Nie wiem na ile świadomie, ale ministerstwo edukacji pracuje na elitaryzację oświaty. Co ciekawe, jest to kierunek dokładnie odwrotny od postulowanego przez podsekretarzy z ministerstwa. Wszak celem ostatnich zmian jest wyrównywanie szans pomiędzy biednymi i bogatymi, pomiędzy mieszkańcami miast i wsi itd.
Ministerstwo planuje wprowadzić przymusowy przedszkole (na razie tylko pięciolatki) oraz posłać dzieci o rok wcześniej do szkoły. Uważam to za głupotę, znam sporo ludzi, którzy radzili sobie w szkole świetnie, a do przedszkola nie chodzili. Ministerstwo kieruje się tu jednak nie rozsądkiem, tylko statystyką. Statystycznie rzecz biorąc, przedszkole statystykę ocen poprawia.
Jednocześnie: ministerstwo obniża systematycznie poziom nauczania. Takie umiejętności, jak ułamki, płynne pisanie i czytanie, uczniowie osiągają rok (co najmniej) później niż w "naszych czasach". Z egzekwowania takich umiejętności, jak ortografia chyba w ogóle się rezygnuje (sądząc po klasówkach licealistów, jakie sprawdza moja żona). Moje pytanie więc brzmi - po co dzieci ciągnie się do szkoły rok wcześniej, skoro będą tam uczyć się mniej? Jaka jest w tym logika? W takim układzie jedyny rezultat, to będą dodatkowe godziny w szkole dla nauczycieli, żadnego pożytku dla ucznia i rodzica. Czy w takim razie planowana reforma jest tylko planem lobby nauczycielskiego, które chce zapewnić godziny nauczycielom w czasach demograficznej posuchy?
Druga sprawa, to samo obniżanie poziomu. Jaki ma to sens, naprawdę nie rozumiem. Przecież dzieciaki będą miały mniejsze szanse na rynku pracy, jeśli będą mniej zdrożone w zdobywanie umiejętności i systematyczną pracę. Czy ministerstwo ma jakąś inną logikę? Prawdopodobnie tak: ich zdaniem większe szanse, to papier ukończenia szkoły w ręku, a nie wiedza i umiejętności w głowie, inaczej tego nie potrafię sobie wytłumaczyć.
Trzecia sprawa: zmiana sposobu nauczania tak, aby uczyć umiejętności, zdobywania wiedzy, kojarzenia faktów, a nie wykuwania na pamięć. Jest to myślenie z gruntu błędne. Aby kojarzyć fakty i zdobywać umiejętności, konieczne jest posiadanie pewnej wiedzy podstawowej. Bez tego nie ma jak uczyć się umiejętności. W ogóle podstawowa umiejętność to zdobywanie i porządkowanie wiedzy. Bez porcji informacji wykutych na blachę ani rusz. Tak samo jak tabliczka mnożenia - przecież każdemu uczniowi można by kupić kalkulator, ale chyba nie o to chodzi? Nauka pewnych rzeczy na pamięć służy ćwiczeniu umysłu, jest celem samym w sobie. Wreszcie - odwrót od nauki pamięciowej to pozbawienie szans, a nie wyrównanie, uczniów mniej inteligentnych, ale pracowitych. W modelu docelowym (rozumowym) jest spora grupa uczniów, która ani nic nie rozumie, ani nie ma wiedzy.
W ten sposób szkoła publiczna znajduje się na równi pochyłej. Powyższa polityka jest realizowana przez wszystkie kolejne rządy od czasów min. Handkego. Jest to dowód na to, że owczy pęd wśród ludzi wykształconych, albo uważających się za takich, jest znacznie groźniejszy, niż wśród ludzi prostych. Tezy wielokrotnie sfalsyfikowane są wciąż uważane za prawdziwe na mocy autorytetu słowa pisanego, "naukowego", pochodzącego "z Zachodu". Zmieniają się rządy, a tymczasem polityka edukacyjna pozostaje ta sama, bo obie strony sporu politycznego podzielają ten sam zbiór mitów i stereotypów, przynależny ludziom wykształconym.
W wyniku tych procesów nieuchronne jest powstawanie szkół "prawdziwych", tj. takich w których się uczy. Jest popyt, będzie podaż. Np. ja chciałbym wysłać syna do takiej szkoły, gdzie prócz kojarzenia faktów, które było przecież potrzebne także w dawnej szkole, będzie miał dyktanda z ortografii, będzie musiał wykuć dopływy Wisły lewobrzeżne i prawobrzeżne, a matematyk będzie sadystą. To jest szkoła - stawianie wymagań. Będą to szkoły prywatne, będzie ich mało, niestety będą drogie. Ale cóż poradzić? Czy mam skazywać własne dzieci na to, by były głąbami? Nie ma wyjścia, trzeba będzie zacisnąć pasa.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)