Ostatnio robi w internecie karierę ten oto bannerek:

Co ciekawe, mają go ludzie o poglądach raczej eurosceptycznych, albo członkowie "opozycji antydemokratycznej", jak trafnie określił tę opcję P. T. Waszkiewicz. A więc widzimy go u Freemana, u prof. Chodakiewicza, u Jewropejczyka, u Geralta, u mnie no i pewnie jeszcze u paru osób. Natomiast nie zauważyłem tego znaczka u nikogo, kto by popierał stronę "światłogrodu", wolności, tolerancji no i - demokracji. Dlaczego? Znaczek ten nawołuje do podpisania petycji o referendum w sprawie przyjęcia kolejnego traktatu reformującego Unię. Wydaje się więc, że zwolennicy demokracji, przeniesienia jej na poziom ogólnoeuropejski, powinni popierać tego rodzaju pomysły.
Dlaczego tak się dzieje? Wydaje mi się, że demokraci rozumieją pod pojęciem demokracji coś innego niż danie ludziom możliwości kształtowania rzeczywistości prawnej w ich państwach. Spójrzmy jakie wartości jako szczególnie cenne wymienił ostatnio arcydemokrata prof Sadurski:
1. realna równość szans
2. tolerancja
3. bezstronność światopoglądowa
4. solidarność międzynarodowa
Symptomatyczne, że Wojciech Sadurski nie wymienił tu takiej demokratycznej wartości jak "możliwość ustalania przez obywateli porządku prawnego zgodnie ze swoimi moralnymi przekonaniami, tradycją, religią i obyczajami". I
nic dziwnego. Przecież taka cecha demokracji powoduje, że obywatele mogą zakwestionować zarówno zasadę równości, czy tolerancji. Na przykład przez ustalenie nierozerwalności związku małżeńskiego (przerażająca perspektywa...).
Demokraci odpowiedzą pewnie, że demokracja to nie tylko procedury wyborcze, to także duch demokracji, który każe szanować mniejszości. Ja w takiej sytuacji obawiam się, czy "duch" i "wartości" nie znaczą dla demokratów więcej niż procedury demokratyczne? Czy w walce o realizację zasad demokracji, demokraci są gotowi poświęcić procedury: głosowania, wybory , referenda, jeśli będą mieć uzasadnione podejrzenie, że wartości demokratyczne mogą być demokratycznie podważone? Czy rezygnacja z referendum w sprawie uznania Traktatu Lizbońskiego nie jest pierwszym krokiem na drodze do wyeliminowania wyborcy z procesu decyzyjnego?
Jest w tym jakaś logika. Przecież jeśli wartości demokratyczne zostały urzeczywistnione (przez traktat konstytucyjny, deklarację praw podstawowych), to każda zmiana polityczna jest zmianą na gorsze. Obywatele nie powinni już zmieniać zaistniałych "demokratycznych" warunków, polityka się skoczyła.
To nie byłby pierwszy raz w historii, gdyby to demokraci zamknęli demosowi usta. Historia starożytna obfituje szczególnie w różnych tyranów, którzy szli do władzy właśnie po ty, by bronić lud. Najsłynniejszy, to Juliusz Cezar. Inny, równie chyba sławny, to syrakuzański tyran, Dionizjos. Historia nowsza również zna przykłady demokratów - jednowładców. Kimś takim był przecież Hitler, sprawujący władzę dla narodu, "wspomagający wolność" każdego Niemca do posiadania mieszkania i Volkswagena. Zresztą za demokratę uchodził Stalin, a rewolucja francuska, z jej okrucieństwami i absurdami to przecież narodziny demokracji w jej współczesnym wcieleniu.
Mam więc wrażenie, że na naszych oczach demokracja ginie. Ale nie zabijają jej arabscy terroryści, ani nie "wyrośnięci chłopcy o twarzach ukontentowanych aniołków", ani członkowie "opozycji antydemokratycznej". To sami demokraci skazują ją na śmierć.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)