darmo wspierało artystów. Wspierało owszem, ale tych właściwych, zaangażowanych w propagowanie właściwych treści. A bywało baardzo hojne. Np. facet, który zrobił plakat na zjazd partii, ten z robotnikiem przy sterze, dostał taką premię, że był w zasadzie ustawiony do końca życia. Komuniści inwestowali gigantyczne środki w propagandę. Czy to marzy się Stuhrowi?
Problem z takimi marzeniami jest taki, że czasem spełniają się na opak. Np. "oświeceniowcy" wybudowali w Polsce scentralizowaną machinę edukacyjną, a tu nagle ministrem oświaty został Roman Giertych. A jeżeli Giertych znów wygra i dostanie w zarząd ministerstwo kultury? Czy panu Stuhrowi marzy się wykonywanie zleceń pod zamówienie partyjnych bossów z LPR?
Krzysztof Ostrowski z "Cool kids of death" (to taki zespół rockowy) również uważa, że Polska kultura wymaga wsparcia. Szczególnie niezależna i popularna. Narzeka, że samorządy decydują się na napuszone i kosztowne ramoty, typu "Festiwal czterech kultur", a nie na festiwale sztuki popularnej. No i znowu pytam: co ma do tego rząd? Poza tym ja bardzo się cieszę, że w kulturę popularną nie inwestuje państwo. To jest jej siła: uzależnienie od odbiorcy, który ją bezpośrednio finansuje.
Raper Jacek Graniecki z kolei za główny problem uważa, że politycy narzucają nam za duże podatki. "A może w końcu sami by sobie odjęli ?" . Wtedy, jak rozumiem, politycy poszli by po rozum do głowy i zajęli się tym, co trzeba. Graniecki wskazuje na służbę zdrowia i edukację, ale niestety, nie mówi co właściwie trzeba tam zrobić.
Sławomir Shuty widzi podstawowy problem Polski w ochronie środowiska i walce z plastikowymi torebkami. Narzeka, że rząd "potrafi tylko opowiadać o tak zwanym patriotyzmie, co przekładało się na parady wojskowe oraz większą kontrolę społeczną ". Narzeka także, że policja zrobiła się bezczelna pod rządami Ziobry i dostają od niej w skórę zwykli ludzie, np. pijani rowerzyści. Tymczasem, za pijaństwo powinien odpowiadać ten, kto na nim korzysta: państwo i producenci spirytualiów.
Jakub Żulczyk uważa natomiast, że w Polsce brakuje wolności słowa (tak!). Dalej: uważa, że jesteśmy społeczeństwem zbyt kolektywnym (tak!) , podczas gdy Zachód to kultura myślenia indywidualnego (yes, yes, yes!)! To nic, że socjologowie diagnozują w Polsce znacznie niższy poziom społecznego zaufania i zaangażowania w organizacje, niż na indywidualistycznym Zachodzie. Dla Żulczyka to my jesteśmy kolektywistami, a tamci - indywidualistami. Dalej Żulczyk uważa za potrzebne wprowadzenie podatku liniowego i prywatyzację służby zdrowia. Z tych ostatnich rad, jak już wiadomo, Donald Tusk nie skorzysta.
To co narzuca się w tej ankiecie jest ograniczeni horyzontów do własnej dziedziny. Ankietowani nie potrafili wyjść poza narzekanie na niedostatki w finansowaniu kultury, albo skupiali się na sprawach społeczno - nieokreślonych, jak np. torebki foliowe, tudzież prawdziwa wolność słowa, która oznacza coś innego niż wolność słowa realnie obowiązująca. I nic dziwnego: "Dziennik" spytał o radę ludzi, którzy kompletnie nie znają się na funkcjonowaniu państwa. I nie powinni: to pisarze, muzycy, aktor, powinni dobrze znać się na własnej dziedzinie: powinni dobrze pisać, dobrze grać, dobrze rymować. Tymczasem "Dziennik" idzie za romantycznym mitem wieszcza prowadzącego lud i pyta artystów o sprawy, o których nie mają pojęcia. Po co, pytam? Czy nie ma młodych prawników, młodych przedsiębiorców, młodych samorządowców? Dlaczego ich nie spytano o to co powinien zrobić Tusk? Artyści udowodnili tylko, że na sprawach wykraczających poza ich dziedzinę znają się tyle, co pan Mietek spod budki z piwem. I to nie jest zarzut wobec nich - przecież są specami od czegoś zupełnie innego. Zidiocenie dotyka tu raczej redakcję "Dziennika", niż samych ankietowanych, którzy w dobrej wierze "powiedzieli co wiedzieli".


Komentarze
Pokaż komentarze (20)