Grim Sfirkow Grim Sfirkow
95
BLOG

Dyscyplina na historii

Grim Sfirkow Grim Sfirkow Polityka Obserwuj notkę 12

Na Salonie rozgorzała dyskusja o dyscyplinie wśród studentów. To ważny temat i chętnie podzielę sie kilkoma refleksjami. 

Dr Wielomski  niewątpliwie ma rację dostrzegając postępującą zapaść intelektualną w kolejnych rocznikach. Nie przypisywał bym tego rokowi 1989, raczej znaczenie ma tu data wprowadzenie reformy gimnazjalnej. Są jednak inne powody, dla których wykształcenie wyższe staje się fikcją, a mianowicie sposób działania wyższych uczelni.

Jestem weteranem dwóch uczelni i trzech kierunków, z których z sukcesem zakończyłem dwa. W zajęciach uczestniczyłem na czterech różnych wydziałach. Pozwoliło mi to obserwować różne metody pracy. Na kierunkach technicznych wiedza była przekazywana w sposób najbardziej zdehumanizowany (Politechnika, MIMUW): wielkie sale wykładowe, na ćwiczeniach i laboratoriach kilkadziesiąt osób, egzaminy pisemne. Na kierunkach humanistycznych (Ekonomia i Zarządzanie) było nieco lepiej (mniejsze grupy). Uczestnicząc tam w zajęciach czułem się wciąż jak uczeń liceum.

Na tle tych wydziałów, mój najważniejszy wydział, czyli Instytut Historyczny UW, jawił się jako oaza edukacji starego typu. I to nie tylko moje spostrzeżenie. Jeden z wykładowców na MIMUW (czyli Wydział Matematyki Informatyki Mechaniki UW), uczestniczący w projektowaniu i wdrażaniu USOS ' u (system obsługi studiów), opisywał nam na zajęciach problemy związane z wdrażaniem projektu. I jako jeden z przykładów podał Wydział Historyczny: "wiecie państwo, jest u nas na Uniwersytecie taki jeden wydział, nazywa się historyczny, gdzie nie ma egzaminów pisemnych dla wszystkich, każdy może wybrać sobie u kogo zdaje egzamin, i robi to ustnie. Na dodatek robi to u nobliwego profesora, który nie umie włączyć komputera...  I jak my ich mamy zinformatyzować?"

Już kiedy studiowałem, system studiów na IHUW był uważany za archaiczny. A polegał na tym, że student miał naprawdę bardzo wielką dowolność zaliczania przedmiotów w danym roku. Prócz zajęć obowiązkowych należało zdać egzamin z dowolnej epoki u wybranego przez siebie profesora, oraz napisać pracę roczną u wybranego przez siebie wykładowcy. Po pierwszym roku, gdzie jeszcze były jakieś ogólne listy i zapisy, zaczynał się okres niemal całkowitej samowolki. W systemie tym ogromną rolę pełnił osobisty kontakt pomiędzy wykładowcą a studentem. Student rzeczywiście pisał pracę pod kierunkiem wykładowcy, zaś na egzamin roczny umawiało się swoją listę lektur i był oczywiście egzamin indywidualny i ustny.  Przeciętnie taki (indywidualny!) egzamin trwał 1.5 godziny. Nie muszę chyba dodawać, że na studenckiej giełdzie krążyły najróżniejsze, mrożące krew w żyłach opowieści o wykładowcach i przygodach egzaminacyjnych. Pierwsze miejsce w nich miał oczywiście niezapomniany profesor Ziółkowski...

Jeszcze słowo o wykładach: bywałem na wykładach, gdzie profesor mówił dla dwóch osób. Krążyła też legenda o świętej pamięci profesorze Wasilewskim, że kiedyś prowadził wykład dla pustej sali... Oto stara szkoła.

Nie wiem, czy system ten do dziś się utrzymał. Łatwo policzyć, że gdyby zrobić test dla całego rocznika, to w 1.5 godziny wszyscy mogli by zdać egzamin z epoki. Jaka oszczędność czasu i pieniędzy, prawda? Mam jednak nadzieję, że nikt tego nie próbował zmienić. Studia historyczne straciły by w moim odczuciu sens. 

Tak czy inaczej: system studiów również ma wpływ na sposób studiowania. Jeśli wykładowca ma do czynienia z małą grupą, jeśli zalicza zajęcia indywidualnie z każdym studentem, jeśli niejako wspólnie opracowują pracę roczną, to jest możliwość nauczenia czegoś. Trudno też łamać dyscyplinę zajęć, jeśli samemu je się wybrało i prowadzone są na wysokim poziomie. Ba, człowiek słabo przygotowany  jest cichy jak mysz pod miotłą i modli się, żeby wzrok prowadzącego nie padł na niego. Ciężko też o to, by nie przeczytać lektur na własny egzamin - chyba, że się nie oczekuje dobrej oceny. Egzaminujący profesorowie nie znali litości, szczególnie dla studentów pierwszego roku.

Upowszechnia się jednak inny system, bardziej wydajny finansowo. Dzieje się to kosztem indywidualnego kontaktu, pomiędzy wykładowcą, a studentem, także kosztem dyscypliny. Jeśli przyjmuje się jak najwięcej studentów, system studiów jest nakierowany na przerób masy, a nie na pracę indywidualną i rozwijanie własnych zainteresowań przez studenta - to oczywiście poziom musi być niższy. Trudniej opanować salę, kiedy wykład prowadzi się dla ponad setki, niż dla kilkunastu osób. No i oczywiście, jeśli profesor prowadzi kilkadziesiąt prac magisterskich czy licencjackich na raz, to jego uczestnictwo w powstawaniu pracy jest fikcją. 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że historia to szczególny przedmiot, i że w tej dziedzinie wiedzy prawdopodobnie można więcej. Myślę jednak, że w pogoni za wynikami ilościowymi i finansowymi, wyższe uczelnie gubią coś bardzo ważnego.

Popieram prawo własności, JOW, niskie podatki, przejrzyste prawo, karanie przestępców. Jestem przeciw uchwalaniu prawa, którego nikt nie będzie przestrzegał (poza frajerami). Nie mam nic przeciw skandynawskiemu modelowi państwa, o ile jego wprowadzanie rozpocznie się od przywrócenia monarchii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka