Grim Sfirkow Grim Sfirkow
167
BLOG

Patriotyzm i racjonalizm (dedykowane W. Cejrowskiemu)

Grim Sfirkow Grim Sfirkow Polityka Obserwuj notkę 28

Cyncynat zadał mi właściwe pytanie: czy wyznając patriotyzm mogę kierować się rozumem? Czy w ogóle postępowanie takie poddaje się racjonalnej analizie, czy też jest rodzajem wpojonego odruchu? Czy w takim razie mogę w ogóle oceniać czyjąś decyzję o opuszczeniu kraju?

Odpowiedź nie jest prosta. W pierwszym odruchu wydaje się, że patriotyzm jest postawą aracjonalną, emocjonalną. Zapewne do pewnego stopnia tak jest. Jednak czy taka ocena nie wynika z przyjętego a priori założenia, że postawa kosmopolityczna, egoistyczna czy indywidualistyczna, jest postawą racjonalną? Przecież nasza miłość własna również jest pewnego rodzaju uczuciem. W tym sensie indywidualizm jest równie emocjonalny. Stąd też uważam, że patriotyzm jest wyborem na innej płaszczyźnie, mianowicie na płaszczyźnie moralnej. Wybór postawy wobec wspólnoty jest pierwotny wobec racjonalności. Kiedy dokonamy już wyboru moralnego, wtedy dopiero możemy kierować się rozumem po torach wytyczonych przez ten wybór.

Z drugiej strony patriotyzm jest do pewnego stopnia uwarunkowany naszym egoizmem. Przecież jest to postawa pozytywnego zaangażowania nie wobec jakiejś teoretycznej zbiorowości, tylko realnie istniejącej, w której uczestniczymy. Pisałem już o tym kiedyś, że patriotyzm wydaje sie być umiarkowanym "złotym środkiem" pomiędzy całkowitym egoizmem, a miłością do całej ludzkości, siłą rzeczy teoretyczną. W tym sensie patriotyzm jest postawą rozumną i racjonalną. Nasze życie zależy od kondycji wspólnoty w jakiej żyjemy, stąd dbamy o nią w swoim własnym, indywidualnym interesie.

Patriotyzm jest więc postawą moralnie pozytywną, nastawioną na dobro wspólne. W konkretnej sprawie emigracji pytanie brzmi: w jakim stopniu moralny jest wybór innej wspólnoty niż tej, w której się urodziliśmy? Czy wyrzeczenie się swojej wspólnoty narodowej jest moralnie wartościowalne, a jeśli tak, to czy może być to wartość in plus?

Uważam, że prosta odpowiedź, prawdziwa dla każdego nie jest możliwa. Warunkuje ją sytuacja konkretnego człowieka, jego umocowanie w dotychczasowym środowisku, jego osobiste doświadczenie moralne i rodzinne. Mogę więc dać tylko odpowiedź za siebie. A odpowiedź ta brzmi - w mojej sytuacji wyjazd z Polski byłby czynem głęboko niewłaściwym.

Patriotyzm to pewien wpojony odruch. Większość ludzi nie rozważa takich spraw, kieruje się odczuciami, odruchami i koniecznością. Już na tym poziomie odczuwam pewien odruchowy sprzeciw wobec wyjazdu, na zasadzie zwykłego przywiązania do miejsca, ale oczywiście mógłbym to w sobie zwalczyć.

Drugi poziom zamocowania w "tu i teraz", to nasze powiązania rodzinne. Tutaj ma znaczenie to, co nazwałem osobistym doświadczeniem moralnym. Wzorem w tej sprawie jest dla mnie mój dziadek. Do dziś, gdy Dziadek już dawno umarł, przy świątecznym stole, kiedy Ciotki (Dziadek miał same córki) wypiją kielicha, rozmowa schodzi na fatalne skutki jego powojennej decyzji o powrocie do Polski. Dziadek wojnę spędził w Niemczech najpierw jako "niewolnik publiczny", czyli jeniec wykonujący ciężkie prace, a potem jako "niewolnik domowy", czyli człowiek zatrudniony prywatnie, osiągający jakiś dochód, umocowany już w lokalnym środowisku, świetnie mówiący po niemiecku. Tam też znalazł żonę, również "niewolnicę", tam też urodziła się moja Matka. Dziadek nie musiał wracać do Polski. Mógł się też domyślać co się w Polsce dzieje, bo zaraz w 39 roku był w niewoli sowieckiej i zobaczył komunizm na własne oczy. A jednak, kiedy tylko nadarzyła się okazja, wsadził rodzinę w pociąg i wrócił w rodzinne strony, do biedy i paru mórg ziemi. Tym, co go do domu ciągnęło było poczucie obowiązku wobec pozostawionej w Polsce Matki. Dlatego wrócił, a Ciotki mogą narzekać, że jaki był głupi: gdyby został, mieszkalibyśmy wszyscy w bogatej Bawarii, na poziomie nieporównywalnym do polskiej biedy. Dziadek za swój powrót zapłacił dużą cenę: w Polsce pracy nie było, imał się najróżniejszych zajęć, aż w końcu jako były wojskowy zaciągnął się do milicji. Przy werbunku obiecano mu służbę na miejscu, ale zaraz następnego dnia zapakowano go w pociąg i wywieziono w Bieszczady. Wojna trwała dla niego o dwa lata dłużej. Jako element podejrzany, wrześniowy podoficer, szedł na Ukraińców w pierwszym szeregu, ale szczęście mu sprzyjało, i powrócił cały. Potem służył jeszcze kilkanaście lat, biegając za sąsiadami, przemycającymi mięso do miasta (to było jego główne zajęcie, wg służbowych notatek, jakie znalazłem). Taka była cena, jaką zapłacił za powrót. Jego postawa przypomina mi kapitana okrętu z "Huraganu" Conrada. Poszedł prosto w w środek komunistycznego cyklonu, bo tak mu kazał moralny rozkład jazdy. 

Czy kierując się jego przykładem mógłbym pozostawić swoją Matkę samą? Czy mógłbym zostawić dom, który moi rodzice zbudowali, dając w łapę urzędnikom, zdobywając cement na czarnym rynku, stojąc po nocach w kolejkach by kupić okna i kaloryfery, wpadając w pętle zadłużenia Balcerowicza i wychodząc z niej latami? Nie, nie mogę tego zrobić. Nie mogę zlekceważyć ich poświęcenia. W moim przypadku byłby to wybór zły.

Ponad tym jest jeszcze jeden poziom patriotyzmu, ten o którym pisałem na początku. Chodzi mi o świadomy wybór postawy, taki, do którego nie jestem zmuszony już żadną koniecznością. Wybór ten, to przyjęcie odpowiedzialności za kawałek świata, a jakim związał nas los, urodzenie itd. Taką postawę ukształtowała we mnie lektura... nie, nie Sienkiewicza. Tolkiena. "Władca pierścieni". Nauka moralna tego działa polega właśnie na przyjęciu zadania, jakie przygotował dla nas los. Bohaterowie stoją przed wyborem: ucieczka, jak najdalej, nawet do innego świata, albo podjęcie z pozoru beznadziejnej walki, poniesienie obowiązku, przyjęcie odpowiedzialności.

W ten sposób widzę emigrację: poszukiwanie lepszego miejsca na ziemi jest jednak ucieczką. Pytanie tylko: co jeśli tam gdzie wyjedziemy również dotrze zło? Jeśli  do Nowej Zelandii dotrą, dajmy na to Chińczycy (nic do ich nie mam osobiście, ale robią ostatnio za zło wcielone)? Co jeśli w Ekwadorze wybuchnie komunistyczna rewolucja? Co wtedy? Czy Wojciech Cejrowski spakuje manatki i pojedzie do Iquitos? A jeśli i tam będzie źle, to co wtedy? Gdzie jest koniec ucieczki? Gdzie jest miejsce, gdzie można powiedzieć: "Koniec, ani kroku dalej. To moje miejsce i nigdzie się stąd nie ruszę i oddam za to życie"? Ja zadecydowałem: moja ucieczka kończy się tam, gdzie się zaczyna, czyli tu.

Nie twierdzę, że taka postawa jest słuszna w sytuacji każdego. Na pewno ludzie, którzy nie mogą w pełni rozwinąć swoich talentów w Polsce, powinni szukać szczęścia gdzie indziej, a patriotyzm wyrażać inaczej, niż pozostaniem. W sytuacji Wojciecha Cejrowskiego uważam, że dokonał dobrego wyboru. Jego zrzeczenie sie obywatelstwa wynika konsekwentnie z jego wcześniejszej postawy i ją uwiarygadnia. Stawia też pod znakiem zapytania biadolenia różnych ludzi o tym, że z Polski wyjeżdżają prześladowani homoseksualiści i obyczajowi liberałowie. Okazuje się, że wyjeżdża nie pederasta, ale katol, ciemnogród i konserwatysta. Stąd jego czyn uważam, za słuszny - w jego przypadku. Jednak dla siebie nie widzę innej drogi, niż pozostanie.


Popieram prawo własności, JOW, niskie podatki, przejrzyste prawo, karanie przestępców. Jestem przeciw uchwalaniu prawa, którego nikt nie będzie przestrzegał (poza frajerami). Nie mam nic przeciw skandynawskiemu modelowi państwa, o ile jego wprowadzanie rozpocznie się od przywrócenia monarchii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (28)

Inne tematy w dziale Polityka