W poprzednim poście rzuciłem garść nieuporządkowanych impresji na temat szkoły, wywołanych wieczorna rozmową przy winku z kilkoma (za przeproszeniem) członkami ciał pedagogicznych. W dyskusji podniosły się następujące głosy:
Misiu: szkołę należy sprywatyzować,
Katarzyna: szkoła wymaga zmian w ramach istniejącego systemu. Ponad to trudno się odnieść do mojego wpisu z powodu jego chaotycznego charakteru (fakt, zgadzam się - nie miał być uporządkowaną receptą, tylko impresją)
Krystynagra: szkoła to nie misja tylko zawód. Nauczyciel ma robić to, co od niego wymaga zatrudniający (no właśnie, czyli kto? ministerstwo? kuratorium? rodzice? samorząd?). Metody nauczania powinny być miękkie, nauczyciel ma nauczać, a nie uczeń ma sam się uczyć, stawianie jedynek i robienie kartkówek jest przeciwskuteczne. Nauczyciele powinni być szkoleni tak, aby realizowali taki, a nie inny sposób nauczania.
jlv2: Poziom wiedzy spada, a to przez rozganizowanie szkoły na jak najdłuższe trzymanie ucznia w szkole. Wcześniej było więcej szkół dających od razu zawód. Dłużej uczyli się ci, co naprawdę chcieli.
Reszta wypowiedzi była jakąś pochodną powyższych bądź dyskusją pomiędzy nimi (do Jana Szpargatoła Machwiśni - i my się skłaniamy ku podobnemu rozwiązaniu. Może nawet jeszcze radykalniej - moja żona mysli w ogóle o zerwaniu z edukacją).
Racje ma niewątpliwie jlv2 - pod panowaniem p. Łybackiej zmieniono system edukacji tak, aby jak najdłużej utrzymywał dzieciaki w szkole. Na dodatek argumentowano to wyżem demograficznym. Jeśli młodzi ludzie posiedzą dłużej w szkole, to będzie mniejsze bezrobocie itd. Jest to myślenie z gruntu fałszywe a jego zastosowanie wywołało bardzo złe skutki. Rynkowi pracy to nie pomogło, bo niby jak? Człowiek niepracujący siedzący w szkole jest takim samym niepracującym, jak niepracujący siedzący w domu, za to w statystykach wygląda to lepiej. Przesunięto tylko wiek, kiedy młodzi ludzie wchodzą w dorosłość. W ten sposób także zdjęto z rynku ludzi, którzy mogli by pracować i zarabiać pieniądze, napędzając gospodarkę. Zmarnowano młodym ludziom rok życia na siedzenie w ławce i nic nierobienie.
Spróbuję teraz sformułować, co moim zdaniem dolega edukacji. Najpierw spójrzmy na paradygmaty, na jakich opiera się w Polsce myśl o edukacji:
1. ideologizacja. Edukacje pojmuje się jako misję cywilizacyjną, można powiedzieć "uczłowieczanie". Człowiek bez matury to pół człowieka, bez szans na przyzwoite zajęcie, skazany na handel narkotykami i prostytucję. Przerysowałem oczywiście, ale chciałem oddać możliwie wyraźnie sposób myślenia, który prowadzi do wniosku: edukacji stopnia średniego powinien być poddany każdy. Praktyka oczywiście przeczy temu, że człowiek bez edukacji niczego nie osiągnie. Stąd wynika też przekonanie o konieczności finansowania oświaty z podatków na każdym etapie.
2. rynek pracy wymaga ludzi wykształconych. Jest to również twierdzenie fałszywe. Po pierwsze nie każdy nadaje się do skomplikowanych zawodów. Po drugie gospodarka wymaga również ludzi bez kwalifikacji. Oni też są potrzebni na rynku pracy do nieskomplikowanych czynności. Przerobiły to w praktyce kraje zachodnie, których gospodarka pochłania miliony niewykształconych imigrantów.
3. zawody są coraz bardziej skomplikowane i dlatego trzeba się uczyć dłużej. To także nieprawda. Problemem Polski jest ostatnio niedobór budowlańców, spawaczy, stolarzy i innych ludzi wykształconych w zawodach rzemieślniczych. Kompetencje do takich zawodów zdobywano ongiś w technikach i zawodówkach. Niestety, pani minister od reformy zabrakło wyobraźni i zawodówki zlikwidowała. Zamiast tego powstały licea profilowane, jako najgorszy gatunek szkoły średniej. Szkoły te nie przygotowują do niczego: ani do zawodu, ani do matury (bo uczniowie są za głupi). W ogóle w większości prac człowiek i tak robi to, czego w szkole nie miał szans się nauczyć.
Prócz tego istnieje niezrozumiałe dla mnie przekonanie o konieczności istnienia egzaminu maturalnego. Prawdopodobnie największe znaczenie mają to zaszłości historyczne i owczy pęd. Racjonalnego wyjaśnienia matury -szczególnie jako centralnego egzaminu z komisjami- nie widzę, ponieważ o wiele lepszy jest egzamin na studia. Jest tańszy, o wiele mniej uczniów w nim uczestniczy, a jego poziom i zawartość merytoryczna jest przystosowana do danej uczelni.
Co należy zrobić z oświątą?
Diagnoza:
System edukacji stoi na głowie. Z punktu pierwszego wynika, że jest traktowany jak sztuka dla sztuki. Edukujemy dzieci po co? Po to, by były wyedukowane. Łączność rynku pracy ze szkołą nie istnieje. Nie da się jej zrealizować w biurokratycznym, centralnie sterowanym układzie, który na wszelkie impulsy rynku reaguje z wieloletnim opóźnieniem. Wszelkie ruchy w celu stworzenia bardziej praktycznego modelu edukacji nie odbijają rzeczywistego zapotrzebowania uczniów i rodziców, ale są projekcją wyobrażeń o świecie fachowców od edukacji. Fachowcy ci przeważnie nie pracowali nigdy poza edukacją i poza firmami państwowymi stąd trudno od nich oczekiwać realnego poglądu na świat. Ale nawet gdyby byli myślący, to i tak hamuje wszystko rozbudowana biurokracja, przepisy, brak gotówki na wszystko.
Rozwiązanie:
Szkołę należy postawić na nogach, nie na głowie. Celem zdobycia edukacji nie jest sama edukacja, tylko nabycie potrzebnych w życiu umiejętności. To z punktu widzenia ucznia i rodzica. Z punktu widzenia państwa: system edukacji powinien działać tak, aby ludzie zdobywali wykształcenie odpowiadające ich zdolnościom i potrzebom rynku pracy. Tego nie da się zrobić w obecnym systemie.
Po pierwsze należy zrezygnować z egzaminu maturalnego. Jest to sztuczny egzamin nic nie dający na rynku pracy. Na rynku liczą się praktyczne umiejętności. Na studia (płatne) powinni być przyjmowani wszyscy ci, którzy zdadzą egzamin, niezależnie od ich wcześniejszej drogi edukacyjnej.
Pytanie więc: do czego powinny uczyć licea, jeżeli nie będzie matury? Odpowiedź: licea powinny przygotowywać do studiów. Proste, prawda? Czyli szkoła (nauczyciel danego przedmiotu) powinien nieustannie śledzić wymagania na pierwszym roku studiów na odpowiedniej dla siebie uczelni i do niego przystosowywać program nauczania. Tak robią obecnie nauczyciele - korepetytorzy. Jeżeli mogą robić to na prywatne lekcje - to mogą również na lekcje w szkole.
Kolejny problem - jak zorganizować szkoły średnie i podstawowe? Po pierwsze trzeba zrezygnować z nauczania wszystkich dzieciaków do 18 roku życia. 14 lat - to powinna byc granica obowiązkowej edukacji. Trzeba przyjąć do wiadomości, że większość uczniów nie nadaje się do dalszej nauki, że o wiele lepiej będzie, jeśli zaczną pracować i zarabiać na siebie. Ich przyszła kariera nie będzie się w żaden sposób opierać na wiedzy zdobytej w szkole, dlatego im szybciej z niej odejdą i zaczną naukę swojego zawodu, tym lepiej. Będą mieć szansę dalej zajść i więcej zarobić. Trzymanie ich w szkole działa na ich szkodę.
Szkoły podstawowe powinny być finansowane przez bon edukacyjny. Tutaj trzeba zapewnić, aby rzeczywiście każde dziecko mogło odbyć chociaż podstawową edukację, a to dlatego, żeby można było wyselekcjonować tych uczniów w których warto później inwestować środki. Szkoła średnia powinna być płatna, a najlepsi uczniowie (bez względu na status materialny) powinni mieć zagwarantowane bezpłatne nauczanie. Ostatecznie (konieczny kompromis) szkoły średnie również mogły by działać na bonie edukacyjnym. To nie jest zły pomysł, ale pod jednym warunkiem: jeżeli umożliwi się aby rodzice mogli wykupywać uczniom dodatkowe zajęcia w ramach zajęć szkolnych. Ludzie, którzy poważnie myślą o przyszłości dziecka i tak wydają masę pieniędzy na korepetycje. Dlaczego nie mieli by wydawać tych pieniędzy w ramach szkoły? Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, to państwo powinno pozostawić wolną rękę samorządom. Kuratorium powinno zostać zlikwidowane. Ministerstwo oświaty zresztą również.
Najważniejsza część reformy: państwo powinno ułatwić powstawanie szkół prywatnych. Teraz robi co może, żeby nie powstawały, a to z powodu absurdalnie wyśrubowanych norm sanitarnych. Dziś, by założyć szkołę, trzeba wyłożyć "na dzień dobry" masę pieniędzy na przystosowanie budynku do wymagań Sanepidu. W oczywisty sposób hamuje to rozwój branży, bo mało kto ma na wydanie górę pieniędzy, a jeśli ma, to woli włożyć to w lepszy interes.
Last but not least: likwidacja karty nauczyciela. Dziś ta swoista "magna carta libertatum" wyłącza szkołe z normalnej, kapitalistycznej gospodarki. Powoduje, że dyrektor szkoły nie może w prosty sposób kształtować polityki kadrowej placówki. Swoista lista rang obowiązująca w nauczycielstwie powoduje, że nauczyciele kierują swój wysiłek na kompletowanie makulatury potrzebnej do uzyskania kolejnego "czynu", a nie na to, do czego są powołani - na nauczanie. Jeśli ktoś nie wie - kompletowanie tejże makulatury polega najczęściej na wyszukiwaniu wzorców w internecie, albo na bezczelnym kopiowaniu od kolegów i koleżanek. W ogóle likwidacja bezsensownej biurokracji jest konieczne - rację ma tu pani Katarzyna.
Podsumowując:
Edukacja potrzebuje zdjęcia czapy administracyjnej w postaci kuratorium i ministerstwa, dofinansowania przez zezwolenie na współpłacenie przez rodziców- analogicznie jak planuje się w służbie zdrowia, prywatyzacji przez stworzenie bonu edukacyjnego i ułatwienie powstawania nowych szkół, wreszcie na rezygnacji z nikomu niepotrzebnego i kosztownego egzaminu maturalnego. To są rzeczy, które moim zdaniem zrobić trzeba. Szczególnie istotne jest zezwolenie na finansowanie dodatkowych zajęć przez rodziców - te właśnie posunięcie może spowodować, ze szkoła zacznie elastycznie reagować na potrzeby rynku pracy.
Natomiast nie wiem co zrobić z nauczaniem zawodowym. Zdrowy rozsądek podpowiada, że pracodawcy są sami zainteresowani w tym, aby ich pracownicy umieli to, co trzeba, i że zadbają o ich wykształcenie. Może więc wystarczy nic nie robić w tej dziedzinie?


Komentarze
Pokaż komentarze (24)