A raczej - niedorozwój zmysłu społecznego. W powody stanu, dla którego Polacy z trudem łączą się w dobrowolne stowarzyszenia, w przeciwieństwie do mieszkańców Europy Zachodniej, czy USA nie będę się rozwodził. Przyjmuję to jako dany fakt. Zachęcam do lektury wywiadu z profesorem Pawłem Boskim na temat emigracji (tutaj i tutaj).
Tematem wywiadu są między innymi trudności w tworzeniu życia społecznego emigracji. Polacy nie wynoszą z domów tradycji zaangażowania, robią to niechętnie, niechętnie angażują czas i pieniądze. Profesor zapytał rozmówczynię, która skarżyła się na trudności w tym zakresie, czy już ktoś się z kimś pobił. Nie - odpowiedziała. Na to profesor: "To możecie mówić o sukcesie. Na pociechę powiem, że nie tylko wam było pod górkę, wszystkim jest. Kiedy próbowaliśmy tworzyć polski klub w Kanadzie, ludzie tak skakali sobie do oczu, że doszło do bójki. Emigrantom trudno się zrzeszać, bo Polska nie ma takich tradycji. Nie możecie przenieść na grunt norweski elementu kultury, którego nie ma. Żeby stworzyć organizację polonijną, trzeba demokratycznych struktur i wzajemnego zaufania, co nazywane jest dziś społeczeństwem obywatelskim, a tego nam w kraju bardzo brakuje. Zanim Polak zapłaci składkę na rzecz klubu, zada mnóstwo pytań: kto będzie tym zarządzał, czy na pewno zostanie dobrze wydane, czy to aby w ogóle potrzebne".
Profesor radzi, by na spotkanie założycielskie zaprosić osobę miejscową, która już uczestniczy w działaniach społecznych. Nie wiem na ile świadomie, ale jest to próba wykorzystania polskich kompleksów - wobec obcych próbujemy uchodzić za kulturalnych i cywilizowanych. Próbujemy ich naśladować. To może na krótką metę zadziałać. Radzi też, żeby skorzystać w tym zakresie z pomocy kościoła.
Dodam od siebie jeszcze jedną radę, dla zaczynających działalność społeczną. Profesor stwierdził, że Polacy chcą wiedzieć dokładnie, na co pójdą ich pieniądze i bywają dociekliwi. Moim zdaniem nie ma w tym niczego złego. Osoba próbująca prowadzić działalność nie powinna się bać takich pytań, powinna cierpliwie wszystko tłumaczyć, nie powinna odczuwać tego, jako brak zaufania. Mam doświadczenie w tym zakresie - mój kolega chciał mnie namówić do pewnej sąsiedzkiej kooperacji. Ja zwyczajnie chciałem wiedzieć, czy mi się to opłaca i drążyłem temat kosztów. Kolega się obraził i długo ze mną nie rozmawiał. Skąd taka postawa?
Mam wrażenie, że ludzie prowadzący działalność społeczną uważają, że skoro się angażują, to inni powinni ich słuchać i nie zadawać pytań. To druga strona postawy biernej: "jestem czynny, społeczny, to na kolana chamy, jaki jestem wspaniały". Niepowodzeniu wielu inicjatyw są winni organizatorzy. W Wołominie przykładem tego jest chór miejski. Na tle sporów kompetencyjnych wśród kierownictwa (obieralnego) i rozliczeń finansowych - w sumie drobnych, chór podzielił się już dwukrotnie. Korzyść w sumie jest: był jeden chór, a są trzy. Pytanie tylko, czy jakość działalności jest większa?
Podsumowując: nie mamy do siebie zaufania. Musimy przyjąć to jako pewien fakt i prowadząc dowolną działalność, gdzie wchodzą w grę nawet małe sumy pieniędzy, być zawsze gotowymi do pokazania pełnego rozliczenia finansowego. I mieć do siebie anielską cierpliwość.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)