Grim Sfirkow Grim Sfirkow
150
BLOG

Tłamszenie, ucisk, indoktrynacja, czyli parę słów o polskiej szk

Grim Sfirkow Grim Sfirkow Polityka Obserwuj notkę 25

Ministrowie oświaty zmieniają się, karawan szkolny jedzie dalej. Okres okołoświąteczny, to czas stawiania ocen. Z punktu widzenia nauczyciela jest to czas, gdy chmara leniwych na co dzień uczniów chce się poprawiać, ale nada nic nie umie. Na dodatek dyrekcja oczekuje "pozytywnych rezultatów", czyli dobrych ocen, a przynajmniej dopuszczających.

Nauczyciel, który ocenia sprawiedliwie, jak moja żona, wg. ocen z całego roku, może się spodziewać nagany od dyrekcji. W dzień wolny, kiedy opiekowała się dzieckiem, zadzwoniła do niej dyrektorka "z mordą" i powiedziała, że nie zgadza się w jej sposobem oceniania i wystawiła za dużo zagrożeń na semestr. W dłuższej rozmowie wyszło, że chodzi o konkretnego ucznia (dam sobie rękę uciąć, że to dzieciak kogoś z samorządu, albo krewny/znajomy administracji szkolnej). Miał trzy jedynki i czwórkę. Dyrektorka uparła się, że z tego wychodzi dwója. Moja żona oświadczyła, że ta czwórka niewiele się liczy, bo to z mało ważnej pracy. Na to dyrektorka powiedziała, że w takim razie nie należy stawiać takich ocen, żeby była czysta sytuacja i żeby wychodziła bezwzględnie jedynka. Wtedy można takiego wyrzucić, a on nie ma żadnego punktu zaczepienia, żeby się skarżyć w kuratorium - wyjaśniła. Moja żona zdrowo się zdenerwowała i poważnie myśli o zakończeniu kariery w edukacji. Ona się stara, wysyła dzieciaki na olimpiadę (nikt od paru lat nie prowadził olimpiady historycznej), zadaje prace pisemne, a potem sprawdza je po nocach - potem dostaje opieprz, bo jakiemuś leniowi ośmieliła się postawić zagrożenie. Proszę zauważyć, że zarzuty wobec niej nie dotyczyły tego, że jest zbyt surowa. Ona była zbyt surowa wobec niewłaściwych osób, a za mało wobec innych.

To samo niemal zdarzyło się w innej szkole. Moja koleżanka wraz z resztą ciała pedagogicznego usłyszała od dyrekcji , że mają wystawić dopuszczające tym, którzy na nie nie zasługują, ale - uwaga, uwaga - w taki sposób, żeby uczeń był przekonany, że na to dopuszczające potrafi! Jak widać nauczyciel musi posiadać nieliche zdolności psychologiczne. Tak odpytać nieuka, żeby był przekonany, że coś potrafi - to sztuka. Zarówno moja żona, jak i koleżanka uważają, że poziom nauczania systematycznie obniża się. Że przychodzą roczniki coraz gorzej wyedukowane.

Jakie są tego powody? Na poziomie szkoły jest to oczywiście chęć utrzymania zatrudnienia. Mniej uczniów, to mniej klas, a to mniej etatów. Gdzie wtedy dyrektor pousadzałby swoich kolegów i koleżanki? A tu jeszcze jest samorząd, samorządowa administracja, i oni też mają kolegów i krewnych, którzy muszą z czegoś żyć.

Do tego dochodzą wymogi ministerialne i kuratoryjne. Przecież chodzi o to, by jak najwięcej dzieci kończyło szkoły. Przecież idziemy do Europy, edukacja to podstawa, więc musimy gonić czołówkę europejską w tej dziedzinie. Dlatego systematycznie obniżane są standardy i wymagania, aby jak najwięcej dzieci "miało szansę".

Podejrzewam, że nie jest to bez wpływu na jakość studiów wyższych. Moja koleżanka ze studiów, która została na uczelni uważa, że od naszych czasów poziom jest niższy, od studentów wymaga się mniej, a sami studenci nie są takimi entuzjastami, jak my. Widocznie studia wyższe kierują się podobną logiką co szkoły średnie: gonimy Europę, żyć z czegoś trzeba, więc przyjmujemy studentów ile się da. Pal licho studia humanistyczne, taką historię. To, że będziemy mieć kiepskich historyków, czy socjologów odczujemy boleśnie dopiero po dłuższym czasie, zresztą nie trzeba ich wielu. Gorzej z politechnikami! Przecież poziom matematyki to krytyczna sprawa w dziedzinach technicznych. A tym czasem i tutaj wymagania szkolne spadają. To tak stawiamy na "nowoczesną gospodarkę opartą na informacji"? Gospodarka potrzebuje specjalistów wysokiej klasy - skąd my ich weźmiemy?

Zastanawiam się, czy jest jakieś wyjście z tej swoistej równi pochyłej? Zakładam oczywiście, że żadnej poważnej reformy edukacji nie będzie. Wydaje się, że rezultatem będzie nieliczna grupa szkół o wysokim poziomie, wysysających zdolnych uczniów, oraz reszta szkół produkujących uczniów "pewnych, że umieją na dopuszczającą". Mądry rodzic będzie musiał zadbać, przez znajomości, lub naciski finansowe, żeby w dobrej szkole znalazło się miejsce dla jego dziecka. Głupi będzie się cieszył, że jego pociecha przynosi dobre oceny. Przewiduję też dalszy rozwój edukacji płatnej. W internecie jest chyba z dziesięć różnych portali internetowych specjalizujących się w pośrednictwie korepetycji. Rynek prywatny się rozwija. Ludzie chcą prawdziwej wiedzy i są gotowi za nią płacić - i to ratuje system edukacyjny w Polsce. Czyli jest analogicznie jak w służbie zdrowia. Nauczyciele, jak lekarze, odwalają za dnia lekcje byle jak za byle jakie pieniądze, a wieczorami uczą naprawdę, za pieniądze rynkowe. Założę się, że edukacyjni geniusze wyciągną z tego wnioski a'la Foltyn - że jest za mało pieniędzy w edukacji, że trzeba podnieść podatki, o jeden, no dwa procent. Przecież i tak dużo płacimy, to prawie nic... "A państwo powinno zapewnić edukację! To jego podstawowy obowiązek! Równość szans! Biedne, wiejskie dzieci! Europa! Demokracja!" I tak dalej...

Jest jeszcze jeden słaby punkt systemu. Otóż moja koleżanka - historyczna, drobna, przemiła osóbka, doszła po dziesięciu latach praktyki edukacyjnej do smutnego stwierdzenia, że jedyna naprawdę skuteczna metoda edukacyjna to tytułowe "tłamszenie, ucisk i indoktrynacja". Należy zdrowo nakrzyczeń na uczniów, wykpić, obsobaczyć, uciec się nawet do drobnej przemocy fizycznej i wtedy uczniowie szanują nauczyciela. Nawet uczą się czasem! Wtedy nauczyciel jest autorytetem. Natomiast promowane przez oświecone osoby z kuratorium metody nauki są dokładnie odwrotne. Mamy więc kwadraturę koła: najpierw przyjmuje się do szkół niewykształconą hołotę, na którą jedyną metodą jest pruski dryl, i każe się stosować metody jak wobec wychowanków seminarium duchownego, albo już zgoła aniołków. W ten sposób do nauczania zniechęca się nawet entuzjastów, gotowych uczyć nawet za małe pieniądze, którym uczenie sprawia satysfakcję. Negatywna selekcja się pogłębia: nie dość że nauczyciel jest finansowo zniechęcany do pracy, to jeszcze "tłamszenie, ucisk i indoktrynacja" dotyka jego, nie ucznia.

Popieram prawo własności, JOW, niskie podatki, przejrzyste prawo, karanie przestępców. Jestem przeciw uchwalaniu prawa, którego nikt nie będzie przestrzegał (poza frajerami). Nie mam nic przeciw skandynawskiemu modelowi państwa, o ile jego wprowadzanie rozpocznie się od przywrócenia monarchii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Polityka