Unia się wzmacnia. Rządom krajów Unijnych udało się wynegocjować traktat konstytucyjny (zwany od niedawna lizbońskim - niezły efekt pijarowski, z jednej strony nie ma już nic o tym że coś się jednak zmienia, reformuje, z drugiej Lizbona zyskuje reklamę), prawdopodobnie będzie on uchwalany przez parlamenty z pominięciem referendów krajowych. Doświadczenie z traktatem konstytucyjnym nauczyło eurokratów, że nie ma co przesadzać z tą demokracją. Jak zwykle ze sztucznymi systemami okazało się, że najsłabszym ich ogniwem są ich końcowi użytkownicy.
No i co my na to? My - tzn. ludzie, którzy nie cieszą się ze zwycięstwa koncepcji zacieśniania Unii Europejskiej. Ci, którym szczególnie nie podoba się zwycięski pochód lewicowych ideologii, których ukoronowaniem jest Karta Praw Podstawowych. Są ludzie, którzy są przeciw, ale ich głos brzmi słabiutko. Powody tego są moim zdaniem następujące:
- odwoływanie się do nieczytelnych, albo niemodnych, czyli przebrzmiałych stereotypów. Mało kogo przeraża możliwość wykupienia przez Niemców "naszej" ziemi. Stąd odwoływanie się do tradycji niepodległościowej jest bezcelowe. Również dlatego, że skutkuje tylko wobec osób starszych. Młodsi są wychowani na kulturze zachodniej, na amerykańskiej kulturze popularnej. A tam nie ma nic ani o powstaniach, ani o zaborach, ani o niepodległości Polski. Nie twierdzę tutaj, że odwoływanie się do historii jest niepotrzebne - ja sam często to robię, ale odwoływanie się tylko do historii Polski, nieutrwalonej w kulturze popularnej, jest mało skuteczne. Trzeba czegoś więcej.
- brak programu pozytywnego, bądź jego słabe akcentowanie. Jeżeli ludzie słyszą same psioczenie na Unię, podczas gdy korzystają z niej na różne sposoby - dopłaty, możliwość wyjechania do pracy, rynek zbytu dla producentów, to pukają się w czoło. A przecież nie jesteśmy przeciw zjednoczeniu się Europy. Nie przeszkadzają na ani otwarte granice, ani wolny handel. Trzeba więc zaproponować i możliwie silnie akcentować własny model integracji europejskiej, pozbawiony niewątpliwych wad lewicowej Unii.
Słowem kluczowym dla rozwiązania powyższych dylematów jest dla mnie właśnie "konfederacja".
- bardzo dobrym stereotypem, silnie zakorzenionym w kulturze popularnej wszystkich krajów o dużej recepcji kultury amerykańskiej (czyli cała Europa) jest mit amerykańskiej wojny secesyjnej. Walczyła wtedy - no kto ? - najczęściej zła Unia, z dobrą Konfederacją. Wśród mnóstwa filmów na ten temat chyba cały świat widział "Przeminęło z wiatrem" w różnych wersjach. Proszę zauważyć, że dla drugiej strony - dla unionistów - odwoływanie się do Unii z wojny secesyjnej, czyli do Jankesów, jest bardzo niewygodne. Dla lewicy zunifikowana Europa ma być właśnie przeciwwagą dla USA. My takich kompleksów nie mamy. Jeszcze jedno - z wojna secesyjną wiąże się sporo gotowych gadżetów, nic nie trzeba wymyślać. Jest flaga"krzyż południa", jest czapka konfederatka. Jest w czym wybierać, jest co lansować, jest do czego się odwoływać. A przy tym jest to materiał na kampanię ogólnoeuropejską, nie koniecznie wewnątrzpolską.
- Konfederacja Europejska jako koncepcja konkurencyjna dla Unii Europejskiej. Konfederacja powinna być koncepcją wspólnoty niepodległych i w pełni niezawisłych co do polityki wewnętrznej bytów politycznych. To co powinno odróżniać Konfederację od Unii jest akceptowanie różnic narodowych i postawienie tamy jakimkolwiek ruchom unifikacyjnym. Jest to dokładna odwrotność tego, co zamierza lewica: wprowadzenia przez instytucje ogólnoeuropejskie ponad lokalnymi parlamentami rozwiązań socjalistycznych i "postępowych" pod pretekstem walki z dyskryminacją czy ochrony praw człowieka. W Konfederacji "Karta praw podstawowych" była by dokumentem zbędnym, niepotrzebnym i pozbawionym mocy prawnej. W zamian Konfederacja powinna zakładać pełną wolność przepływu ludzi, kapitału i pracy wewnątrz krajów skonfederowanych.
No właśnie: krajów nie "zunifikowanch", tylko "skonfederowanych". Proszę również zwrócić uwagę na warstwę językową. "Unia" zakłada ruch ujednolicający. Stąd brak tego ruchu przywódcy europejscy odczytują jako stagnację, klęskę. Tymczasem "Konfederacja" zakłada, że takie ruchy są niepotrzebne. Brak unifikacji nie oznacza klęski, oznacza normalny stan rzeczy.
W ramach Konfederacji możliwa była by konkurencja podatkowa i socjalna między krajami Unii. Konkurencja, jak wiadomo, to ostatnio słowo niemodne na brukselskich i lewicowych salonach. Konkurencję ma zastąpić współpraca: Unia odgórnie ustali kto ile zarobi, na ile rynek ma być wony itd. Nie muszę chyba tłumaczyć nikomu, że tego rodzaju koncepcje to droga ku klęsce ekonomicznej.
Podsumowując: postuluję odwoływanie się w większym stopniu w propagandzie antyunijnej do stereotypów kultury masowej, a także rozbudowanie propozycji pozytywnej , która miała by zastąpić Unię. Czekam na wasze opinie.
Mały update: jeszcze jedno mi przyszło do głowy. W stosunku do Unii trzeba wykonać podobny manewr, jak środowiska lewackie wobec globalizacji. Otóż z antyglobalistów stali się alterglobalistami. Powinniśmy wziąć przykład i zanegować stereotyp eurosceptycyzmu. Nie jesteśmy eurosceptykami: jesteśmy alter-euroentuzjastami.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)